Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 5/10
fabuła: 6/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 27
Średnia: 7,22
σ=2,2

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Tassadar)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Hokuto no Ken

zrzutka

W postapokaliptycznym świecie, gdzie króluje zło i występek, samotny mściciel wymierza sprawiedliwość swymi żelaznymi pięściami. Bezkompromisowa, przesycona testosteronem seria, która mimo niedzisiejszych założeń wciąż świetnie się trzyma.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Godofblackmetal

Recenzja / Opis

Kenshiro. Imię, na sam dźwięk którego łotry wszelkiej maści chowają się w swych plugawych norach i nie ważą się wychylić nosa nawet na milimetr. Bohater, który kopniakiem z półobrotu zawstydza samego Chucka Norrisa, skacze wyżej niż Serhij Bubka (i to bez użycia tyczki), sylwetką przypomina starszego brata Schwarzeneggera, a jego dotyk przywraca wzrok ślepym. Pytanie, czy rzeczywiście jest tylko człowiekiem pozostało do tej pory nierozstrzygnięte, ale jedno jest pewne – wszystkie te nadprzyrodzone niemal cechy można zobaczyć na własne oczy, jeśli tylko zdecydować się na obejrzenie anime jedynego w swoim rodzaju – Hokuto no Ken.

Recenzowany serial to doskonały, wręcz sztandarowy przykład mody panującej w latach 80. XX wieku, zarówno w anime, jak i w kinie aktorskim (na srebrnym ekranie i w telewizji). Królowali wówczas bohaterowie potężni fizycznie, a przy tym nieugięci moralnie, odważni i wszechstronni. Scenarzyści niespecjalnie przejmowali się wiarygodnością swojej pracy, liczyło się przede wszystkim to, jak nieprawdopodobne trudności jest w stanie przezwyciężyć protagonista i jak efektownych środków użyje w tym celu. Widzów z kolei obowiązywał nieformalny układ z twórcami zakładający, że nie będą oni narzekać na ów ewidentny brak związku z rzeczywistością. Oczywiście nadszedł w końcu moment, gdy idea się wyczerpała, a twórcy wypalili, tym niemniej dla kolejnych pokoleń widzów możliwość zapoznania się z dawnymi hitami może stanowić niezapomniane przeżycie, pod warunkiem zachowania odpowiedniego dystansu.

Formalnie rzecz biorąc, Hokuto no Ken to tasiemcowy shounen, po którym można się spodziewać charakterystycznych dla gatunku zagrywek, takich jak wzajemne prowokacje i rozbudowane dialogi pomiędzy walczącymi, albo retrospekcje tuż przed zadaniem ciosu. To nieuchronny czynnik mogący być przez wielu postrzegany jako wada, i nawet fakt, że to anime jako jedno z pierwszych stosowało podobne rozwiązania, nie usprawiedliwia jego twórców. Problem jest zrozumiały, ale warto swe ewentualne uprzedzenia odstawić na bok, bowiem przeżycia, jakie Hokuto no Ken oferuje, daleko wykraczają poza wstępne oczekiwania nawet u niepoprawnego optymisty.

Widać to choćby na przykładzie głównego wątku fabularnego. Akcja dzieje się w świecie zniszczonym przez wojnę i kataklizmy naturalne, gdzie powiedzenie „człowiek człowiekowi wilkiem” nawet po części nie oddaje skali zdemoralizowania społeczeństwa. Początkowo na pierwszy plan wysuwa się nieskomplikowana historia o zemście, jaką mistrz egzotycznej sztuki walki (tytułowego Hokuto Shinken) zamierza wywrzeć na człowieku, który go zranił i odebrał mu ukochaną. Z czasem okazuje się jednak, że pod tą banalną fasadą okraszoną dziesiątkami scen walk kryją się naprawdę przemyślane historie, nieporażające może oryginalnością, ale bardzo dokładnie przedstawione i potrafiące zainteresować. Mogą to być opowieści o wioskach gnębionych przez okrutnych bandytów, fałszywych utopiach, dawnych obrońcach ludzkości nadużywających swej władzy lub samozwańczych zbawicielach cywilizacji, chcących bez względu na ofiary przywrócić utracony ład i porządek. Są schematyczne i przewidywalne, to prawda. Na ich korzyść przemawia jednak autentyczność oraz silnie zarysowany kontrast między głównymi bohaterami a czarnymi charakterami.

Postacie stanowią zresztą najbardziej udany element anime. Niezaprzeczalną gwiazdą jest oczywiście sam Kenshiro, bohater bez skazy, pod którego głos podkłada niesamowity Akira Kamiya, w tej konkretnej roli wznoszący się na wyżyny swych umiejętności i będący klasą samą dla siebie. Jego wypowiedzi to niewyczerpalna kopalnia cytatów dla prawdziwych twardzieli, które potem były powielane na setki, jeśli nie tysiące sposobów w innych anime, a słynne Omae wa mou shindeiru (w luźnym i nie do końca oddającym ideę tłumaczeniu – „Jesteś już martwy”) przeszło już chyba do legendy. Jak przystało na serię shounen, bohaterowi towarzyszy niewiasta, którą co chwilę trzeba ratować, tu w osobie ocalonej kiedyś z rąk bandytów dziewczynki, oraz samozwańcza prawa ręka, młody geniusz mechaniki Bart. Ich obecność jest dla fabuły całkowicie opcjonalna, ale pozwala wprowadzić rozluźnienie do bardziej poważnych scen, czasem też ułatwia scenarzystom zawiązanie akcji. To na nich spoczywa też spora część dialogów, jako że Kenshiro mimo zapasu pamiętnych wypowiedzi jest raczej typem małomównym w codziennych sytuacjach. Po drodze do drużyny dołączają na pewien czas inni towarzysze, których osoby powiązane są z pobocznymi wątkami, śmiem twierdzić, że ciekawszymi wręcz od głównej osi scenariusza.

Równie dobrze jest po drugiej stronie barykady. Zamieszkujący pustkowia bandyci, samozwańczy wodzowie, lokalni tyrani i szczwani oszuści nie dość, że są w swych rolach przekonujący, to często nie kierują się najbardziej oczywistymi motywacjami, jak chęć zdobycia władzy. Gorzej ma się za to ich instynkt samozachowawczy. Łotry widząc, jak bohater bez mrugnięcia okiem roznosi w pył ich towarzyszy, niespecjalnie skłaniają się ku porzuceniu oręża i szybkim rejteradom z nieśmiertelnym „Jeszcze nas popamiętasz!” na ustach. Niby nie wahają się używać zasadzek, zakładników, przewagi liczebnej i wszelkiej maści sztuczek logicznie wynikających z różnicy w zdolnościach bojowych, ale czynią to dość nieudolnie. Znane z filmów akcji sceny, gdy to przeciwnicy atakują grzecznie jeden po drugim, zamiast rzucić się masą, albo czekają z użyciem broni palnej do chwili, aż ¾ oddziału padnie trupem, są tu na porządku dziennym. Inna sprawa, że wynik walki jest przecież i tak z góry przesądzony.

Jeśli już o potyczkach mowa, to ponieważ zajmują znaczną część czasu ekranowego, potencjalny widz nieuchronnie będzie musiał się do nich przyzwyczaić. Ująłem to w te słowa, ponieważ walki w Hokuto no Ken są wyjątkowo specyficzne i ze świecą szukać innego tytułu, w którym stosowano by podobne rozwiązania, chyba że w formie parodii. Hokuto Shinken, którym posługuje się protagonista, to sztuka walki polegająca na uderzaniu w określone punkty na ciele człowieka, co powoduje nie tylko rozległe rany, ale i masę innych efektów. Trafionym przez Kenshiro przeciwnikom eksplodują głowy (często z kilkusekundowym opóźnieniem) albo odpadają kończyny, zaś sam bohater potrafi gołymi rękoma łamać miecze, przebijać betonowe ściany albo miotać głazami wielkości samochodów. Jeśli dodać do tego fakt, że zarówno wrogowie, jaki i przyjaciele mają w zwyczaju posługiwać się równie egzotycznymi technikami, to obraz walki, jaki się wyłania, jest tyleż widowiskowy, co ocierający się o autoparodię. Na szczęście twórcy serialu doskonale zdają sobie z tego sprawę i często sami puszczają do widza oko, dodając sceny ewidentnie komediowe, w zabawny sposób wykorzystujące przedziwne umiejętności walczących. Co ciekawe, nawet najbardziej efektownym technikom nie towarzyszą tak charakterystyczne dla nowszych produkcji rozbłyski światła, tumany kurzu i temu podobne efekty specjalne, przez co sceny, mimo że często wręcz absurdalne, nie noszą znamion taniej widowiskowości. Niniejsza forma wymaga paru odcinków, by widz dostroił się do fal, na jakich nadają autorzy, ale gdy uda się to już osiągnąć, przyjemność płynąca z seansu jest olbrzymia, już choćby za sprawą zróżnicowania sposobów posyłania kolejnych wrogów w zaświaty. Mimo to zdaję sobie sprawę, że nie każdemu przypadnie do gustu festiwal karykaturalnej brutalności (co dość zagadkowe, w obrębie nawet pojedynczego odcinka czasem cenzurowanej, a czasem pozostawionej z wszelkimi groteskowymi szczegółami), podlanej hektolitrami testosteronu, i lojalnie ostrzegam, że o tym aspekcie serialu każdy musi przekonać się na własne oczy.

Zmysł wzroku czeka jednak trudna przeprawa. Anime powstawało w latach 80., ale nawet jak na tamte czasy, rysunek nie charakteryzuje się przesadną starannością. Liczba klatek animacji, podobnie jak jej realizacja, pozostawiają sporo do życzenia. Modele postaci są często zniekształcone, i nie wynika to tylko z przyjętej stylistyki, wedle której niemal każdy mężczyzna musi mieć dwa metry wzrostu i tyle samo w barach – nawet w obrębie dwóch kolejnych ujęć widać spore niedopatrzenia, zaburzenia perspektywy i temu podobne niedoróbki. Hokuto no Ken to jednak nie konkurs piękności i paskudne facjaty nawet pozytywnych bohaterów po pewnym czasie już nie przeszkadzają, a wręcz stają się kolejnym elementem niezbędnym do budowania przekonującego postapokaliptycznego klimatu. Anime jest tak bliskie duchowo rzeczywistości znanej z Mad Maxa i Fallouta, jak to tylko możliwe, w duże mierze właśnie dzięki swej charakterystycznej oprawie. Ów niedbały rysunek nie tylko pozwala ukazać pozostałych w zniszczonym świecie ludzi jako twardych, bezkompromisowych, a często okrutnych, ale też tworzy efektowny obraz ruin świata pochłoniętego przez wojnę, promieniowanie, zanieczyszczenia i rozszalałe żywioły. Resztki cywilizacji walczą o przetrwanie na spalonej słońcem pustyni, wśród jednolicie szarych szkieletów budynków i zrujnowanych elementów infrastruktury. Jedną z bardziej przemawiających do wyobraźni scen jest choćby znany bardziej z wersji filmowej widok potężnego tankowca przebijającego na wylot drapacz chmur. Podobnych przykładów jest wiele i wszystkie one znakomicie rekompensują niedociągnięcia techniczne.

Jednoznacznie pozytywnie mogę się wypowiedzieć o udźwiękowieniu, utrzymanym w stylu charakterystycznym dla lat 80. Kto pamięta popisy zespołu Queen w filmie Nieśmiertelny, ten i tu powinien poczuć się jak w domu. Z uwagi na sporą liczbę odcinków, z czasem wkrada się co prawda odrobina monotonii, ale najbardziej dynamiczne i charakterystyczne utwory rozważnie zachowywane są na istotne sceny, w kluczowych momentach odpowiednio wyzwalając adrenalinę i gęsią skórkę. Także jakość efektów dźwiękowych stoi na zadowalającym poziomie, a seiyuu wczuwają się w rolę jak należy (choć do klasy wspomnianego Kamiyi reszty obsady nie ma co nawet porównywać).

Hokuto no Ken to pozycja obowiązkowa dla każdego widza poszukującego czegoś całkowicie odmiennego od atrakcji oferowanych przez nowsze anime. Niekoniecznie w kontekście inteligentniejszej rozrywki, bo mimo niewątpliwej klasy i rozmysłu twórców zdarzają się w serialu sceny tak bezdennie głupie, że bez zatrzymania odtwarzania i chwili na ochłonięcie trudno zachować jasność umysłu. Jest to jednak kino najwyższej próby, które mimo archaicznych rozwiązań technicznych, niedzisiejszych bohaterów i braku poszanowania dla realizmu wciąga jak rzadko kiedy. I choć bohaterowie pokroju Kenshiro, mimo tworzenia nowszych adaptacji i wznowienia mody, nie przebijają się obecnie do masowego odbiorcy, to jednak przetrwali próbę czasu w świetnej formie. Trzeba tylko dać im szansę, a zapewniam, że będzie to dobra decyzja. Ostatecznie wystawiam ósemkę, ale w kategorii czystej frajdy z oglądania dowolna ilość punktów w dziesięciostopniowej skali byłaby zbyt mała.

Tassadar, 13 października 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Toei Animation
Autor: Buronson, Tetsuo Hara
Projekt: Masami Suda
Reżyser: Toyoo Ashida
Scenariusz: Toyoo Ashida
Muzyka: Nozomi Aoki