Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 6/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 11 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,91

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 491
Średnia: 6,83
σ=1,8

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

07-Ghost

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 25×24 min
Tytuły alternatywne:
  • セブンゴースト
Tytuły powiązane:
zrzutka

Sutanna czy mundur, oto jest pytanie! Czyli pokazowa lekcja Studia DEEN na temat, jak nie ekranizować mangi.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Teito Klein wraz ze swoim przyjacielem imieniem Mikage uczęszcza do prestiżowej akademii wojskowej Cesarstwa Barsburg i co więcej, jest jednym z najlepiej zapowiadających się studentów. Zainteresowanie, jakim obdarza go dyrektor szkoły oraz duża część nauczycieli, nie podoba się większości uczniów, pochodzących z arystokratycznych rodzin. W końcu jak to możliwe, że zwykły niewolnik wykazuje tak duże umiejętności i dlaczego jest oczkiem w głowie najważniejszej osoby w akademii?! Tymczasem nieuchronnie zbliża się egzamin końcowy, który przejdą tylko najzdolniejsi. Z tej okazji na uczelnię przybywa szef sztabu, Ayanami, wraz ze swoimi podkomendnymi, prawdziwy postrach wśród wojskowych. Spotkanie z nim będzie stanowiło przełom w życiu Teito, z powodu tego człowieka nasz bohater będzie zmuszony uciekać z akademii. Schronienia udzieli mu Kościół, a opiekę nad nim roztoczą trzej dosyć nietypowi biskupi. W murach katedry Teito Klein powoli będzie odkrywał swoją i nie tylko swoją przeszłość…

W tym momencie zastanawiam się, na co powinnam najpierw zacząć narzekać, bo muszę przyznać, że Studio DEEN koncertowo skopało to anime. Ale zanim zacznę wylewać jad na 07­‑Ghost, chciałabym uprzedzić, że jestem wielką fanką mangi, a i anime otrzymało ode mnie duży kredyt zaufania. Tak naprawdę na dwa odcinki przed końcem emisji, byłam jeszcze pełna nadziei i liczyłam na może nie porywające, ale sensowne zakończenie, w miarę wierne papierowej wersji. Ale ponieważ nie wypada zaczynać od końca, wróćmy do początku… Nie jestem miłośniczką serii militarnych, w ogóle tego typu elementy w jakiejkolwiek produkcji zazwyczaj mnie zniechęcają, a już armia u steru władzy jest dla mnie kompletną porażką. Być może wynika to z faktu, że tak naprawdę niewiele jest anime, które w miarę realistycznie i sensownie potrafią ten motyw wykorzystać. 07­‑Ghost zdecydowanie do nich nie należy, a na dodatek przedstawia konflikt między Cesarstwem, czyli tak naprawdę armią, a Kościołem, którego ostoją jest wspaniała barsburska katedra z jej uroczymi mieszkańcami (brzmi nieco znajomo, ale nie radziłabym się tym sugerować). O dziwo, da się ten szalony pomysł przełknąć bez mrugnięcia okiem. Zapewne wynika to z faktu, że twórcy skupili się nie na rozgrywkach politycznych, a na perypetiach Teito i jego przyjaciół oraz na pojedynku z Ayanamim. Oczywiście walka o władzę pojawia się, ale zazwyczaj w kontekście zakończonej wiele lat wcześniej wojny Cesarstwa z Królestwem Raggs, z którego pochodzi główny bohater, a które po sromotnej klęsce zostało wymazane z map i pamięci ludzi. Obowiązuje tylko jedna, słuszna wersja wydarzeń, która całą winą za ten straszny konflikt obarcza ojczyznę Teito. Zazwyczaj mówi się trudno, w końcu to zwycięzcy piszą historię, ale chłopcu to nie wystarcza, tym bardziej, że podświadomie wie, iż prawda jest daleka od tej powszechnie głoszonej. Jak to zwykle w takich historiach bywa, Kościół okazuje się idealnym miejscem do jej odkrywania. Dobrze, a teraz mogę zacząć moją litanię, pełną żalu i rozgoryczenia…

Logicznym jest, że Teito potrzebuje jakiegoś katalizatora, który zmusi go do działania. Ostatecznie po ucieczce z akademii siedzi sobie bezpiecznie pod opieką państwa kościelnego, trzech biskupów służy mu wszelką pomocą, a wojsko może mu w tym momencie nagwizdać, żyć nie umierać! Żeby nie było zbyt nudno, co jakiś czas pojawiają się demony zwane korami, które za spełnienie trzech życzeń zabierają człowiekowi duszę, a egzorcyzmowanie ich jest jednym z obowiązków księży. Tymczasem bohater zamiast radośnie korzystać z wolności i w spokoju odkrywać tajemnice przeszłości, siedzi przygnębiony i zamartwia się o Mikagego, który został w akademii, oraz milion innych rzeczy. Po takich przejściach teoretycznie ma do tego prawo, jednak widz, który to obserwuje, cały czas modli się o coś, co popchnie fabułę do przodu i spowoduje, że Teito w końcu zacznie działać. Twórcy niesamowicie odwlekają ten przełomowy moment, już na początku serii wciskając zapychacze. Owocuje to tym, że kiedy on nadciąga, wszyscy już doskonale wiedzą, co za chwilę się stanie i cała siła tego wydarzenia zostaje brutalnie stłumiona. Nie ma elementu zaskoczenia, całość jest zdecydowanie przegadana i pozbawiona emocji, przynajmniej takich, które mogłyby poruszyć widza. Zresztą jednym z podstawowych problemów tej serii jest właśnie niesamowite rozciąganie wszystkiego w czasie i to w wyjątkowo nieumiejętny sposób. W pewnym momencie miejsce wypełniaczy zajmują wzięte z sufitu scenki rodzajowe, przydługie monologi wewnętrzne i dialogi, a widzowi pozostaje się nudzić. Cała sytuacja jest o tyle dziwna, że materiału mangowego jest bardzo dużo i scenarzyści naprawdę nie musieli się martwić brakiem pomysłów ani bawić w twórczość własną. Bo o ile samo osadzenie akcji w takich, a nie innych realiach, było średnio udanym pomysłem, o tyle pomysł z siedmioma Duchami zamieszkującymi katedrę i strzegącymi ludzi przed korami, wysyłanymi przez upadłego boga Verlorena, był naprawdę interesujący. Oczywiście nie trzeba być geniuszem, aby odgadnąć tożsamość przynajmniej kilku wysłanników niebios, co nie zmienia faktu, że są to postacie intrygujące (swoją drogą, Duchy mają prześliczne imiona, niezwykle melodyjne i miłe dla ucha). Jeżeli dodamy do tego Teito i jego tajemniczą przeszłość, której fragmenty są stopniowo odsłaniane, wychodzi nam całkiem porządny materiał na przynajmniej przyzwoity shounen. I szczerze mówiąc, gdyby nie dwa ostatnie odcinki, 07­‑Ghost by nim był, ale niestety…

Zbliżającą się tragedię wyczułam pod koniec dwudziestego trzeciego odcinka, ale to, co potem zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jestem pewna tylko dwóch rzeczy: po pierwsze, moi sąsiedzi już dawno nie słyszeli tylu soczystych przekleństw, po drugie, mam nadzieję, że nigdy nie będę miała takiego kaca po zakończeniu pracy, jak ekipa kręcąca tę produkcję. Takiego stężenia absurdu i braku logiki nie widziałam od dawna, naprawdę nie mam zielonego pojęcia, co autorzy scenariusza myśleli i czy w ogóle myśleli, kiedy pisali to coś. Jedyną znaną mi sceną, do której mogę porównać te dwa odcinki, jest słynny wschód słońca z Trinity Blood… Swoją drogą, nie dało się wybrać bardziej oczywistego sposobu, aby pokazać, jak oszczędza się na oprawie graficznej. Być może twórcy chcieli dać widzom okazję do pożegnania się ze wszystkimi bohaterami, a zwłaszcza antagonistami Teito, ale chyba jednak przedobrzyli. Najciekawsze jest to, że po sześćdziesięciu minutach czystego odlotu jak gdyby nigdy nic wrócili do mangowego pierwowzoru, zostawiając mnie (i chyba większość widzów) ze szczęką na ziemi. I to bynajmniej nie jest komplement.

Jednym z niewielu plusów 07­‑Ghost jest brak pseudoreligijnego bełkotu. Co prawda większość użytych nazw jest znana zachodniemu odbiorcy, ale to tylko nazwy, które nie niosą ze sobą żadnego przesłania. Oczywiście na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza: mamy papieża, całą kościelną hierarchię oraz katedrę, niebezpiecznie przypominającą te znane z gotyku, ale cała „ideologiczna” otoczka jest zupełnie z innej bajki. Oczywiście można się doszukiwać nawiązań, zapożyczeń itd., ale nie ma to większego sensu, tym bardziej, że twórcy ani razu nie próbują nam wmówić, że to, co widzimy, należy brać serio. Jak to w japońskich produkcjach bywa, księża nagminnie biegają w modnych czarnych szatach, które z żadnej strony nie przypominają sutanny, za to często odsłaniają rozbudowaną klatę danego osobnika. O dziwo, zupełnie inaczej jest w przypadku zakonnic, które poza tęczowymi włosami wyglądają tak, jak powinny: żadnych rozcięć do biodra w habicie, dekoltów do pępka czy makijażu. Inna sprawa, że akurat stanowią one najbardziej irytującą część dekoracji i są często używane jako element wypełniający czas antenowy. Prawdziwy popis swojej głupoty dają jednak dopiero w słynnych ostatnich odcinkach, człowiek autentycznie nie wie, czy ma się wtedy śmiać, czy płakać…

Reszta postaci przypomina niezłych aktorów, którym kazano zagrać w kiepskiej sztuce: widz zdaje sobie sprawę z ich umiejętności i czuje do nich sympatię, mimo że grają w strasznym gniocie. Oprócz tych nieszczęsnych zakonnic nie ma tu bohatera, który byłby irytujący, może z jednym wyjątkiem. Nawet biedny, pokrzywdzony Teito daje się lubić, chociaż w moim przypadku sympatia może wynikać z faktu znajomości mangi, gdzie nie jest on aż tak rozmamłany. Mam wrażenie, że twórcy z sadystyczną wręcz przyjemnością fundowali mu kolejne traumy, nie pozwalając się podnieść i wziąć za siebie. Jakby tego było mało, bez przerwy prześladuje go cień Mikagego (to ten wspomniany wyjątek), idealnego przyjaciela… Wyobraźcie sobie człowieka bez wad, gotowego do wszelkich poświęceń, który był na tyle łaskawy, że obdarzył was swoją przyjaźnią i spróbujcie żyć ze świadomością, że musicie mu się odwdzięczyć. Ja bym chyba dostała załamania nerwowego pod taką presją… Ale ten opis najlepiej oddaje Mikagego, rycerza bez skazy, którego blask dokonań paraliżuje bohatera i nie pozwala mu iść naprzód. Na początku młody kolega Teito wzbudzał we mnie sympatię, ale kiedy w każdym kolejnym odcinku byłam zmuszona oglądać jego twarz, słuchać jego imienia odmienianego z wyrazem najgłębszego uwielbienia przez wszystkie przypadki i tyrad, jakim wspaniałym jest przyjacielem, z automatycznym stwierdzeniem, że bohater na niego nie zasłużył, to delikatnie mówiąc, w końcu trafił mnie szlag. Bo na bogów, ile można, zwłaszcza kiedy ma się do dyspozycji cały zastęp uroczych i pełnych charakteru postaci?! Gdyby jedną trzecią tych psalmów pochwalnych na cześć Mikagego zamienić na sceny zwyczajnych rozmów Teito z Frau (jednym z biskupów), seria wiele by zyskała. Ich braterskie relacje to jedna z największych zalet anime i jeden z kilku powodów, dla których nie rzuciłam 07­‑Ghost w diabły. Co prawda Frau to chodzący stereotyp japońskiej wersji duchownego, ale wyjątkowo udany i sympatyczny. Tak naprawdę to jedyna osoba, która potrafi rozweselić bohatera i zmusić go do działania. Drugą, która miała na to zadatki, jest Hakuren, kolega Teito z dormitorium. Chłopak ciepły, troskliwy, chociaż mniej wyrozumiały niż „idealny przyjaciel” i generalnie sprawiający wrażenie żywej osoby, a nie ożywionego posągu bóstwa. Nie można również zapomnieć o pozostałych biskupach: Castorze i Labradorze (genialne imię), oraz o pojawiającym się pod koniec serii dziwnym osobniku imieniem Lance, którego jestem wielką fanką. Każdy z nich ma swój mały fetysz, pozostawia niezatarte wrażenie i jednocześnie posiada zdolność rozładowywania napięcia samą swoją obecnością. Ma to o tyle duże znaczenie, że w serii jest sporo momentów dramatycznych czy nawet przedramatyzowanych i brak jakiejś odskoczni sprawiłby, że nie nadawałaby się ona do oglądania. Na szczęście sceny humorystyczne są obecne, być może nie w takiej ilości, jak bym sobie tego życzyła, ale i tak ich wysoki poziom i ładunek optymizmu, jaki ze sobą niosą, sprawiają, że poszczególne odcinki nie toną w morzu tragedii i łez.

Na osobną uwagę zasługują antagoniści głównego bohatera, z szefem sztabu Ayanamim na czele. Twórcy bardzo starali się zrobić z nich czarne charaktery, zepsute do szpiku kości, ale im bardziej się starali, tym bardziej nie wychodziło. Efekt jest taki, że człowiek nie wie, komu ma kibicować, bo o ile sam Aya­‑tan może nie wzbudzać sympatii (chociaż zupełnie nie rozumiem, dlaczego), o tyle jego podkomendni to grupa niezwykle uroczych psychopatów, w których nie sposób się nie zakochać. Mam ogromny żal do scenarzystów za to, że zabawili się w wypełniacze kosztem inteligencji Ayanamiego, który to gnębił w nich Teito w bliżej nieznanym celu, podczas gdy w mandze każda jego decyzja była sensowna i uzasadniona. To zdecydowanie jest typ, który myśli, zanim coś zrobi, a nagłe wciskanie widzowi, że jest inaczej, to raczej chybiony pomysł. W zasadzie trochę mi brakowało takiego naprawdę złego przeciwnika, którego człowiek mógłby niecierpieć z całej duszy i życzyć mu szybkiego oraz bolesnego zgonu. Bo niezależnie od tego, co paskudnego robili Ayanami i jego podkomendni, i tak łapałam się na tym, że nie mogę się doczekać, kiedy znowu zajmą trochę czasu antenowego.

Torturowanie fabuły zdecydowanie nie wystarczyło Studiu DEEN, żądni krwi ludzie musieli dobrać się również do grafiki. Niezależnie od tego, jak niski budżet dostała produkcja, śmiem twierdzić, że i tak jeszcze jego połowę zdefraudowano, a potem kombinowano, jak za pozostałe grosze nakręcić dwudziestopięcioodcinkową serię. Efekt jest taki, że nawet nie starano się ukryć oszczędności w grafice. Doskonale widać to podczas pojedynków: te z korami mają miejsce najczęściej w zaciemnionych pomieszczeniach, w których naprawdę niewiele widać. Natomiast gdy do walki stają ludzie i zaczynają używać co bardziej skomplikowanych technik i czarów, albo muszą ruszać się bardziej dynamicznie niż zwykle, nagle akcja przenosi się w zupełnie inne miejsce i mamy wątpliwą przyjemność obserwować na przykład zakonnice przy pracy. Ale żeby widz nie czuł się za bardzo oszukany, zanim cała zabawa się zacznie, sami bohaterowie dokładnie wyjaśniają w długim monologu, co mają zamiar zrobić z przeciwnikiem. Zaklęcia wyglądają wyjątkowo tandetnie, chociaż po pierwszych odcinkach wcale się na to nie zapowiadało (widać brak funduszy ujawniono trochę później), a jedynym wyjątkiem od tej zasady są techniki używane przez Frau, Castora i Labradora. Kolejną pomyłką są tła, wszystkie wykonane techniką komputerową w niezwykle nieumiejętny sposób. Kłują w oczy sztucznością i brzydką kolorystyką, próby imitacji marmurowej okładziny w kościele wołają o pomstę do nieba, chociaż i tak prezentują się lepiej niż komputerowo generowana woda, na którą w ogóle nie da się patrzeć. Całkiem przyjemnie prezentuje się za to wnętrze katedry, ale nie całe, na uwagę zasługuje tylko nawa główna ze swoim nastrojowym, rozproszonym oświetleniem i jakby drobinkami złota unoszącymi się w powietrzu. Może jest to nieco kiczowaty efekt, ale ładnie podkreśla duchowy nastrój tego miejsca. Przynajmniej projekty postaci wykonano w miarę solidnie, nie zauważyłam jakichś rażących błędów anatomicznych czy wpadek. Co prawda nie każdemu muszą się podobać lisie rysy twarzy Frau czy Ayanamiego, ale to już sprawa indywidualnych preferencji. W odróżnieniu od grafiki oprawa dźwiękowa mile zaskakuje. Dominują kompozycje organowe, nieco podniosłe i poważne, ale bardzo przyjemne dla ucha. Ładnie wpasowują się w klimat serii i idealnie oddają nastrój aktualnie oglądanej sceny. Jedyny problem to ich nagłe urywanie, bo większość utworów nie jest systematycznie wyciszana, ale po prostu nagle muzyka znika, co często sprawia dziwne wrażenie. Zarówno czołówka (Aka no Kakera, śpiewane przez Yuki Suzukę), jak i ending ( Hitomi no Kotae, wykonywane przez Norię) są bardzo udane. Energiczny opening i spokojna, nastrojowa piosenka towarzysząca napisom końcowym zostały wzbogacone o solidną animację, która być może nie zachwyca, ale całkiem ciekawie prezentuje wszystkich bohaterów. Przy okazji chciałbym wspomnieć o bardzo irytującym drobiazgu, jakim są krótkie wprowadzenia do odcinka, wyświetlane przed openingiem. Gdyby to były retrospekcje, nie miałabym zastrzeżeń, ale prezentowanie części wydarzeń, często ważnych, z bieżącego odcinka tuż przed nim, jest dla mnie zupełnie bez sensu. To nie jest zapowiedź, a odcinek w pigułce, rzecz nie dość, że denerwująca, to jeszcze całkowicie zbędna.

07­‑Ghost mógł być serią co najmniej dobrą, skończył zaś jako seria najwyżej przeciętna, którą w zależności od odcinka chce się albo oglądać, albo wyłączyć i rzucić w diabły. Szkoda zmarnowanego potencjału, dobrze zapowiadającej się historii, sympatycznych postaci, które starają się do samego końca, brutalnie popychane przez sadystycznych scenarzystów. Mimo mizerii fabularnej oraz kiepskiej grafiki z chęcią sięgałam po kolejne odcinki i w sumie było mi żal rozstawać się z bohaterami. Tę produkcję tak naprawdę da się oglądać tylko dla postaci i może muzyki, bo reszta zdecydowanie zawodzi. Trudno jest mi wskazać grupę docelową tego anime. Być może fani mangi obejrzą je z ciekawości, żeby zobaczyć, co zrobiono z ich ulubionym komiksem, ale o zachwytach raczej trudno będzie mówić. Dla mnie jest to ogromny zawód i mam tylko nadzieję, że jeżeli ktoś wpadnie na pomysł kręcenia drugiej serii, to nie powierzy jej Studiu DEEN.

moshi_moshi, 29 września 2009

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio DEEN
Autor: Yukino Ichihara, Yuki Amemiya
Projekt: Yutaka Miya
Reżyser: Nobuhiro Takamoto
Scenariusz: Natsuko Takahashi
Muzyka: Koutarou Nakagawa

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
07-Ghost – opisy odcinków na Anime-Chronicle Nieoficjalny pl
Podyskutuj o 07-Ghost na forum Kotatsu Nieoficjalny pl