Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 8 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,62

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 368
Średnia: 8,4
σ=1,37

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Easnadh)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kuroshitsuji: Book of Circus

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 10×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Black Butler: Book of Circus
  • 黒執事 Book of Circus
Gatunki: Horror, Komedia
Postaci: Anioły/demony; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Europa; Czas: Przeszłość
zrzutka

Parafrazując tytuły rozdziałów mangi: At midnight: Ten kamerdyner wraca na scenę w kolejnym sezonie! I tym razem jest niemalże idealny. Nareszcie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Osoby znające mangę Kuroshitsuji doskonale zdają sobie sprawę, że fabuła anime zaczęła iść własną, wyboistą i niezbyt udaną drogą mniej więcej od połowy sezonu pierwszego, po konkursie curry. Z kolei cały sezon drugi to czysta fantazja (chociaż lepiej pasowałoby określenie: „wyjątkowo nieudany blogaskowy fanfik”), żerowanie na portfelach fujoshi i dewiantów natury różnej oraz ogólny brak sensu. Wszystkie produkcje OAV też należały do średnio udanych. A tak się składa, że najbardziej cenionym i wychwalanym przez fanów wątkiem w mandze jest ten następujący bezpośrednio po wspomnianym wyżej konkursie, znany jako Noah's Ark Circus Arc. Najwidoczniej jakiś czas temu ktoś w świecie twórców anime poszedł po rozum do głowy i wywnioskował, że skoro od sześciu lat fani mangi nie przestają jęczeć z rozpaczy, że najlepszy kawałek pierwowzoru nie załapał się do ekranizacji, to może warto byłoby coś z tym zrobić. I zarobić. Jak się okazuje – często najprostsze rozwiązania są najlepszymi, bo stworzenie wiernego mandze sezonu trzeciego było strzałem w dziesiątkę.

Book of Circus rozpoczyna się chyba już tradycyjnym, bo niezmiennie pojawiającym się na początku każdego sezonu „zapychaczem” o tym, jak to jakiś chciwy i nikczemny dorosły chce wykiwać głównego bohatera, naiwnie wierząc, że nie będzie miał z tym problemów, jako że ostatecznie ma do czynienia z dzieckiem. Odcinek sam w sobie nic do anime nie wnosi, poza tym, że na sam jego koniec Ciel dostaje od kamerdynerów królowej bilety do cyrku. Nic bardziej naturalnego – dać chłopcu okazję do zabawy, prawda? Nie, jeśli ten chłopiec jest „Psem Królowej”, zaniepokojonej masowymi zniknięciami dzieci w miastach, które ów cyrk odwiedził. Nie ma jednak żadnych śladów ani poszlak, wizyta u Undertakera i w policyjnym archiwum nic nie daje, aby więc posunąć dochodzenie naprzód, Ciel i Sebastian muszą znaleźć sposób na wmieszanie się w towarzystwo tak hermetycznej grupy, jaką są cyrkowcy.

Biorąc pod uwagę wszystkie wydane do tej pory tomy, mangowy pierwowzór Book of Circus jest wzbudzającą chyba największe emocje, słodko­‑gorzką historią, w której obrazy wywołującej obrzydzenie chorej fascynacji i okrucieństwa mieszają się ze smutną prawdą na temat życia biednych i kalekich dzieci w wiktoriańskiej Anglii. Twórcy anime, za mangaczką, grają na emocjach widzów, umiejętnie wplatając w fabułę silnie oddziałujące uczucia i motywy kierujące bohaterami: przywiązanie, poczucie obowiązku, przyjaźń, niespełniona i pełna tęsknoty miłość, żal oraz potrzeba akceptacji. Nie będę ukrywać, że seans obu poprzednich sezonów Kuroshitsuji pozostawił u mnie częściowo niedosyt, ale w większości niesmak. W kwestii adaptacji zamieniam się w nieugiętą i nieznającą litości konserwatystkę, bo wychodzę z założenia, że jeśli pierwowzór jest w porządku, to po co w nim grzebać, w dziewięciu przypadkach na dziesięć nie wychodzi z tego nic dobrego. Book of Circus był więc dla mnie radością podwójną – do zwyczajnej radości fana z powodu zekranizowania najulubieńszej części mangi, co tydzień dochodziło pełne satysfakcji zadowolenie na widok wiernego przedstawienia wydarzeń z pierwowzoru. Pomijając odcinek pierwszy, twórcy dodali coś od siebie tylko w kilku miejscach – naliczyłam cztery większe zmiany plus jedną uroczą, trwająca dosłownie sekundę nową retrospekcję. Wydaje mi się, że rozumiem cel tego zabiegu, mający wprowadzić jakiś element świeżości do znanej już fanom fabuły, jednak nie zawsze były to decyzje udane – jedna zmiana była zdecydowanie zbędna, jako że zdradzała widzowi zbyt wcześnie istotny, żeby nie powiedzieć kluczowy element fabuły i pozbawiała dalsze wydarzenia części napięcia. Łopatologiczna i nieco łzawa, a więc zupełnie nie w stylu Yany Toboso, końcówka też do mnie nie przemówiła, za to wrzucenie do jednego z odcinków Grella było posunięciem, które rozbawiło mnie do łez i niniejszym gratuluję twórcom wyczucia tego, gdzie leży granica pomiędzy zabawnymi, choć niedwuznacznymi podtekstami, a nachalnym wpychaniem komuś fanserwisu do gardła.

Na pierwszy rzut oka dwójka głównych bohaterów nie różni się niczym od tego, do czego przywykliśmy i jest to prawda – w ich przypadku nie można mówić o żadnym rozwoju. Nie oznacza to jednak braku niespodzianek, mamy bowiem okazję zobaczyć inne strony ich osobowości, do tej pory ukryte bądź rzadko ukazywane. Kto z nas nie był ciekaw tego, jak Ciel poradziłby sobie w życiu bez opieki kamerdynera, zdany na własne siły? Okazuje się, że są sytuacje, w których chłopiec będący głową rodu Phantomhive, tak bystry i trzeźwo myślący, potrafi być rozbrajająco nieporadny, wrażliwy i delikatny. Z kolei Sebastian pokazuje widzom prawdziwe znaczenie faktu, że jest on demonem – i nie chodzi tu o to, że jest diabelnie dobry we wszystkim, co robi, na przykład w czyszczeniu sreber czy nakrywaniu do stołu. Nie, tym razem Sebastian kusi, uwodzi, wciąga w mrok i udowadnia, że jednym nieuważnym kiwnięciem małego palca byłby w stanie spalić cały świat, jeśli taką miałby akurat ochotę. Okazję do zabłyśnięcia dostaje także reszta służących z Phantomhive Manor, przecząc powszechnemu przekonaniu, że są oni Trojgiem Jeźdźców Apokalipsy (Nieszczęście, Katastrofa i Dopust Boży) w przebraniu, i udowadniając, że ich bytność w posiadłości ma jednak logiczne wytłumaczenie.

Nowych postaci, cyrkowców, jest całkiem sporo, choć więcej uwagi poświęcono zaledwie kilkorgu z nich. Mamy więc klauna i zarazem aranżera programu Jokera, poskramiaczkę dzikich zwierząt Beast, zaklinacza węży Snake'a, akrobatów Doll, Wendy i Petera, miotacza sztyletami Daggera i połykacza ognia Jumbo. Wydawać by się mogło, że dziesięć odcinków to za mało, aby polubić tę dość liczną grupę, a jednak Book of Circus jakoś się ta sztuka udaje. Być może dlatego, że skrzętnie ukrywane za kolorowym makijażem problemy i wewnętrzne rozterki cyrkowców, podobnie jak oni sami jako jednostki, są bardzo ludzkie i nie potrzeba zbyt wiele empatii, aby móc się wczuć w ich położenie. Chociaż każde z cyrkowców z osobna jest ciekawym przypadkiem, nad którym warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, ich siła tak naprawdę tkwi w tym, że chociaż nie są ze sobą spokrewnieni, to traktują się jak rodzina, której więzy dodatkowo wzmacnia wspólna, pełna cierpienia i niezasłużonych krzywd przeszłość.

Podobnie jak fabuła, w sezonie trzecim z martwych powstała też grafika. Nie ma tym razem żadnych wahań w poziomie animacji, każdy odcinek jest ładny, co rzuca się w oczy tym bardziej, że kolorystyka w Book of Circus jest raczej bura, ciemna i mroczna. Sebastian nadal olśniewa płynnie przedstawionymi umiejętnościami i pięknie narysowaną buźką, cyrkowcy stroje mają kolorowe i wymyślne, w przypadku kobiet powiedziałabym nawet, że zahaczające o burleskę. Lekko zmieniono jedynie sposób rysowania Ciela, a konkretnie jego oczu, ale są to poprawki na tyle kosmetyczne, że nie każdy je zauważy. Właściwie widać to najbardziej w momentach pokazujących młodego hrabiego Phantomhive’a kilka lat wcześniej – twórcy trochę zaszaleli i mały, szczęśliwy Ciel jest nieco zbyt rozkoszny, aż mnie ciarki przeszły (ale może to dlatego, że nie przepadam za dziećmi). Ciarki przeszły mnie też na widok cenzury, jaką zastosowali twórcy w odcinku czwartym – kontrast pomiędzy pokazywanymi nam bajkowymi obrazami prosto z dziecięcej wyobraźni a tymi, jakie podsuwa nam intuicyjna świadomość tego, co naprawdę się dzieje, jest uderzający i cała scena naprawdę robi wrażenie. Ogólnie rzecz biorąc wierność pierwowzorowi jest czasami aż nieprawdopodobna i zadziwiająca – w pozytywnym sensie. Oglądając retrospekcje z życia cyrkowców, a zwłaszcza patrząc na roześmianego Jokera siedzącego na ławeczce obok Beast, miałam wrażenie, że patrzę na świetnie pokolorowane kadry z mangi – i aż łezka mi się zakręciła w oku (a tak po prawdzie, to ryczałam jak bóbr, ale cii…).

Prawdziwą ucztą dla oczu i uszu co tydzień były także opening i ending (są to zresztą jedyne elementy każdego sezonu Kuroshitsuji, które zawsze trzymały bardzo wysoki poziom). Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać i zachwycać umiejętność, z jaką Japończycy potrafią stworzyć tak dynamiczne bądź pełne metafor i znaczenia krótkie przecież animacje i tak wprawnie połączyć je z klimatyczną i pasującą do tego, co dzieje się na ekranie muzyką – zwłaszcza że w zamierzeniu nie mają to być żadne dzieła sztuki, a twory czysto komercyjne, przeznaczone dla otaku i różnych dziwnych gaijinów. Każdy odcinek Book of Circus rozpoczynamy od wkroczenia w mroczny cyrkowy labirynt, pełen pojawiających się nagle i znikających postaci. Towarzysząca temu j­‑rockowa piosenka ENAMEL w wykonaniu grupy SID idealnie oddaje emocje, jakie w zamierzeniu powinny wzbudzić kolejne sekwencje openingu. Z kolei pełna metafor animacja endingu otwiera przed widzem szerokie pole do popisu w kwestii interpretacji, zwłaszcza jeśli wpadnie się w odpowiedni nastrój dzięki nieco dramatycznemu wokalowi AKIRY w piosence Aoki Tsuki Michite. Melodie pojawiające się w tle to przyjemny powiew świeżości – Kuroshitsuji II w bezczelny sposób korzystało ze świetnej i różnorodnej ścieżki dźwiękowej sezonu pierwszego, więc od dawna nie dostaliśmy niczego nowego. Wraz ze zmianą kompozytora, zmienił się także kierunek inspiracji – zamiast muzyki wywołującej skojarzenia z Indiami tym razem ku mej nieopisanej radości usłyszałam coś w stylu celtyckiego folku. Nie zabrakło także mistycznego kobiecego wokalu oraz standardowych utworów na instrumenty klasyczne.

Jeśli chodzi o osoby podkładające głosy pod bohaterów, to mamy okazję spotkać wszystkich starych znajomych, a także zapoznać się z kilkoma nowymi. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo stęskniłam się za możliwościami głosowymi Juna Fukuyamy, który jak zwykle jako Grell jest bezbłędny i to dzięki niemu ta postać, pojawiająca się tylko na chwilę w jednym odcinku, świeci jasno niczym supernowa. Wśród nowości w obsadzie na uwagę zasługuje zwłaszcza dwóch aktorów. Kiedy czytałam mangę, nigdy nie przeszło mi przez myśl, że wypowiadając myśli swoich wężów, Snake używa różnych tonów. Jego seiyuu, Takuma Terashima, odwalił kawał dobrej roboty, mówiąc kilkoma głosami – inaczej jako Emily, inaczej jako Wordsworth, Keats, Goethe, Wild, a jeszcze inaczej jako sam Snake. Drugą wartą wspomnienia osobą jest Mamoru Miyano, który bez żadnych trudności i przekonująco posługuje się dialektem i po raz kolejny udowadnia, że jest świetny w tym, co robi, idealnie kreując postać pozornego lekkoducha, jakim jest Joker.

Kuroshitsuji: Book of Circus jako samodzielny tytuł nie ma szans być przełomową czy też niezwykle znaczącą w historii japońskiej animacji pozycją, którą obejrzą wszyscy, gdyż mimo wszystko to kontynuacja, historia wyrwana ze środka – jest jednak świetnym przykładem udanej adaptacji mangi i nie lada gratką dla wiernych fanów. A także po prostu bardzo dobrze zrobionym anime. Dopiero ten sezon w pełni pokazuje potencjał, jaki swojego czasu miała manga, zbiera w jednym miejscu, poleruje i uwypukla wszystkie najlepsze elementy pierwowzoru – mroczny klimat, atmosferę tajemnicy i zagrożenia, świetne projekty postaci i ich kreację na bohaterów żywych, z krwi i kości, do których z łatwością można się przywiązać. Book of Circus wynagradza z nawiązką idiotyczny pomysł stworzenia czegoś takiego jak druga połowa sezonu pierwszego, cały sezon drugi oraz liczne odcinki OAV – teraz z czystym sumieniem można spróbować istnienie tych chorych płodów wymazać ze świadomości.

A po zakończonym seansie na usta cisną się jedynie słowa Hermanna Hesse z Wilka stepowego: „Ach, do diabła, jak gorzko smakuje życie”.

Easnadh, 18 października 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Autor: Yana Toboso
Projekt: Chisato Kawaguchi, Minako Shiba
Reżyser: Noriyuki Abe
Scenariusz: Hiroyuki Yoshino
Muzyka: Yasunori Mitsuda