Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 10/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 14 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,43

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 147
Średnia: 7,12
σ=1,93

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (IKa, Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Gatchaman CROWDS

zrzutka

Co może zrobić jedna nastolatka przeciwko całemu złu tego świata? Jestem dziwnie pewna, że zło nie chciało poznać odpowiedzi na to pytanie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

W pięknym mieście Tachikawa żyje sobie nastolatka imieniem Hajime Ichinose: pełna energii ekscentryczka z lekką obsesją na punkcie materiałów papierniczych, aktywna i zapalona użytkowniczka popularnej sieci społecznościowej GALAX… Słowem, nic nadzwyczajnego, czyli idealna bohaterka anime. Kiedy nieoczekiwanie zostają w niej obudzone moce i okazuje się, że ma dołączyć do drużyny Gatchamanów – superbohaterów, broniących świata przed zagrożeniem ze strony tajemniczych Obcych, wydaje się, że fabuła wskoczyła w wyrobione i dobrze znane koleiny. Tyle tylko, że – choć to fraza paskudnie nadużywana – nic absolutnie w tej serii nie jest takie, jakie mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Hajime nie jest kolejną pełną ideałów neofitką, z entuzjazmem biegnącą wypełniać zleconą jej misję ratowania ludzkości. To stworzonko, które umie obserwować i zadawać pytania – piekielnie celne i równie niewygodne, zmuszające pozostałych Gatchamanów (a wraz z nimi widzów) do spojrzenia na wiele spraw z zupełnie innej niż dotychczas perspektywy.

Problem z fabułą Gatchaman CROWDS zrozumie każdy, kto widział choć jedną serię w reżyserii Kenjiego Nakamury. To po prostu nie jest coś, co dałoby się streścić na potrzeby recenzji w taki sposób, żeby z jednej strony uprzedzić widzów, z czym będą mieli do czynienia, a z drugiej – nie opowiedzieć przy tym całej historii ze wszystkimi szczegółami. Muszę więc tylko nadmienić, że jest tu od początku drugi wątek, splatający się oczywiście z pierwszym, a związany z twórcą sieci GALAX, idealistą pragnącym na swój sposób zmieniać i ulepszać świat. To jednak zostawmy na później i skupmy się na czym innym: czy ta fabuła jest dobra? Niestety po raz kolejny odniosłam wrażenie, że Nakamura nie do końca zapanował nad wyjściowym materiałem. Wszystkiego jest tu strasznie dużo – mamy kilkoro Gatchamanów, z których każdy ma jakiś wątek (zwykle okrojony, ale jednak), wspomnianych Obcych, twórcę GALAX­‑a i wątek sieci społecznościowych, a także głównego i prawdziwego przeciwnika, androgynicznego Obcego o zaczerpniętym z dawnych serii Gatchaman imieniu Berg Katze. W zasadzie trudno mieć pretensje do tempa wydarzeń, nie wydaje mi się, żeby rozciągnięcie wyszło tej serii na zdrowie, ale w obecnej sytuacji wiele rzeczy zostaje tylko skrótowo zasygnalizowanych, a szkoda.

Nie mogę też przemilczeć najpoważniejszego problemu, jakim jest zakończenie. Powiedzieć, że jest ono niepełne, byłoby poważnym eufemizmem. Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy nie należałoby się tu doszukiwać jakichś problemów i obsuw technicznych: spora część przedostatniego odcinka zostaje poświęcona na podsumowania i retrospekcje (skądinąd ciekawe i pokazujące postaci w nowym świetle), ale ostatni sprawia wrażenie, jakby całkiem po prostu nie zdążono lub nie zdołano nakręcić części potrzebnych scen. Albo Nakamurze całkowicie zabrakło pomysłów na zamknięcie wątków, albo naprawdę w grę wchodzą jakieś czynniki zewnętrzne. Muszę jednak wyraźnie podkreślić, że i tak śledziłam tę serię do końca z zachwytem, a fabuła wpycha dostatecznie dużo dobrych pomysłów i nieoczekiwanych (a udanych) zwrotów akcji, by uzasadnić jej stosunkowo wysoką ocenę.

Kenji Nakamura jako jeden z bardzo nielicznych twórców anime stara się podjąć z widzem jakiś dialog, zamiast tylko pokazywać kolorową papkę, mającą zabawiać i skłaniać do wyłączenia myślenia. Tym razem na warsztat wziął temat zaskakująco rzadko poruszany – mianowicie internet. W miarę trwania serii związane ze społecznością online wątki nabierają coraz większego znaczenia, przy okazji celnie portretując rzeczywiste zachowania internautów. To oczywiście seria rozrywkowa, a nie studium socjologiczne, więc można się czepiać pewnych uproszczeń – na przykład sposób Hajime na radzenie sobie z „hejterami” nie zawsze jest tak oczywisty i łatwo wykonalny – ale mimo wszystko warto Nakamurę pochwalić za jedno. Otóż nie wiem czemu, ale znakomita większość twórców (nie tylko japońskich) ma skłonność do przedstawiania internetu jednostronnie: jako niszczącego i spłycającego więzi międzyludzkie szkodliwego molocha. Nakamura, choć jak najbardziej zauważa istnienie mniej sympatycznej strony sieci (takie jak agresja wynikająca z poczucia anonimowości), odważa się – narażając zapewne na zarzuty niemądrego idealizmu – pokazać coś więcej: sieć jako miejsce rodzenia się pożytecznych inicjatyw, łączące ludzi, którzy inaczej by się nie spotkali, a także umożliwiające po prostu dobrą zabawę. To wizja zdecydowanie bliższa temu, co znam chociażby z własnego doświadczenia, miło więc zobaczyć jej odbicie w anime.

Fabuły Gatchaman CROWDS nie da się do końca wybronić, ale bardzo stanowczo zamierzam bronić postaci. Pierwszy odcinek przedstawia ich pobieżnie i podobnie jak fabuła, uspokaja znanymi schematami: hiperaktywna Hajime trafia niejako pod opiekę sztywnego i zasadniczego Sugane, który „w cywilu” jest jej kolegą ze szkoły. Poza nimi w drużynie są jeszcze: cicha i wyhamowana Utsutsu, ostentacyjnie zniewieściały O.D. oraz znudzony zabawą w bohaterów Jou, a szefuje temu wszystkiemu maskotkopodobny Paiman. Tak samo jak w przypadku fabuły, nie należy jednak sądzić książek po okładkach: tu się liczy wykonanie. Postacie (jak zwykle u Nakamury) są niesamowicie ludzkie, pełne zrozumiałych problemów i wątpliwości, popełniające błędy – czasem bardzo głupie – ale cały czas starające się iść do przodu i rozmawiać. Właśnie: rozmawiać, komunikować się, kłócić, przekonywać, wymieniać informacje, czyli robić to wszystko, czego bardzo rozpaczliwie brakowało mi w zbyt wielu seriach anime.

Podejrzewam, szczerze mówiąc, że największa część widzów może mieć problem z polubieniem – a nawet zaakceptowaniem – Hajime. To typ postaci, który w anime i mangach pojawia się niezwykle rzadko, a jeszcze rzadziej jest dobrze poprowadzony. Hajime jest ekscentryczna (o czym pisałam już w pierwszym zdaniu), ale przy tym piekielnie inteligentna i obdarzona niezwykłą charyzmą. Kiedy pojawia się na ekranie, natychmiast wszystko i wszyscy koncentrują się tylko i wyłącznie na niej – i nie budzi to żadnych zastrzeżeń o naciąganie, po prostu jest w niej coś takiego, co natychmiast przykuwa uwagę. To sprawia, że rola, jaką odgrywa w serii, jest w pełni przekonująca, ale z drugiej strony powoduje, że chwilami dziewczyna staje się zbyt intensywna, a jej obecność zbyt przytłaczająca, jakby była bardziej mechanizmem fabularnym niż człowiekiem z krwi i kości. Dla mnie pozostanie jedną z ulubionych bohaterek (i będę się upierać, że to postać dobrze skonstruowana), ale doskonale zrozumiem osoby, które nie będą w stanie na nią patrzeć. O postaciach drugo- i trzecioplanowych nie chcę się rozpisywać, ponieważ wiązałoby się to z psuciem przyjemności widzom, którzy dopiero tę serię poznają. W szczególności dotyczy to twórcy GALAX­‑a – to postać interesująca i warta omówienia, ale nie da się tego zrobić w sposób, który nie zrujnowałby seansu nowym odbiorcom.

Trochę zdradzę zapewne przy okazji pochwał dla seiyuu. Grająca Hajime Maaya Uchida, mająca na koncie role takie jak Rea z Sankarea i Rikka z Chuunibyou demo Koi ga Shitai!, tutaj pokazuje się z zupełnie nowej strony, doskonale ożywiając swoją bohaterkę charakterystyczną manierą mówienia. Prawdziwy aplauz należy się jednak Mamoru Miyano, który gra Berga Katze. Naprawdę dawno nie słyszałam go w tak świetnej roli – o ile kiedykolwiek. Zaraźliwa radość życia, obłąkanie, okrucieństwo – wszystko to splata się w jedną postać, która sprawia wrażenie naprawdę śmiertelnie niebezpiecznego, a przy tym fascynującego szaleńca, a nie (jak to często bywa w podobnych przypadkach) niegroźnego wariatuńcia.

Mam wrażenie, że – biorąc pod uwagę, iż mamy do czynienia z serią telewizyjną, a nie z filmem kinowym – z grafiki zostało wyciśnięte tyle, ile tylko możliwe. Projekty postaci są charakterystyczne i chociaż nie każdemu muszą się spodobać, płynnie łączą nowoczesny wygląd z elementami zaczerpniętymi ze znacznie starszych produkcji (np. wygląd i fryzura Jou czy projekt Paimana). Absolutnie zachwycające są wnętrza – zwykle pełne detali, tak jak pokój Hajime, albo radośnie psychodeliczne, jak baza Gatchamanów. Podobał mi się także wygląd GALAX­‑a – te uproszczone „awatarki” sprawiły znacznie bardziej realistyczne wrażenie niż wypasione trójwymiarowe projekty z innych produkcji pokazujących świat wirtualny. Warto zauważyć, że projektanci odeszli daleko od „firmowej” stylistyki Gatchamanów, czyli kostiumów stylizowanych na ptaki. Tu mamy do czynienia raczej ze zbrojami wspomaganymi (coś jak w Tiger & Bunny), zrobionymi komputerowo, ale świetnie sprawdzającymi się w scenach akcji i naprawdę szczegółowymi. Aż szkoda, że walk nie było więcej – to wynika niestety z charakteru serii, tym bardziej że te starcia, które są, potrafią mieć naprawdę brutalny przebieg (i właśnie dlatego są krótkie), ale naprawdę chciałabym, żeby Nakamura dostał kiedyś budżet na zrealizowanie prawdziwej „nawalanki”. Jak mało kto umie pokazać dynamikę walki, a nawet jeśli pojawiają się przy tym jakieś oszczędności, nie zwracają one zupełnie uwagi widza.

Ciepłe słowa należą się ścieżce dźwiękowej, co nie powinno dziwić, ponieważ Taku Iwasaki to doświadczony kompozytor z ogromnym dorobkiem, także w dziedzinie anime. Ścieżka dźwiękowa Gatchaman CROWDS doskonale sprawdza się nawet w oderwaniu od obrazu i jest wyjątkowo zróżnicowana. Kompozycje wykorzystujące klasyczne instrumenty sąsiadują tu z syntetyczno­‑elektronicznymi dźwiękami, za którymi zwykle nie przepadam, ale które tutaj idealnie pasowały do grafiki i rozgrywającej się na ekranie akcji. Rockowa piosenka Crowds w czołówce, wykonywana przez zespół White Ash, zdecydowanie odbiega od przesłodzonego j­‑popu i byłaby świetna, gdyby nie to, że jest przypadkiem „kreatywnego” wykorzystania języka angielskiego przez Japończyków – proponuję słuchać jej bez wgłębiania się w słowa. Towarzyszące napisom końcowym Innocent Note jest bardziej typowe, ale Maaya Uchida pokazuje, że śpiewać też potrafi całkiem nieźle. Obie te sekwencje są warte polecenia także ze względów wizualnych, acz czołówka może dla nieprzyzwyczajonych widzów być zbyt stroboskopowa.

Mamy tu do czynienia z serią niedoskonałą, ale pełną ciepła i zaraźliwego optymizmu, a przy tym – co rzadkie – stawiającą widzowi jakieś problemy do przemyślenia. Nawiązania do starszych pozycji z cyklu Gatchaman są niewielkie, więc ich nieznajomość absolutnie w niczym nie będzie przeszkadzać. Warto też zauważyć, że poza wszystkim, co poruszyłam wyżej, seria zadaje pytanie o rolę i pozycję superbohaterów we współczesnym świecie – nie próbuje brutalnie dekonstruować ich mitu, raczej szuka nowych nisz i zastosowań, skupiając się na tym, co pozytywne i warte zachowania, a odrzucając to, co przynależało do dawnego „etosu” podobnych serii, ale dziś już niekoniecznie zdaje egzamin. Że na niektóre z wielu pytań i problemów dostaniemy odpowiedź skrótową, a z innymi zostaniemy zostawieni sami sobie? Cóż… Kto powiedział, że wszystko trzeba mieć podsunięte na tacy?

Avellana, 19 października 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Tatsunoko Productions
Projekt: Kinoko, Yuuichi Takahashi
Reżyser: Kenji Nakamura
Scenariusz: Toshiya Oono
Muzyka: Taku Iwasaki