Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 10/10
fabuła: 7/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 8 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,88

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 202
Średnia: 7,82
σ=1,48

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Melmothia)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sengoku Basara Ni

zrzutka

Wracamy do punktu wyjścia, czyli starzy bohaterowie, nowi antagoniści i już nie tak komediowa atmosfera. Wybuchy atomowe nadal w cenie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Godofblackmetal

Recenzja / Opis

Nobunaga Oda nie żyje, a na świecie powrócił dawny nieporządek – Yukimura fika z Masamune, Kenshin Uesugi i Shingen Takeda po raz setny postanawiają zmierzyć się na równinie Kawanakajima, by wyłonić silniejszego, Kasuga i Sasuke nie tracą okazji, żeby pokazać, jak bardzo się lubią – all's right with the world. Przez jakieś pięć minut. W szóstej minucie bowiem w tempie iście ekspresowym mamy przedstawionego następcę Nobunagi w byciu Tym Złym oraz jego pomagiera, tym razem tylko jednego. Hideyoshi Toyotomi i jego strateg – Takenaka Hanbei – wraz z własną armią i burzowymi chmurami nadciągają na pole walki, aby oznajmić wszem i wobec, iż teraz to oni będę załazić za skórę reszcie bohaterów. Po zgłoszeniu zwyczajowego sprzeciwu przez Masamune, braku entuzjastycznej chęci współpracy reszty obecnych i pokazie siły ze strony Toyotomiego wszyscy rozjeżdżają się do domów. Zaczyna się snucie planów walki, podbojów oraz marzenia o pokoju i lepszej Japonii.

Początek sugeruje, że seria będzie podobna do poprzedniej – i w sumie znaczących różnic nie ma. Animacja prawie taka sama, muzyka też, bohaterowie prawie tak samo szaleni, a fabuła z realiami historycznymi ma tyle wspólnego, że nie warto nawet porównywać. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to „prawie”, które wkradło się do poprzedniego zdania. Główne różnice są dwie, a może nawet trzy, jeżeli natrętne zajmowanie czasu antenowego przez jednego irytującego bohatera można do nich zaliczyć. Po pierwsze – Hideyoshi Toyotomi. Nie ma nawet co porównywać go do Nobunagi, bo do siebie mają się mniej więcej tak, jak seria oryginalna do odcinania kuponów. Przynajmniej na początku można odnieść takie wrażenie, wywoływane głównie przez analogiczne chmurki, tyle tylko że z maleńką różnicą, dzięki której jednak widz upewnia się jedynie w swojej teorii, że z założenia Toyotomi miał być podobny do swojego poprzednika, a jednocześnie od niego różny. O ile wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Nobunaga jest złem wcielonym i jako taki był całkiem ciekawą postacią, o tyle Toyotomi to idealista, który wierzy, że prawo silniejszego zaprowadzi w kraju porządek. Mówi niewiele (i całe szczęście) – marszczy się tylko cały czas groźnie, patrzy przed siebie z wyższą intencją w oczach i prze ku raz wyznaczonemu celowi po trupach. Nie wiem, czy jakikolwiek widz by wytrzymał, gdyby jeszcze zaczął wygłaszać przemówienia. Ominęło nas więc naprawdę groźne niebezpieczeństwo, które jednak opłacone zostało dużym spłyceniem postaci Toyotomiego (nie, żeby Nobunaga był głęboki…) – miał większy potencjał, być może więcej ukrytych motywów, niemniej nie mogę stłumić uczucia wdzięczności i ulgi, że nam je darowano i ograniczono się tylko do krótkich migawek z przeszłości.

Drugą różnicą jest ogólny klimat serii połączony ze sposobem prowadzenia postaci – dalej mamy kolorowe wyładowania (szczególnie ładnie wyglądają te turkusowe od Kojuurou, idealnie współgrają z kolorem jego ubrań i są miłą odmianą po całej tej czerwieni i błękicie), bohaterów spadających na armie niczym meteoryty, kopniaki i machnięcia powodujące fale uderzeniowe zmiatające całe oddziały i wybuchy godne ostatnich odcinków Tengen Toppa Gurren Lagann. Jeśli zaś poprzednio pisałam o walkach podobnych do starć wielkich robotów, tak w drugiej serii główny antagonista wręcz takiego przypomina – na polu walki jest jak najnowszy model gundama wobec masowo produkowanego złomu. Ma też podobną siłę rażenia, podobny sposób poruszania się i mordę z przylepionym jednym wyrazem. Scena ataku na olbrzymią fortecę w jego wykonaniu wygląda jak gundam atakujący kosmiczny statek­‑bazę. Cała typowa dla pierwszego sezonu absurdalność i przepakowanie postaci została jednak umoczona w dużej ilości przemyśleń, wątpliwości, skrupułów, pytań o to, czy do osiągnięcia pokoju potrzebna jest walka, innymi słowy – atmosfera nieco się zagęściła i posmutniała. Yukimura nie spieszy już do walki tak jak dawniej, w pewnych momentach wydaje się wręcz żałośnie słaby. Niby ma być to oznaką dojrzewania charakteru i ostatecznie w jego wykonaniu nie wypada tak źle, jak mogłoby wyglądać w przypadku innych postaci. Yukimura nie ma bowiem tendencji do popadania w depresję i chyba tylko to – oraz ogromny zapał, naiwność i prostota – ratuje go (i widza) przed czarną dziurą. Niemniej jednak nie jest to już ten sam radośnie gwałtowny i płomienny nieopierzony wojownik. Wyrzucony w ramach treningu z rodzinnego legowiska młody tygrys musi radzić sobie sam, popełniając błędy i samemu za nie odpokutowując. Takie poprowadzenie postaci można uznać za ciekawostkę, ale i tak najlepsze momenty z nim to te, w których wracano do jego entuzjastycznej i silnej wersji. Kontrast powstały przez takie pociągnięcie charakteru postaci powodował jednak oczekiwanie, aż Yukimura odzyska dawny rezon, a to znowu przykuwało do ekranu. Takie urozmaicenie nie każdemu może przypaść do gustu, w końcu jeśli komuś pierwsza seria się podobała, to po drugiej oczekuje wszystkiego, tylko nie robienia z bohaterów sierot. Poważna atmosfera odbija się też na Masamune, chociaż nie wprowadza w jego charakterze żadnych zmian: to dalej ten sam pewny siebie cool guy (może tylko zamiłowanie do angielskich słówek w nim wzrosło). Trudność, z jaką on się zetknie, ma całkiem inny charakter – nie ma sensu ukrywać, że przez większość serii będzie musiał radzić sobie bez osobistej personifikacji zdrowego rozsądku. To także, jak w przypadku Yukimury, swoista próba, tym razem jednak nie wywołująca w bohaterze głębszych przemyśleń i zmian, a tylko przybliżająca całkiem interesujące relacje Kojuurou – Masamune, prawdziwą męską przyjaźń i zaufanie, które nie potrzebują zbędnych słów. Jest jednak jedna duża wada tego wątku – bardzo dobra i ciekawa postać, jaką jest Kojuurou, ma niewiele istotnych scen, chociaż kiedy już dostaje czas dla siebie, to jest to naprawdę satysfakcjonujące pięć minut.

Z drugą istotną różnicą wiąże się trzecia – przez całą serię smęcić nam będzie Keiji Maeda. Jeśli Toyotomi chce uratować kraj czynem i siłą, tak Keiji najchętniej używa słów oraz metody na leżącego na drodze ekologa. Nawija o pokoju i niewłaściwości wojny przy każdej nadarzającej się okazji. Już w poprzedniej serii nie miał większej roli, tutaj także jej nie ma – jednak ilość czasu, jaki spędza w kadrze, jest odwrotnie proporcjonalna do tego, ile wnosi do fabuły. Biega od jednego bohatera do drugiego i powtarza się jak papuga, próbując namówić wojowników, żeby przestali wojować. Gdyby go wyciąć albo przynajmniej zakneblować, seria zyskałaby niepomiernie, a tak można tylko cierpliwie czekać, aż łaskawie wyjdzie z kadru. Jego przeszłość, związana z przeszłością Toyotomiego, też nie jest ciekawa, co nie przeszkadza twórcom co jakiś czas wrzucać jedną i tę samą sekwencję z niej, żeby charakterowi Keijiego nadać głębi i motywów. Jakby ktoś chciał je znać.

Seria skupia się głównie na młodszym pokoleniu oraz bohaterach, których było mało w poprzednim sezonie, tudzież takich, którzy pojawiają się po raz pierwszy (szczególnie interesujący jest wyprzedzający swoje czasy osobnik, którego seiyuu to Daisuke Namikawa). Widzimy także postaci, które zaskakują nas tym, że przeżyły wydarzenia z poprzedniego sezonu. Role Takedy czy Uesugiego ograniczone zostały do minimum, Kasuga i Sasuke pojawiają się tylko po to, żeby przekazać informacje o ruchach innych dowódców i rzadko mają okazję, żeby sobie podokuczać. Za to zaprezentowani na szybko w poprzednim sezonie Motonari Mouri i Motochika Chousokabe teraz dostają dość istotne role, ten pierwszy wręcz porównywalną do Toyotomiego. Minimalnie więcej uwagi poświęcono także rozrzucanemu dotąd tylko na boki tłumowi bezimiennych żołnierzy, którzy w drugiej serii okazują się także ludźmi, ba, nawet mają rodziny gdzieś tam we tle, chociaż tak naprawdę chyba tylko na potrzeby przypomnienia co bardziej naiwnym, że wojna to nie zabawa, a wróg to też człowiek, który myśli i czuje. Jako tacy nadal pozostają jednak elementem pełniącym rolę podrzędną.

Nie można też zapomnieć o istotnej postaci, jaką jest Hanbei Takenaka z Akirą Ishidą jako seiyuu. Prawa ręka Toyotomiego, genialny (a przynajmniej kreowany na takiego) strateg, a także osobnik, który wygląda, jakby urwał się z s&m yaoi. Ma nawet odpowiednią broń, której możliwości lepiej jednak nie zgłębiać, bo do realizmu mają się mniej więcej tak samo, jak fabuła do tła historycznego (jak coś tak krótkiego może się podzielić na aż tyle części?!). Hanbei to taka Zosia­‑Samosia, inteligentny i ambitny skurczybyk (przy czym jego ambicja to wyniesienie Toyotomiego na szczyt), który wszystko sam planuje i stoi prawie za wszystkimi posunięciami swojego dowódcy. Toyotomi zdaje się nie wtrącać do jego poczynań, inteligentnie milcząc i tylko od czasu do czasu pokazując, że to jednak on ma tu ostatnie słowo. Hanbei jest wręcz idealnym podkomendnym, o jakim każdy dowódca może tylko marzyć (zaraz po Kojuurou). Także i on jednak padł ofiarą udramatycznienia serii, przez co ostatecznie mam mieszane uczucia co do tej postaci, choć przychylałabym się jednak do pozytywnej oceny – są bohaterowie, którzy na swój własny zwichnięty sposób są sympatyczni. Mitsuhide Akechi z pierwszej serii był w sumie bardziej fascynujący, ale ciepłych uczuć raczej nie wzbudzał – Hanbei, sądząc po wyglądzie, miał być chyba jego następcą, ale coś zdaje się nie wyszło. Gdyby tylko raczył się przebrać (i zetrzeć szminkę…), w ogóle nie można by porównywać go do Akechiego.

W przypadku oprawy technicznej częściowo mamy to samo, co w poprzedniej serii. Grafika ponownie jest na najwyższym poziomie, chociaż tym razem nie piękno natury przykuwało oko (mam wrażenie, że nie starano się już tak bardzo w przypadku zieleni, chociaż nadal tła z nią są bardzo ładne), ale niesamowita szczegółowość, z jaką rysowano wszelkie budowle, z ruchomą fortecą Chousokabe na czele. Wnętrza również zachwycały, szczególnie powierzchnie drewniane. Katany, z których jedna odgrywa dużą rolę, to zaś majstersztyk – pal licho realizm, one po prostu emanowały własnym światłem i nawet porównania zawierające takie elementy jak księżyc, odbicie w wodzie przy pełni i podobne banały nie są w stanie oddać, z jaką pieczołowitością i dbałością o zmysł estetyczny widza przyłożono się do ich narysowania. Ruchy postaci nie straciły nic z dynamiczności i płynności, poziom animacji jest więc porównywalny z tym z pierwszego sezonu i nie ma za bardzo o czym pisać. Podobnie rzecz się ma w przypadku muzyki, chociaż tutaj wraz ze zmianą klimatu przybyło smutnych nut (z których najładniejsze zaklepał sobie Hanbei), chociażby takie Der Traum Deines Lebens. Poza tym na ścieżkę dźwiękową składa się parę innych, typowych już dla serii utworów, na przykład nowa wersja Blaze. Niemniej jednak różnica jest minimalna i muzycznie, tak jak i w przypadku animacji, to dalej stara dobra Sengoku Basara. Również opening (Sword Summit T.M.Revolution) i endingi (El Dorado oraz Fate Angelo) się w to wpisują i nie odbiegają jakościowo od swoich poprzedników, nawet jeśli JAP Abingdon Boys School plasuje się półkę wyżej, choćby przez sentyment.

Wiele osób ocenia tę serię jako gorszą od pierwszej. Owszem, nie jest tak dobrze, jak poprzednio, ale nie jest też źle. To prawda, że postać nowego antagonisty jest nieporównywalnie słabsza od Nobunagi (ale w końcu gorzej by było, gdyby był taki sam), dawny humor gdzieś się zapodział i tylko od czasu do czasu się wychyla, tak że widz już nie wybucha raz po raz śmiechem, a powaga pasuje do tej serii jak pięść do nosa. Jednakże tytuł ten ma w sobie coś, co sprawia, że nawet mimo widocznych wad, przyjemność z oglądania nie znika. Nie przeszkadza nawet powtarzający się schemat walki z jednym „złym” bohaterem – nie zdziwiłabym się, gdyby przerobiono go jeszcze trzeci raz, w końcu został jeszcze Ieyasu Tokugawa (pytanie tylko, jak długo każą żyć Uesugiemu i Takedzie, czyli postaciom, które już dawno powinny odejść z tego świata w zamian za parę innych, które to zrobiły, mimo że to nie był jeszcze na nie czas…). Można więc żałować, że to już nie to samo – inny reżyser, inny wynik – niemniej jednak nadal warto obejrzeć.

Melmothia, 12 marca 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Production I.G.
Autor: Capcom
Projekt: Makoto Tsuchibayashi, Tooru Ookubo
Reżyser: Kazuya Nomura
Scenariusz: Yasuyuki Mutou
Muzyka: Hiroyuki Sawano