Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Festiwal Fantastyki Twierdza - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 6/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 11
Średnia: 7
σ=1,95

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Fresh Precure!

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 50×23 min
Tytuły alternatywne:
  • フレッシュプリキュア!
  • Fresh Pretty Cure!
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe
Widownia: Shoujo; Postaci: Magical girls/boys, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Całkiem sympatyczna seria magical girls, której najpoważniejszą wadą jest imię głównej bohaterki.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: dusia

Recenzja / Opis

Praktycznie każda typowa seria z nurtu magical girls zaczyna się podobnie: poznajemy bohaterkę, która akurat dowiaduje się, że ma bronić świata przed kolejną odmianą sił ciemności. Nie inaczej jest tym razem. Love Momozono (uprzedzałam!) to roztrzepana nastolatka, dla której w tym momencie najważniejszym wydarzeniem życiowym jest pójście na występ ukochanej grupy tanecznej, Trinity. Nietrudno zgadnąć, że ta właśnie impreza zostanie zaatakowana przez wysłanniczkę Labyrinthu, świata dążącego do całkowitej władzy i kontroli nad pozostałymi światami równoległymi. W tym dramatycznym momencie Love spotyka gadającego pseudofretka imieniem Tarte i zostaje obdarzona przez magicznego duszka mocą umożliwiającą jej przemianę w magiczną wojowniczkę, Cure Peach. Atak udaje się odeprzeć, ale wróg nie zamierza rezygnować z dalszych prób. Naszej bohaterce pozostaje więc wtajemniczyć i skłonić do pomocy dwie najlepsze przyjaciółki, Buki (właściwie Inori, nazywaną tak od nazwiska, Yamabuki) i Miki, które jako Cure Pine i Cure Berry wesprą ją w walce z przeciwnikiem. Nie można też zapomnieć o tym, że w wyniku wyjątkowo szczęśliwego splotu wydarzeń liderka Trinity zgadza się uczyć je tańca! Całą trójkę dziewcząt czeka teraz mnóstwo pracy…

Fresh Precure!, jak sama nazwa wskazuje, stanowi kolejną próbę odświeżenia cyklu, który wszedł w tym momencie w szósty rok emisji. Inspiracją dla mocy bohaterek była tym razem klasyczna triada: miłość, wiara i nadzieja, zaś ich przydomki wywodzą się od angielskich nazw owoców („Pine” to skrót od „pineapple”). W tej odsłonie całkiem sporo zostało zmienione w podstawowych założeniach świata. Po pierwsze, Precure wreszcie dogoniło rzeczywistość: bohaterki korzystają z komputerów i porozumiewają się za pomocą komórek, praktycznie nieobecnych w poprzednich seriach. Po drugie, celem Labyrinthu jest gromadzenie negatywnej energii (poprzez straszenie i generalne unieszczęśliwianie ludzi), a nie szukanie magicznych fantów lub próby zdobycia czegoś należącego do bohaterek, zaś w dłuższej perspektywie jego wysłannikom chodzi o przejęcie kontroli nad Ziemią, ale nie o jej zniszczenie. To stawia przed wojowniczkami nieco inne niż dotychczas wyzwania (choć oczywiście nie może się obyć bez walk z obowiązkowymi potworami tygodnia). Po trzecie zaś, walki tym razem toczą się w „ogólnodostępnej” przestrzeni i przy świadkach, a bohaterki naprawdę się transformują – zmieniają nie tylko ubranie, ale także kolor i długość włosów, co może w miarę tłumaczyć, dlaczego pozostają nierozpoznane.

Niestety efekt uboczny tych wszystkich zmian jest taki, że dziury w logice wydarzeń i pokazanego świata są zdecydowanie większe niż we wcześniejszych odsłonach cyklu – chociaż są to wszystko wady dość częste dla gatunku. Przeniesienie punktu ciężkości z bezpośrednich prób pokonania zespołu Pretty Cure na ataki na przypadkowych ludzi daje spore możliwości. Pozwala na bardziej urozmaicone metody i podstępy, zwiększa też motywację bohaterek, które nie walczą tu o jakąś abstrakcyjną magiczną krainę, znaną tylko z opowiadań, ale bezpośrednio chronią niewinnych ludzi z własnego świata. Poszczególne starcia nie toczą się w odrębnym wymiarze, więc zniszczenia (przynajmniej teoretycznie) nie znikają zaraz po kolejnej walce. Trudno jednak wyjaśnić, dlaczego – skoro chodzi po prostu o dowolną negatywną energię – szanowni Źli nie przeniosą się ze swoim biznesem do Brazylii albo przynajmniej na drugi koniec Japonii, poza zasięg Pretty Cure? Niestety bardzo rzuca się w oczy idealne, choć całkowicie przypadkowe, synchronizowanie ataków z grafikiem działań bohaterek, tak aby zawsze wszystkie były pod ręką i mogły w porę zareagować. To jednak jeszcze małe piwo. Prawdziwe pytanie brzmi, co wspomniani niewinni ludzie (a także władze, media i tak dalej) robią w sytuacji, gdy pewne spokojne miasteczko jest średnio co kilka dni rujnowane przez potwora rozmiarów średnio wyrośniętej Godzilli? Poprawna dla gatunku (gorzej z sensem, logiką i zdrowym rozsądkiem) odpowiedź jest taka, że… nic nie robią. Działają w dwóch trybach: potwór się pojawia – „Aaa! Uciekamy!”, potwór znika – „No dobrze, to o czym rozmawialiśmy?”. Nie ukrywam, że bywa to komiczne w sposób całkowicie niezamierzony i od tolerancji na tego rodzaju pomysły w dużej mierze wynika to, na ile wysoko ktoś oceni tę akurat serię.

Moja ocena jest – jak widać – dość pozytywna, ponieważ jeśli przymknąć oko na wymienione wyżej problemy, dostajemy serię nakręconą bardzo zgrabnie. Rozdzielające kolejne walki perypetie bohaterek pokazano z pomysłowym i naturalnym humorem, nie wpadając w powtarzalność – to chyba właśnie stanowi największą zaletę Fresh Precure!. Uważny widz błyskawicznie zorientuje się, że wojowniczki Pretty Cure powinny być cztery (wystarczy policzyć widziane w pierwszej scenie anime magiczne duszki), jednak wątek poszukiwań ostatniej członkini zespołu, zajmujący pierwszą połowę serii, nie jest wcale aż tak oczywisty i prosty, jak się wydaje na początku. Na plus trzeba także zapisać brak dłużyzn, szczególnie pod sam koniec serii, gdzie akcja zygzakuje w sposób dość nieprzewidywalny (choć z drugiej strony aż szkoda, że części tych wątków nie rozwinięto trochę bardziej).

Twórcy wyciągnęli chyba wnioski dotyczące liczby ważniejszych postaci z Yes! Precure 5, gdzie było ich zdecydowanie za dużo. Jasne, w prawie pięćdziesięcioodcinkowej serii (a co dopiero dwóch) jest dość czasu, by każdemu poświęcić nawet po kilka krótkich wątków. Prawdziwy problem polegał jednak na zajęciu czymś całego tego stada w obrębie poszczególnego odcinka – w efekcie panny wchodzące w skład tytułowej piątki Pretty Cure sprawiały wrażenie papierowych i niekompletnych, a ich otoczenie zarysowane zostało tak szkicowo, jak się tylko dało. Fresh Precure! ogranicza liczbę postaci, w zamian za to wyposażając bohaterki w funkcjonalne (i barwne) rodziny, a także kolegów i koleżanki. Dobrym pomysłem okazało się posłanie ich do różnych szkół – wprawdzie bliżej poznajemy tylko gimnazjum, w którym uczy się Love, ale dzięki temu nie odnosimy wrażenia, że dziewczyny siedzą sobie na głowie dwadzieścia cztery godziny na dobę i nie mają poza sobą do kogo ust otworzyć.

Wszystkie trzy bohaterki okazują się także zaskakująco sympatyczne. Doszłam do wniosku, że to kwestia pewnego wyboru: bardzo często w seriach magical girls „liderka” zespołu musi być najbardziej niezgrabna, niezdolna i ogólnie ciamajdowata ze wszystkich (ale za to ma serce i tak dalej), więc pozostałe dziewczęta z konieczności są pokazywane jako bardziej odpowiedzialne i kompetentne. Tutaj Love, Miki i Buki otrzymały po równo rozmaite mniejsze lub większe usterki charakteru i rysy humorystyczne, przy czym w żadnym przypadku nie zapomniano o mocnych punktach. Love jest obowiązkowo roztrzepana, lubi spać za długo i bywa leniwa, ale też potrafi nadspodziewanie dobrze radzić sobie z obowiązkami domowymi, a także serio podchodzi do trenowania tańca. Marząca o karierze modelki (i stawiająca w niej już pierwsze kroki) Miki w pierwszej chwili sprawia wrażenie lekko sztywnej i zarozumiałej, ale błyskawicznie okazuje się, że nie jest aż tak bardzo dojrzalsza od koleżanek, jak mogłoby się wydawać. Z kolei nieśmiała i najspokojniejsza z całej trójki Buki, która wzorem rodziców pragnie zostać weterynarzem, też nie jest wyłącznie dającą się łatwo onieśmielić i zastraszyć istotką. Najbardziej blado wypada czwarta członkini Pretty Cure, czyli Cure Passion (z oczywistych względów nie zdradzę jej „cywilnego” imienia) – łatwo ją polubić, ale właśnie brakuje jej tego rysu komicznego, który trochę by ją ożywił jako postać.

Przyznam szczerze, że maskotki zawsze uważałam za zło konieczne. Wiadomo, że muszą być w tego rodzaju seriach, pozostaje więc zacisnąć zęby i cieszyć się, jeśli na ich widok nie ma się ochoty rzucać czymś ciężkim w monitor. Dlatego absolutnym zaskoczeniem okazał się dla mnie Tarte, który w niczym nie przypomina magicznych pomagierów z poprzednich serii Precure. Nie jest specjalnie przesłodzony z wyglądu, nie piszczy i nie dodaje na końcu każdej wypowiedzi jakiegoś uroczego dźwięku w rodzaju „piupiu!”, tylko mówi w charakterystycznym nawet dla niewprawnego ucha dialekcie z regionu Kansai. W rezultacie – o dziwo – zamiast irytującego pluszaka otrzymujemy bardzo udaną i barwną postać i czasem nawet żałowałam, że nie zostało mu poświęcone trochę więcej czasu antenowego. Być może dlatego właśnie miałam także cierpliwość dla jego podopiecznej, malutkiej Chiffon – zdecydowanie bardziej przypominała standardową maskotkę, ale ratowała ją dość przekonująca dziecinność. Naprawdę widać było, że mamy do czynienia ze stworzeniem na tyle młodziutkim, że po prostu mało co jeszcze rozumie z otaczającego świata, ale w żadnym momencie nie zachowuje się jak rozpieszczony bachor.

Tym razem, po raz pierwszy chyba w tym cyklu, ekipa „złych” składa się z dość dziwnych i obdarzonych mocami, ale jednak niewątpliwych ludzi, a nie emanacji złowrogiej energii czy innego przerośniętego robactwa. Do tego – choć może zdradzę w tym momencie za wiele – nie ma tu szybkiej rotacji sług ciemności, co sprawia, że do zaprezentowanego na początku zestawu można się zdążyć przyzwyczaić. Nie poświęca się im (z jednym wyjątkiem) rozbudowanych wątków, ale pojedyncze scenki w poszczególnych odcinkach wystarczą, żeby jakoś przybliżyć ich charaktery i trochę ich „uczłowieczyć”. Ich główny szef, nazywany złowieszczo Möbiusem, do samego końca pozostaje enigmatyczną zagadką – wiemy tylko, że pragnie kontrolować w najdrobniejszych nawet aspektach wszystkie możliwe światy, tworząc w nich ponurą antyutopię, w której słychać dalekie echa Roku 1984.

Pod względem graficznym seria wyraźnie różni się od wcześniejszych odsłon cyklu – bohaterki wyglądają tu na zdecydowanie starsze, chociaż metrykalnie są w wieku swoich poprzedniczek. Projekty postaci są ładne, chociaż da się zauważyć, że charakterystyczność osiągają głównie dzięki zróżnicowanym fryzurom i kolorom – widać wyraźnie, że mają twarze wycięte z tego samego szablonu. Tęczowe kolory włosów pojawiają się, ale na szczęście nie są nadużywane. Tak jak wspominałam wcześniej, bohaterkom po przemianie w Pretty Cure zmienia się kolor i długość włosów, a pewna „blokowość” fryzur nadaje projektom charakter zdecydowanie oldschoolowy. Nie jest to jednak ukłon w stronę klasyki gatunku, a wręcz przeciwnie – najnowocześniejszych technik, ułatwia bowiem stworzenie trójwymiarowej animacji w endingach. Tła są niebrzydkie, chociaż celowo dość szkicowe, kojarzące się z ilustracjami książkowymi. Niestety tutaj także problemem okazało się utrzymanie równego poziomu. O ile pierwsze odcinki zanimowane są ładnie, o tyle im dalej w las, tym gorzej – w tle, a nawet na pierwszym planie pojawiają się krzywe i niedopracowane koszmarki, w których tylko po kolorach da się rozpoznać odpowiednie postaci. Dlatego niestety – wbrew najlepszym chęciom – nie mogę wystawić wyższej oceny za grafikę, chociaż naprawdę bym chciała. Zatrzymajmy się zatem na tym, że oprawa wizualna jest nierówna – poza tymi niedociągnięciami trafiają się sekwencje naprawdę ładne i udane.

We Fresh Precure! pałeczkę nadwornego kompozytora muzyki przejął Yasuharu Takanashi – szczerze mówiąc, trudno mi jednak napisać na ten temat coś więcej. Zniknęły na pewno irytująco podniosłe melodie, ale muzyka pełni tu rolę całkowicie służebną i nie ma żadnych ambicji, by zwracać uwagę widza. Także piosenka w czołówce, Let’s! Fresh Precure! utrzymana jest w podobnym stylu, co poprzednie, chociaż chyba mniej „łupana”, a bardziej melodyjna. W trochę zmienionej wersji towarzyszy ona również drugiej połowie serii, natomiast sama animacja w wersji telewizyjnej ulega jeszcze dodatkowym modyfikacjom, okazjonalnie reklamując powiązane z cyklem filmy. Jak pisałam wcześniej, w endingu zastosowana została animacja komputerowa, przedstawiająca układ taneczny w wykonaniu bohaterek. Nie umiem dociec, która seria dla dziewcząt wymyśliła to rozwiązanie jako pierwsza (nie jestem pewna, czy przypadkiem nie właśnie ta), ale obecnie jest ono bardzo modne. Muszę powiedzieć, że na tle podobnych sekwencji ta wypada naprawdę nieźle – postaci ruszają się ładnie, układ jest dopasowany do muzyki i pomysłowy – jednak jej odbiór w dużej mierze zależy od indywidualnej tolerancji. To, co mnie się podobało, koleżanka redakcyjna określiła mianem „wyjątkowego szkaradzieństwa”.

Jak zwykle główną rolę, czyli Love/Cure Peach gra tutaj mało doświadczona seiyuu, Kanae Oki. Także Akiko Nakagawa (Buki/Cure Pine) nie ma na koncie większych osiągnięć, jeśli jednak ktoś zainteresowany jest oglądaniem serii ze względu na aktorów głosowych, może zwrócić uwagę na Eri Kitamurę (Miki/Cure Berry), którą mogliśmy słyszeć m.in. jako Sayę w Blood+, Yui w Angel Beats! czy – ostatnio – Sayakę w Mahou Shoujo Madoka Magica. Z panów absolutnie popisową rolę ma tutaj Taiki Matsuno (Tarte), grający wcześniej m.in. tytułowego bohatera Kindaichi Shounen no Jikenbo oraz Kougę w Inuyasha, jednak fanki mogą zainteresować również Ken’ichi Suzumura (Souler), czyli m.in. Kamui z X, Hikaru z Ouran High School Host Club czy Ash Roller z Accel World lub Yasunori Matsumoto (Wester), w przypadku którego warto wymienić właściwie jedną rolę: Gourry’ego ze Slayers.

Moje oceny cyklu Precure oscylują w dość wąskich granicach: te mniej udane serie nie są spektakularnymi porażkami, ale te bardziej udane nie wznoszą się ponad doskonale znane kanony gatunku. Fresh Precure! to z pewnością seria magical girls warta polecenia, ale tylko i wyłącznie pod warunkiem, że ktoś poszukuje tytułu z tego właśnie nurtu, a nie po prostu dobrej propozycji rozrywkowej. To rzecz nieźle narysowana (pominąwszy okresowe spadki formy), z całkiem zgrabnie skonstruowaną (chociaż w większości epizodyczną) fabułą i sympatycznymi postaciami, natomiast jej wady są także bardzo typowe i klasyczne dla gatunku. Jeśli potrafi się machnąć na nie ręką, seans powinien być całkiem przyjemny. Jeśli ktoś stwierdzi, że pokazany tu świat go niepomiernie irytuje – niech sobie daruje po kilku odcinkach, bo dalej nie będzie inaczej.

Avellana, 4 czerwca 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Izumi Toudou
Projekt: Hisashi Kagawa
Reżyser: Junji Shimizu
Scenariusz: Atsushi Maekawa
Muzyka: Yasuharu Takanashi