Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 9/10
fabuła: 6/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 13 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 387
Średnia: 7,09
σ=1,71

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kyoukai no Kanata

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2013
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Beyond the Boundary
  • 境界の彼方
Gatunki: Przygodowe
Postaci: Uczniowie/studenci, Youkai; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Supermoce
zrzutka

Niedoszła samobójczyni, drużyna przyjaciół i łowy na demony… Czyli krótka opowieść o tym, że nie wystarczy mieć pomysł, licencję i dobrą realizację. Trzeba jeszcze jakoś to połączyć.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Kiedy dowiedziałem się, że Kyoto Animation, planuje stworzenie serii z pogranicza akcji i komedii, postanowiłem dać jej szansę nawet mimo to, że internet bardzo szybko zapełnił się kpinami i żartami. Wprawdzie dziś to studio kojarzone jest głównie z seriami moé spod znaku K­‑On!, Clannad czy Air, w przeszłości jednak zdobyło popularność właśnie dzięki anime rozrywkowym, w rodzaju równie brawurowego, co zabawnego Full Metal Panic! Fumoffu?, czy mocno krytykowanego, ale mającego również swoich fanów Full Metal Panic! The Second Ride, współpracą przy licznych odcinkach tasiemca fantasy Inuyasha czy hitowym Melancholia Haruhi Suzumiyi. I wiecie co? Możecie mnie nazwać starym zgredem i powiedzieć „Zegarmistrz znów marudzi” jednak muszę powiedzieć, że żałuję tej decyzji. Bowiem określeniem, które najlepiej pasuje do nowego dzieła KyoAni, jest niestety „pusta wydmuszka”.

Nie zrozumcie mnie źle, bowiem jeśli chodzi o stronę techniczną, Kyoukai no Kanata zrealizowane jest z pieczołowitością i starannością, choć raczej już o wkładanie w to serca bym twórców nie podejrzewał. Zarówno kreska, jak i animacja wykonane zostały w stylu, który można uznać za znak rozpoznawczy studia już od czasów Air, choć wyraźnie widać tu także wpływ doświadczeń z K­‑On!. Tak więc grafika jest bardzo szczegółowa, wiele uwagi poświęcono detalom, światłocieniowi i płynnej, naturalnej animacji, która sprawia, że bohaterowie nie deformują się w ruchu. Wszystko to wbrew pozorom powoduje lekkie poczucie sztuczności i szpitalnej wręcz sterylności, typowe niestety dla Kyoto Animation. Grafika jest zwyczajnie zbyt doskonała i wyidealizowana, przez co zamiast zacierać granicę między realnością a imaginacją, wzmacnia ją. Świat po prostu taki ładny nie jest.

Podobnie sprawa wygląda z muzyką i aktorami głosowymi. Wszelkie aspekty udźwiękowienia przygotowano z należytą pieczołowitością, w rolach głównych obsadzono utalentowane osoby, muzyka została starannie dopasowane do scen, a same melodie są ładne i miłe dla ucha. To samo powiedzieć można zarówno o endingu, jak i openingu. Wszystkie te rzeczy razem mają jednak także inną wspólną cechę. Otóż: nie zapadają w pamięć. Tak więc po seansie trudno sobie przypomnieć jakąś charakterystyczną melodię, piosenkę czy rolę, mimo że technicznie są one bez zarzutu.

Samo w sobie nie byłoby to złe, gdyby ta dopracowana, choć mało charyzmatyczna forma wieńczyła jakieś bardziej porywające dzieło. Problem polega na tym, że Kyoto Animation nie zdołało w swoją opowieść tchnąć duszy. Zamiast tego stworzyli anime złożone prawie wyłącznie z wytartych motywów, zużytych zresztą już przez to samo studio. Pod wieloma względami jest to podróż w stronę Kanon, Air i Clannad z ich najgorszymi cechami: plastikiem i sztucznym melodramatem (choć należy zauważyć, że tamte serie miały też liczne zalety, których Kyoukai no Kanata nie powiela).

Tak więc fabuła opowiada o losach Akihito Kanbary, z pozoru zwykłego ucznia liceum. Pewnego dnia, kierowany zwyczajnym ludzkim odruchem, ratuje przed samobójstwem nieznajomą dziewczynę. Mirai Kuriyama, bo tak ma na imię, zamiast mu podziękować, dźga go uformowanym z własnej krwi mieczem w serce. Jak się wkrótce dowiadujemy, nasz bohater jest nieśmiertelnym półdemonem, a ocalona przez niego panienka należy do rodu łowców demonów. I to nie do byle jakiego, a jednego z najpotężniejszych. Tak potężnego, że inne klany, obawiając się jego mocy, wycięły w pień jego członków, tylko ją zostawiając przy życiu. Do tego należy dodać wiszącą nad jej głową wendettę innego klanu związaną z błędami młodości, przeświadczenie o własnym pechu, biedę (nawiasem mówiąc, to jest irytujące, że niepowodzenia i niezaradność życiową Japończycy zdają się traktować jako coś bardzo śmiesznego) i straszliwą cenę, jaką musi płacić za moc.

Centralną postacią jest tutaj Akihito, osoba – nawet jak na bohatera haremówki – mdła i mało przydatna. Nasz bohater posiada jedną tylko moc: nieśmiertelność, która nie jest zdolnością ani szczególnie efektowną, ani też fabularnie pociągającą. Nadrabia to jednak imponującą kolekcją błędów z przeszłości. Poza tym w anime występuje kolejna łowczyni demonów imieniem Mitsuki Nase, przy okazji przewodnicząca szkolnego klubu czytelniczego. Po pierwszych odcinkach miałem wrażenie, że postać ta przypomina Mio z K­‑On!, tylko z charakteru. Wrażenie to szybko okazało jednak się błędne i na jaw wyszło, że dziewczyna po prostu przypomina Mio z K­‑On!, charakter natomiast gdzieś zaginął. Wśród pierwszoplanowych bohaterów wyliczyć należy Sakurę Inami, jeszcze jedną łowczynię demonów, która, zbrojna w traumę i pożerającego życia, pochłaniającego dusze, przeklętego, diabelskiego dziabaka ciemności plus sześć, ściga naszą nadłowczynię by spłacić krwią jej błędy młodości. Rola Sakury jednak bardzo szybko się kończy i zostaje ograniczona do pętania się pod nogami, bowiem postać ta nie pochodzi z książkowego pierwowzoru, a została dodana przez scenarzystów. Jednak mimo to Sakura jest ważna dla konstrukcji serii, bowiem dzięki niej zestaw najbardziej wytartych motywów anime zbierany przez postaci zostaje domknięty.

Skoro nasza drużyna składa się głównie z łowców demonów, nietrudno zgadnąć, że anime będzie traktować o polowaniach na takowe. Faktycznie, około jednej dziesiątej wątków o tym traktuje. Świat naszej opowieści jest bowiem dość specyficzny. W zasadzie to normalna Japonia, z tym, że nawiedzają ją niebezpieczne stwory, widziane jednak tylko przez nielicznych łowców. Właśnie oni, czyli dysponujący rozmaitymi mistycznymi zdolnościami ludzie zabijają je nie bez powodu. Otóż – jak w grach komputerowych – skasowane potwory zostawiają po sobie łup w postaci szlachetnych i półszlachetnych kamieni, dających się, jak łatwo zgadnąć, spieniężyć. Oczywiście im demon większy, straszniejszy i bardziej zębaty, tym kamień bardziej szlachetny.

Jak wspominałem jednak, polowanie na demony stanowi tylko niewielki ułamek treści Kyoukai no Kanata. Pozostałe jej składowe to: dyskusje czy większym obciachem jest lecieć na dziewczęta w okularach, czy na własną siostrę (albo zupełnie o niczym); próby uzyskania złośliwości w stylu Kyona z Melancholii Haruhi Suzumiyi; próby uzyskania słodyczy w stylu Tamako Market i K­‑On!; pokazywania bohaterki w różnych wdziankach; robienie z bohaterki idiotki w nadziei, że będzie to śmieszne; wątek dodatkowy, niewystępujący w książkach (Kyoukai no Kanata jest kolejną już adaptacją light novel) i wymyślony przez KyoAni, z kiepskim niestety skutkiem. Sporo czasu spędzimy też, oglądając, jak teoretycznie sprytni, odważni i obdarzeni supermocami bohaterowie potykają się o własne nogi (albo robią słodkie rzeczy). Jak zawsze w przypadku tego studia otrzymujemy też pewną ilość sztucznego, plastikowego melodramatu.

Problem tych wątków polega na tym, że studio nie za bardzo wiedziało chyba, co chce robić: zmontowaną z pojedynczych gagów komedię? Serię akcji? Moé? Shounen? Czy też mroczną opowieść o łowcach demonów i cenie, jaką płacą za swoją moc? Historia napchana jest traumami i nieprzyjemnymi wydarzeniami w rodzaju prób samobójczych prawie tak, jak anime z końca lat dziewięćdziesiątych. Problem jednak polega nawet nie na tym, że KyoAni nie wie, na który z tych elementów się zdecydować, tylko na tym, że zupełnie jest pozbawione pomysłu, jak je połączyć. Efekt wygląda tak, jakby wziąć jajka, trochę mąki, szklankę wody i parę łyżek cukru, umieścić je w nagrzanym piekarniku i wyciągnąć po godzinie. A następnie dziwić się, że zamiast ciasta mamy wrzątek, jaja na twardo, nadtopiony cukier i kupkę przypalonej mąki… I niestety tak wygląda Kyoukai no Kanata. Widać to szczególnie w ostatnim odcinku, w którym autorzy nie potrafili się zdecydować, czy chcą zakończyć go happy endem, czy jednak nie…

I niestety takie jest to anime. To zestaw bardzo wysokiej jakości składników, które ktoś ułożył obok siebie na blasze, zapomniawszy je wymieszać, a potem wsadził do piekarnika. Po ich wyjęciu jednak nie było ciasta. Nie znaczy to oczywiście, że praca się zmarnowała. Z tak powstałej mieszanki można zawsze wyjeść rodzynki.

Jednak zapowiadana uczta to to nie jest.

Zegarmistrz, 13 lutego 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Kyoto Animation
Autor: Nagomu Torii
Projekt: Hiroyuki Takahashi, Miku Kadowaki
Reżyser: Taichi Ishidate
Scenariusz: Jukki Hanada
Muzyka: Hikaru Nanase