Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 6/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 15 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,80

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 796
Średnia: 7,93
σ=1,45

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek, moshi_moshi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kami-sama Hajimemashita

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2012
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Kamisama Kiss
  • 神様はじめました
Gatunki: Komedia, Romans
Widownia: Shoujo; Postaci: Uczniowie/studenci, Youkai; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Krótki poradnik dla bóstw z przypadku, czyli jak obchodzić się z nieposłusznym demonicznym sługą i wypełniać obowiązki, nie szkodząc innym. Spis bóstw i potencjalnie upierdliwych demoniszczy gratis!

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Nanami kończy kolejny zwykły dzień prawdziwą katastrofą. Cóż, trudno inaczej nazwać ucieczkę ojca hazardzisty i wyrzucenie z domu przez ludzi dość wątpliwej proweniencji, ale dlaczego włączać w to nagły i niespodziewany awans na lokalne bóstwo? Chwileczkę, bóstwo? Tak, proszę Państwa – dziewczyna nawet nie przypuszcza, że uratowanie pociesznego człowieczka w okularach przed psem zaowocuje taką zmianą statusu społecznego. Mikage, bo tak zwie się ów pan, oferuje bohaterce dach nad głową i daje jej buziaka w czoło, po czym znika. Uradowana Nanami trafia do starej świątyni, gdzie dowiaduje się o „awansie” i spotyka Tomoe – (byłego) demonicznego sługę i asystenta Mikage, niezbyt zachwyconego zmianami. Ale nieważne, w końcu ma gdzie mieszkać! Teraz wystarczy tylko zmusić równie złośliwego, co przystojnego youkai, by zawarł z nią kontrakt, nauczyć się, jak sprawować nowe obowiązki i uważać na okoliczne bóstwa oraz przede wszystkim inne demoniszcza, szalenie zainteresowane uroczym bezbronnym dziewczęciem…

Bogowie! Shoujo, porządne rasowe shoujo! Już dawno nie widziałam serii, na dodatek nakręconej na podstawie cały czas wychodzącej mangi, która byłaby dobra od początku do końca. I oto jest – Kamisama Hajimemashita, lukrowana, urocza do bólu historyjka z tak cholernie sympatycznymi bohaterami, że aż macki opadają. Z góry uprzedzam, że nie mam pojęcia, jak anime wypada na tle komiksu, ale to, co zobaczyłam, w pełni zaspokoiło moje zapotrzebowanie na słodką i romantyczną opowiastkę. Autorka zgrabnie i z pomysłem wybrnęła z gatunkowego bagienka, unikając najbardziej wyświechtanych schematów lub wykorzystując je w zabawny sposób i przy okazji nie stworzyła parodii, a jedynie lekką i przyjemną komedię. Wszystko to już widzieliśmy, czytaliśmy, ale w nieco innym wydaniu, pokazane pod innym kątem. Wystarczy spojrzeć na bohaterów – na pierwszy rzut oka wydają się być chodzącymi szablonami, ale pewne drobiazgi sprawiają, że zapadają w pamięć i wzbudzają sympatię widza.

Nanami wydaje się typową fikcyjną licealistką, odrobinę niezdarną, pełną dobrych chęci i rozmarzoną. Rzecz w tym, że już w pierwszym odcinku udowadnia, iż oprócz dobrych chęci ma też silną wolę i sporo charakteru. To nie jest anemiczna sierotka, cichcem wzdychająca do chłopaka, ale żywiołowa i pełna wiary w siebie młoda kobieta. Przypadkowo „straciłam” pierwszy pocałunek, trudno, bishounen był cudny, a pierwszy nie oznacza ostatni – generalnie pani ma bardzo rozsądne podejście do pewnych spraw i zaskakująco dobrze radzi sobie z „urokami” pierwszej miłości. Na dodatek przepięknie uzupełnia się z Tomoe, swoim demonicznym shinshi, złośliwym i chłodnym w obejściu, czyli takim, jakie tygrysy lubią najbardziej. Twórcy bez skrępowania maglują motyw „kto się czubi, ten się lubi” i okazują się w tym nieprawdopodobnie dobrzy! Są kłótnie, przeprosiny, dylematy i rozterki, a także przeszkody w postaci innych przystojnych youkai i przeszłości. Wszystko to wypada naturalnie i jest następstwem różnych wydarzeń układających się w spójną i logiczną całość. Wracając jednak do bohaterów – związek Nanami i Tomoe iskrzy, bucha emocjami i intryguje, a widz ma poczucie, że ta dwójka idealnie do siebie pasuje, a nie jest jedynie pobożnym życzeniem autorki, połączonym jej wszechmocną wolą i piórem.

Ale anime nie pozostaje teatrem tylko dwóch aktorów, gdyż twórcy prezentują nam całą galerię interesujących postaci. Oczywiście na pierwszy plan wysuwają się dwaj „konkurenci” naszego demona – koegzystujący z ludźmi tengu Kurama, będący także mroczną gwiazdą muzyki, oraz Mizuki, pocieszny wąż, który dawno temu stracił swoje bóstwo i obecnie nie ma komu służyć. Cóż, panowie są ujmujący i stanowią świetną przeciwwagę dla Tomoe, częstokroć prowadząc z nim osobliwe spory. Serio, oglądanie interakcji tej czwórki to prawdziwa przyjemność i zabawa. Relacje w żadnym momencie nie są przesadzone, sztuczne czy nijakie. Daje się odczuć przyjacielska, wręcz rodzinna atmosfera, a ten optymistyczny nastrój udziela się widzowi, pozwalając oderwać się od szarej rzeczywistości. Istotny jest również fakt, że nie ma tu postaci zbędnych, których jedynym zadaniem jest zapełnianie tła i wygłaszanie nudnych kwestii. Co prawda trudno nazwać bohaterów skomplikowanymi i wiarygodnymi, ale chyba nie tego oczekuje się od komedii romantycznej?

Kolejne pytanie brzmi, czy da się stworzyć sensowną trzynastoodcinkową serię na podstawie publikowanej mangi, która nie rozłazi się w fabularnych szwach i ma satysfakcjonujące zakończenie? Poniekąd odpowiedziałam na to pytanie wcześniej, ale powtórzę – Kamisama Hajimemashita udowadnia, że jak najbardziej. Naturalnie, da się odczuć pewien niedosyt, ale anime zostało dobrze rozplanowane i zakomponowane. Scenariusz zgrabnie i bez pośpiechu wprowadza widzów w świat przedstawiony, tłumaczy, co, jak i dlaczego, a także pokazuje ewolucję związku głównych bohaterów. Duże brawa należą się za ucięcie akcji w odpowiednim momencie, ukazanie pewnego etapu w życiu Nanami i Tomoe, zakończonego w wyjątkowo mruczny i romantyczny sposób. Dzięki temu zabiegowi twórcy mogą w razie czego bez problemu nakręcić kontynuację, zaś widzowie sięgnąć po mangę, jeżeli odczuwają taką potrzebę, lub poprzestać na anime. Kamisama Hajimemashita to produkt kompletny, mimo że ostatni odcinek obył się bez trzęsienia ziemi, płomiennych wyznań i nagłych zwrotów akcji.

Chociaż co i rusz podkreślam, jak słodko i uroczo prezentuje się całość, uczulonych na nadmiar cukru uspokajam, że mdłości raczej nikomu nie grożą. Reżyser – Akitarou Daichi, odpowiedzialny za m.in. Fruits Basket (co świadczy o tym, że ma pojęcie o kręceniu dobrych anime), zapewne zgodnie z oryginałem, sprawnie łączy lekką komedię i puchaty romans z elementami poważniejszymi, które jednak w żadnym momencie nie stają się osią fabuły. Duża w tym zasługa bohaterów oraz interesujących historii, a także żartów z wytartych schematów, skierowanych do widzów. Na przykład za każdym razem, kiedy pojawia się Kurama, w tle słychać dramatyczną pieśń o miłości, znikąd leci czarne pierze, atmosfera robi się mroczna, krwistoczerwone róże tracą swe płatki, a świece zaczynają migotać (nie wszystko naraz, ale efekt i tak jest komiczny). Podobnych „kwiatków” jest w anime sporo i warto zwrócić na nie uwagę, ponieważ świadczą o tym, iż autorka/reżyser w pełni zdawali sobie sprawę z kiczowatości i wszystkich słabostek gatunku. Naturalnie oprócz komediowych wstawek cały czas coś się dzieje – poznajemy blaski i cienie życia lokalnego bóstwa, jego obowiązki i próby połączenia ich ze szkolnym ludzkim życiem. Nanami przez długi czas w ogóle ma problem z przyswojeniem informacji, że już nie jest zwykłym człowiekiem i notorycznie wpada przez to w kłopoty. To nieco słabsza część fabuły – bo owszem, rozumiem i doceniam, że bohaterka powoli oswaja się z nowymi obowiązkami i otoczeniem, ale widać, że ten „boski” wątek nie do końca dobrze funkcjonuje. Znaczy, bryka sobie gdzieś tam na trzecim planie i czasem, kiedy jest potrzebny, przybiega na zawołanie autorki. Siłą rzeczy dziewczyna czasami spełnia swoje powinności, czasami stara się ukryć fakt, że jest bóstwem (a właściwie to Tomoe tego pilnuje), aby nie paść ofiarą youkai, ale przez większość czasu Nanami jest zwyczajną uczennicą, która mieszka w świątyni i ma demonicznego sługę. To lekceważenie wątków nadnaturalnych na rzecz szkolno­‑obyczajowych może trochę przeszkadzać widzowi w momencie, kiedy bycie bóstwem w każdej chwili może się skończyć dla bohaterki nieprzyjemnie, no i przede wszystkim stanowi teoretycznie element napędzający fabułę.

Jedną z nielicznych poważnych wad Kamisama Hajimemashita jest wyjątkowo uboga warstwa wizualna. Obecnie co sezon otrzymujemy przynajmniej dwie serie z tak dopieszczoną grafiką, jaką jeszcze niedawno miewały tylko produkcje pełnometrażowe, pochodzące z najlepszych studiów. Niestety Kamisama Hajimemashita wypada blado nawet na tle zupełnie przeciętnych anime – brak funduszy dosłownie bije po oczach. Projekty postaci są dość wierne mangowym pierwowzorom, ale widać spore uproszczenia i krzywizny, co w połączeniu ze stylistyką shoujo daje bardzo mizerny efekt. Sylwetki są anorektyczne i nieproporcjonalne, co doskonale widać zwłaszcza w przypadku Nanami – wielka głowa ledwo trzyma się na wychudzonym korpusie, a pajęcze nóżki już dawno powinien złamać pierwszy mocniejszy podmuch wiatru. Nieco lepiej prezentują się panowie, acz tu też wszystko zależy od konkretnej sceny i ujęcia, no i nie oszukujmy się – w porównaniu z „kolegami” z produkcji opartych na grach, wychodzą na biednych kuzynów. Graficy starali się, jak mogli, żeby choć odrobinę ukryć wizualną nędzę, całkiem zręcznie operując kolorem i abstrakcją, co trochę osłodziło porażkę. Nie zabrakło pomysłów rodem z mangi – proste, najczęściej jaskrawe tło, a na nim zatrzęsienie gwiazdek, kwiatuszków czy bąbelków. O dziwo, nie wygląda to aż tak źle i chociaż jest straszliwą tandetą, idealnie pasuje do serii. Najgorzej ma się animacja, w dużej mierze koszmarnie statyczna i niezbyt płynna, choć przecież to anime nie należy do dynamicznych i wymagających technicznych fajerwerków. Na plus wyróżnia się dbałość o detale – zwraca uwagę duża różnorodność projektów youkai, od człekopodobnych do zupełnie oryginalnych, ale zawsze nawiązujących do japońskiego folkloru. Poza tym drobiazgi, w rodzaju efektownych ubrań głównych bohaterów, które zdarza im się zmieniać po kilka razy na odcinek, co nadal potrafi stanowić problem dla twórców. Cóż, uczciwość nie pozwala mi wysoko ocenić oprawy graficznej, ale po pierwsze, widziałam już gorsze seriale, po drugie, taka prostota też ma swój urok, zwłaszcza gdy jest dodatkiem do bardzo udanej reszty, a po trzecie, co ma cieszyć oko, cieszy je. Przyznaję, to jest wada, dla wielu osób pewnie odstręczająca od anime, ale mnie ani razu nie przyszło do głowy, żeby porzucić serię, bo bishouneni trochę krzywi – dla mnie było w porządku!

Ścieżka dźwiękowa wypada znacznie lepiej niż grafika, acz do ideału też sporo brakuje. Muzyka w tle jest nijaka, zupełnie nie wybija się ponad przeciętność i w oderwaniu od obrazu traci jakąkolwiek rację bytu. Elektroniczne melodyjki to jedynie dźwiękowa ilustracja, pozbawiona charakteru. Inaczej ma się sprawa czołówki oraz piosenki towarzyszącej napisom końcowym, wykonywanych przez Hanae. Ta pierwsza, czyli Kamisama Hajimemashita to niezbyt energiczny, ale szalenie czarujący utwór z „wyszeptanym” wokalem i barwną, oddającą ducha serii animacją. Kojarzy mi się odrobinę z bossa novą, acz jest to dość odległe skojarzenie. Ending jest utrzymany w podobnym stylu, acz bardziej „pościelowym” – Kamisama Onegai to wyjątkowo mruczna ballada, która nie nudzi nawet po dziesiątym odsłuchaniu. Warto zauważyć, że artystka nie jest wybitnie uzdolniona, ale śpiewa w sposób, który podkreśla wszystkie zalety jej w zasadzie przeciętnego głosu. Kolejnym elementem, który zaważył na pozytywnej ocenie udźwiękowienia, są popisy seiyuu – szczególnie zapadli mi w pamięć Nobuhiko Okamoto jako Mizuki, Daisuke Kishio w roli Kuramy oraz Shinnosuke Tachibana, grający Tomoe. Znakomicie wypadła także Suzuko Mimori, użyczająca głosu głównej bohaterce. Aktorzy zagrali charyzmatycznie i na luzie, co słychać. Dzięki nim postacie ożyły i nabrały kształtów oraz charakteru. Ma to ogromne znaczenie, biorąc pod uwagę, jakie braki graficzne ma serial, i ile innych składowych musi za nie nadrabiać.

Kamisama Hajimemashita to jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek jesiennego sezonu 2012 i co ważniejsze, przykład na to, jak nakręcić dobre shoujo. Niech będzie, wizualnie odpada w przedbiegach, nawet w porównaniu z produkcjami starszymi, ale fabuła i postacie wyrównują to z nawiązką. Jak widać, nawet na bazie oklepanych schematów da się stworzyć coś świeżego i ciekawego. Brakowało mi takiego anime, brakowało mi bezpretensjonalnego romansu z nutą komedii, gdzie nie muszę czekać dwóch sezonów, by bohaterowie doszli do konstruktywnych wniosków i zechcieli sobie o nich powiedzieć. Ba, nawet jak na dzieło na podstawie mangi, Kamisama Hajimemashita prezentuje się wyjątkowo dobrze – żadnych uciętych zakończeń, obietnic kolejnych sezonów (w sumie nie obraziłabym się) czy odsyłania do komiksu. Naturalnie, serial ma swoje wady, trudno uznać go za kamień milowy gatunku, ale jako kino rozrywkowe, skierowane do określonej grupy odbiorców, spełnia swoje zadanie doskonale. To ukłon w stronę klasyki shoujo, romans, który ogląda się bez zażenowania czy irytacji. Z czystym sercem polecam każdej spragnionej ideałów i lukru miłośniczce ciepłych, relaksujących opowieści.

moshi_moshi, 14 lutego 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: TMS Entertainment
Autor: Julietta Suzuki
Projekt: Junko Yamanaka
Reżyser: Akitarou Daichi
Muzyka: Toshio Masuda