Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 10/10 grafika: 5/10
fabuła: 9/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 11
Średnia: 8,27
σ=1,29

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Eire)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Les Misérables: Shoujo Cosette

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 52×24 min
Tytuły alternatywne:
  • レ・ミゼラブル 少女コゼット
Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Europa; Czas: Przeszłość; Inne: Realizm
zrzutka

Piękna opowieść o francuskim społeczeństwie połowy XIX wieku. Dobre, a mogłoby być lepsze – gdyby tylko wyrzucić główną bohaterkę.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Nighty89

Recenzja / Opis

Adaptacja. Słowo, które stawia na nogi miłośników danego dzieła i jeszcze przed ujawnieniem jakichkolwiek szczegółów dzieli ich na dwa obozy – przeciwnych wszelkim zmianom i z radością oczekujących nowej odsłony. Sama zazwyczaj zaliczam się do tej drugiej grupy, ale niektóre pomysły przeróbek potrafią zaskoczyć nawet taką entuzjastkę. Cykl World Masterpiece Theatre od lat należy do moich ulubionych projektów japońskiej animacji. Dzięki temu niezwykłemu projektowi animowanych ekranizacji klasycznych dzieł zachodniej literatury świat otrzymał takie perełki, jak Muminki, Mała Księżniczka, Tajemniczy opiekun czy Rodzina Trappów. W latach 1969­‑1997 wyprodukowano kilkadziesiąt serii znanych i lubianych na całym świecie. Gdy w 2007 roku Nippon Animation zdecydowało się na wskrzeszenie WMT, zapowiedź nowej serii wszystkich zainteresowanych, wliczając w to recenzentkę, wprawiła w niemałe osłupienie. Nędznicy bowiem wielkim dziełem są. Opus magnum Wiktora Hugo to losy dziesiątek bohaterów na tle XIX­‑wiecznego Paryża, podane w sosie rozważań społeczno­‑religijnych. Dzieło tak ciężkie i trudne, że od początku niemal funkcjonowało w dwóch wersjach – pełnej i okrojonej dla mniej odpornego czytelnika. Dzisiaj, w czasach, gdy miejsce i czas wydarzeń to kartka z podręcznika historii, czytając tę książkę trzeba co chwila brać poprawkę na czas powstania, kontekst kulturowy i ówczesne trendy literackie. Nędznicy zawsze kojarzyli mi się ze starą suknią z XIX­‑wiecznego żurnala – ładne, miło się w to przebrać, ale chodzić w tym na co dzień się nie da.

W chwili, gdy ogłoszono produkcję Nędzników, po prostu nie mogłam sobie wyobrazić, jak można dostosować tę powieść do animowanej formy i standardów współczesnego widza. Z drugiej strony powieści Hugo okazują się zaskakująco podatne na takie manipulacje – dość wspomnieć musicalową wersję Nędzników czy cudowną przeróbkę Dzwonnika z Notre Dame. Skoro to drugie udało się przerobić Ad usum Delphini, to nie mam się czego bać. Pełna optymizmu zasiadłam do seansu i niemal natychmiast odpadłam. Co to ma być? Seria poleciała do kosza i przeleżała tak kilka lat – do czasu, kiedy na pewnym blogu zobaczyłam entuzjastyczne podsumowanie i wysoką ocenę wstawioną przez osobę, z której gustami raczej się zgadzam. Recenzent książki nie czytał, a seria mimo pewnych wad się podobała. Dałam Nędznikom, zatytułowanym w japońskiej wersji Les Misérables: Shoujo Cosette, drugą szansę, a com zobaczyła, w recenzji poniższej opisuję.

Wita nas spokojny opening i sielankowa sceneria. Mała dziewczynka cieszy się z podróży przez słoneczny kraj, ale jej matka nie ma powodów do radości. Od wielu dni szuka pracy, a w XIX­‑wiecznej Francji ludzie nieufnie patrzą na samotną kobietę z małym dzieckiem. Kurczące się oszczędności zmuszają Fantynę do desperackiego kroku – zostawia dziecko pod opieką małżeństwa oberżystów, by jako samotna kobieta poszukać pracy w nowo powstałej manufakturze. Żegnając matkę, dziewczynka nawet nie przypuszcza, jakie koleje losu czekają na nie obie. Nie przypuszcza, jak ważną rolę w jej życiu odegra nieznany jej jeszcze tajemniczy burmistrz i komisarz policji ścigający zbiegłego galernika. Jest na razie małą dziewczynką, nieświadomą zła tego świata i sposobu, w jaki dotknie ją i jej bliskich burzliwa historia Francji.

Pierwsze odcinki mogą dać mylące wrażenie serii dla grzecznych dziewczynek, gdzie bohaterka o złotym serduszku zostanie na końcu nagrodzona. To leniwe preludium dla wielu widzów – w tym dla recenzentki – jest mocno zniechęcające i zapewne było jednym z powodów, dla których seria nie zdobyła dużej popularności. Akcja jednak rozkręca się szybko, na scenę wkraczają nowe postacie i wątki jeszcze ze sobą niezwiązane, a jest ich tak wiele, że osoby nieznające książki mogą zadawać sobie pytanie, czy wobec takiego natłoku wydarzeń starczy fabuły na ostatnie odcinki. Mogę zapewnić – nie zabraknie, bo zabraknąć nie mogło. Oryginalni Nędznicy to natłok wątków i postaci, w których trudno czasem się było połapać. Na pierwszy rzut oka tytuł japoński sugeruje ograniczenie się do jednego z nich. 52 odcinki to dużo czasu, ale czy dość dużo, by chociaż wspomnieć każdy z problemów poruszonych w pierwowzorze? W dodatku wiele z nich wydaje się dla dziecięcej serii zupełnie nieodpowiednich – nie mówię tylko o wątkach obyczajowych, ale o historycznych, politycznych i społecznych – tym, co widza zwyczajnie nudzi. Byłam szczerze zaskoczona, że większość z nich znalazłam na ekranie podanych w lekkiej, ale poważnej formie. Przystępnie wytłumaczone nie zanudzają widzów znających książkę i pozwalają cieszyć się niuansami tym, którzy jej nie znają. Ze względu na widownię pewne wątki siłą rzeczy musiano ocenzurować, ale wszelkie zmiany wprowadzono bezboleśnie.

Niestety przy takim natłoku wątków trudno o równomierne rozplanowanie akcji – w książce nie rzucało się to tak w oczy, ale w serialu mniej więcej w połowie główny wątek wyraźnie hamuje, by dać czas wydarzeniom, których znaczenie widz pozna dopiero później. Na ekranie wciąż sporo się dzieje, ale główny wątek zaczyna dreptać w miejscu do tego stopnia, że ma się ochotę złapać bohaterów i stuknąć ich głowami. Postacie mijają się o włos, a widz modli się o szybsze rozwiązanie. Na szczęście potem akcja wraca na właściwe tory i nie schodzi z nich aż do finału.

Może to zasługa ruchomego obrazu, ale postacie wydają się bardziej ludzkie niż w tendencyjnej książce. Po serii dziecięcej spodziewamy się wyraźnego rozgraniczenia dobry­‑zły, ale twórcy nie poszli na łatwiznę i zaserwowali nam pełnokrwistych bohaterów ze wszystkimi niuansami opisanymi w powieści. Akcja obejmuje kilkanaście lat i widać to w zachowaniu postaci – poza tytułową bohaterką zmieniają się bardzo i co pozwolę sobie jeszcze raz podkreślić, są to zmiany wiarygodne i wynikające z ekranowych wydarzeń. Ostrzegam przed szybkim szufladkowaniem – mój stosunek do postaci zmieniał się w najmniej oczekiwanych momentach i ostatecznie mogę powiedzieć, że dla samego tego aspektu warto Les Misérables: Shoujo Cosette obejrzeć. Seria wzrusza i porusza bardziej niż książkowy pierwowzór – po raz pierwszy od dawna naprawdę kibicowałam postaciom i szkoda mi było każdego straconego przez nich złudzenia.

Teraz do tej beczki miodu wsadzam łyżkę dziegciu. Łyżkę, która straszy już w tytule i którą miałam ochotę zakopać daleko i głęboko.

Miałam kiedyś okazję spróbować gorącej czekolady przyrządzonej na sposób popularny w XVII­‑wiecznej Hiszpanii. Doświadczenie to wywróciło moje wnętrzności do góry nogami i zmusiło do zastanowienia się nad zmiennością ludzkich smaków. Tłusta, ciężka od przypraw maź była przez stulecia ulubionym napojem arystokracji, ale dzisiaj może służyć raczej za ciekawostkę niż rarytas kulinarny. To samo wrażenie miałam nie raz, czytając klasyki XIX­‑wiecznej literatury, gdzie postacie, o których wiedziałam, że mają we mnie poruszyć konkretne struny, w rzeczywistości wywoływały emocje odległe od zamierzonych. Takie uczucie doskwierało mi przez całą lekturę Nędzników i właśnie tego aspektu najbardziej się obawiałam. Cosette, czyli w polskim przekładzie powieści Kozeta… chciałabym ją określić za pomocą wielu słów, których dawni psychiatrzy używali na określenie stanów chorobowych. Na samą myśl o niej budzą się we mnie demony, a odczucia pogarsza świadomość, że to bezmózgie coś uważane jest przez autora i jemu współczesnych za słodkie i niewinne. Niestety, tam gdzie autor widzi niewinność i słodycz, ja widzę umysł meduzy i przykłady tragicznej w skutkach bezmyślności. Bardzo byłam ciekawa, co zobaczą w niej twórcy anime – to przecież idealny materiał na animowaną idiotkę nr 5. Albo pozostaną wierni książce i spowodują, że znienawidzę tę serię, albo będę musiała ich usprawiedliwiać za odstępstwa od pierwowzoru.

Trudno powiedzieć, bym się zawiodła. Kozetka to wzór cnót wszelakich, awatar wszystkich świętych Kościołów razem wziętych, któremu anioły buty czyścić mogą. Zawsze grzeczna, pomocna, z uśmiechem przyklejonym do twarzy nawet w najgorszych okolicznościach, po prostu zbyt idealna, by mogła być wiarygodna – ale nadal o niebo lepsza niż książkowy oryginał. Kozeta z książki w pewnym momencie staje się bowiem jasnym przykładem na rozbieżność postępowania postaci z autorskim komentarzem. Dość napisać, że w książce jest miła i dobra nawet kiedy popełnia świństwo, za które osoba żyjąca lub fikcyjna zostałaby natychmiast potępiona. W anime ów pojawiający się pod koniec wątek został nieco zmodyfikowany, a na zmianie zyskała nie tylko Kozeta, ale także kilka innych postaci. Ortodoksyjni fani książki zapewne zjedzą mnie żywcem, ale muszę przyznać, że moim zdaniem całej historii na dobre wyszła lekka zmiana akcentów w zakończeniu, które w książce zdawało się być udramatyzowane na siłę.

Na zrzutkach obok recenzji grafika wygląda ładnie. Oszczędna i przy całym należnym seriom dziecięcym ugrzecznieniu dość realistyczna – zwłaszcza jeśli chodzi o modę i wnętrza. O animacji jednak wiele dobrego powiedzieć nie mogę – jeszcze nie widziałam serii z taką ilością stop­‑klatek. Owszem, kadry są ładne, ale ile można oglądać nieruchomy tłum? Kiedy byłam dzieckiem, modne były powieści dźwiękowe z dołączoną ilustrowaną książeczką. Dźwięk między dialogami podpowiadał kiedy obrócić stronę. Teraz, dzieci, popatrzcie, jak to wyglądało w praktyce. Czyżby twórcy liczyli na nutkę nostalgii polskiej recenzentki? Bardziej prawdopodobne, że Nippon Animation ostatnio cienko przędzie. Po pewnym czasie sztuczki oszczędzające grafikę stają się zabawne – kiedy obraz jest nieruchomy, widzimy na ulicach tłumy, ale gdy postaciom przychodzi iść gdziekolwiek, Paryż nagle się wyludnia.

Zawsze chwaliłam serie WMT za to, że pamiętają o zmianie wyglądu bohaterów w miarę upływu czasu. Również tutaj możemy cieszyć się tym smaczkiem, z jednym małym wyjątkiem. Zaczynam wierzyć, że nic co związane z Kozetą, nie może się udać. Postacie dookoła dorastają pięknie, z dziewczynek wyrastają kobiety, nasza Kozetka zyskuje kształtne ciało i dziwaczną twarz. Strach się zbliżyć, bo szpiczastym podbródkiem zakłuje na śmierć. W świetle komplementów, jakimi obdarzają ją inni bohaterowie, daje to niezamierzony efekt komiczny.

Melduję, że studio Nippon Animation mimo pewnych trudności znowu zaserwowało widzom piękną ekranizację zachodniego klasyka. Przykro, że zajmująca, wielowątkowa seria nie tylko nie otrzymała należytej uwagi oficjalnych dystrybutorów, ale też wśród fanów przemknęła praktycznie niezauważona. Mam nadzieję, że powyższa recenzja choć w małym stopniu przekona przynajmniej kilka osób, aby dały jej szansę.

Eire, 3 lipca 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Nippon Animation
Autor: Victor Hugo
Projekt: Hajime Watanabe, Takahiro Yoshimatsu
Reżyser: Hiroaki Sakurai
Scenariusz: Tomoko Konparu
Muzyka: Hayato Matsuo