Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

10/10
postaci: 10/10 grafika: 7/10
fabuła: 8/10 muzyka: 10/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,50

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 34
Średnia: 6,5
σ=2,55

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sengoku Basara: Judge End

zrzutka

Czasy to era Sengoku… – wita nas narrator w kolejnej ekranizacji gry akcji. W tej odsłonie rzeczywistość świata wojny wita nas brutalnością, a także morzem łez.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Na początek chciałabym przeprosić wszystkich, którzy poczuli się urażeni, widząc ocenę. Wiem, że stawia mnie ona trochę na pozycji „psychofanki” i tak dalekie od prawdy to nie będzie. Mój problem wynika z tego, że jestem fanatycznie przywiązana do trzeciej odsłony gry Sengoku Basara i słysząc o nadejściu serii Judge End, robionej na jej podstawie, byłam pełna zarówno nadziei, jak i obaw. Recenzję tę pisałam długo po ponownym seansie, ażeby nabrać nieco dystansu. Co z tego zostało, sami widzicie.

Judge End to trzecia już seria anime (nie licząc dodatków i filmu kinowego) na podstawie gier z cyklu Sengoku Basara. Po raz kolejny zostajemy wrzuceni prosto w trochę zakręconą rzeczywistość ery wojen domowych w XVI­‑wiecznej Japonii. Jeśli ktoś zaczyna przygodę z Basarą od tej części, powinien mieć się na baczności, bo obejrzenie tego raz może nie wystarczyć, by zrozumieć polityczną zawieruchę, jaka ma tutaj miejsce. Takie same odczucia miałam podczas oglądania pierwszego anime – trzeba się naprawdę nagłowić, by poskładać sobie do kupy kto, gdzie i z kim ma jakieś polityczne relacje. Cóż, historia. Gdyby zrobić anime o średniowiecznych wojnach w Polsce bylibyśmy może mniej skołowani, ale nadal parę rzeczy trzeba by sobie pewnie przypomnieć. Nie można winić anime za to, że jest dla Japończyków, którzy o różnych Odach Nobunagach i Takedach Shingenach uczyli się w szkole.

Jeśli ktoś widział poprzednie serie anime, powinien mieć już jakiś obraz sytuacji politycznej tamtejszych czasów. Pamiętacie drugie anime, w którym Toyotomi Hideyoshi podbijał kraj, używając do tego swoich pięści? Nie pamiętacie? Nie szkodzi, Judge End ładnie wprowadza nas w tę historię. Prawda o Toyotomim była nieco mniej mroczna niż to pokazywała druga seria, ale dla dobra klarowności przy tym możecie zostać. Tu właśnie, u końca podbojów Hideyoshiego, zaczyna się fabuła Judge End. Imperialistyczne zapędy Toyotomiego powstrzymuje jego wasal – Tokugawa Ieyasu, który podczas jednej z bitew staje przeciw swojemu panu i zabija go. Ściąga za to na swoją głowę gniew innego wasala i bezpośredniego następcy Toyotomiego (bo jak wiadomo, dziecioróbstwo w Basarze nigdy miejsca nie miało, więc trzeba było znaleźć inne metody dziedziczenia) – Ishidy Mitsunariego, który poprzysięga zdrajcy krwawą zemstę. Judge End pokazuje, jak dwaj postawieni po przeciwnych stronach barykady dawni przyjaciele zbierają wokół siebie sojuszników i przygotowują się do wojny o cały kraj. Z tej bitwy ktoś nie wyjdzie żywy! – jak często się tu powtarza.

Głupotą, jaką czynią niektóre portale, jest traktowanie Judge End jako kontynuacji albo alternatywnej wersji filmu The Last Party, co stawiałoby go oczko wyżej na skali wierności kanonowi. Tymczasem nawiązania do fabuły gry (też swoją drogą niebędącej kontynuacją dwójki!) w filmie są oszczędne albo wypaczone. The Last Party ciągnęło wątki drugiej serii anime, podczas gdy Judge End jest zupełnie odrębną serią, która zerwała nie tylko ze starą fabułą, ale też z wcześniejszym klimatem, co czyni z niej dzieło całkowicie samodzielne. Z tego powodu, jeśli ktoś się za Judge End zabiera, powinien wcześniej wykasować sobie pamięć, zostawiając tylko szczątkowe wiadomości na temat postaci czy geografii tego świata. Inaczej wszystko wam się, brzydko mówiąc, pomerda. Judge End zbiera złe oceny częściowo przez to, że jest zupełnie inne od tego, do czego przyzwyczaiło nas Production I.G. (twórca poprzednich anime) – a przyzwyczajenia widzów niestety trudno jest zmienić. Z jakiegoś powodu Capcom jednak przekazał pałeczkę innemu studio. Może jednak było warto?

Inna fabuła to jeszcze nic! Zupełnie zmienił się nastrój serii. Production I.G. stawiało na akcję, parodię i zabawę – dość logiczny wybór, gdy w grę (nomen omen) wchodzi produkcja na konsolę, w której chodzi o bicie wszystkiego, co pojawi się na ekranie. Trzecia gra była jednak trochę inna od poprzedniczek: jej fabuła była o wiele bardziej złożona, a główny wątek nie opierał się tylko na podbiciu całego kraju, zanim zrobi to sąsiad – trzeba było jeszcze opowiedzieć się po jednej ze stron, a Japonia została rozdarta na pół przez powstanie armii zachodniej (prowadzonej przez Mitsunariego) i wschodniej (Ieyasu). Z punktu widzenia gracza nie miało to znaczenia, ale fabularnie – owszem. Telecom, studio, które stworzyło Judge End, dostało zupełnie wolną rękę na zrobienie anime oddającego prawdziwego ducha trzeciej gry i niepowiązanego ze starszymi seriami.

Problem z artystami jest taki, że czego im nie podsuniesz do interpretacji, i tak każdy stworzy coś innego. Telecom zamiast na akcji skupił się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów (uch, zaleciało lekcjami polskiego!) oraz na stronie dyplomatycznej. Niestety, musiało tak być. Fabuła skupiona na zbieraniu armii wymaga więcej delikatności niż wesołe bicie po mordach innych daimyou. Przez to dostajemy serię trochę przegadaną i powolną, ale i tak wypchaną fabułą po brzegi. Przestawienie się na czytanie zamiast patrzenia na fajne walki jest wymagające i nie każdy będzie miał na to ochotę. To zrozumiałe, acz wierzcie mi, że w grze właśnie tak to wyglądało: gadanie przed planszą, gadanie po planszy, gadanie w trakcie.

Poza akcją „ucierpiał” także humor serii – od początku widzimy tu same przykre wydarzenia: Date Masamune zostaje zmieszany z błotem przez Ishidę, Sanada Yukimura rozpacza nad Takedą Shingenem, którego zmogła choroba, a Ieyasu swoim uczynkiem wepchnął Ishidę w odmęty depresji. Scena kończąca pierwszy odcinek śniła mi się po nocach. Aha, w kwestii tej sceny, jeśli kogoś to interesuje: gdy Ishida przyniósł martwego Toyotomiego do Takenaki Hanbeia, ten białowłosy strateg wcale nie oszalał z rozpaczy, jak to plotki krążą po internecie – Takenaka był w tym momencie już praktycznie martwy i kierowały nim raczej halucynacje niż emocje. To tylko sprawiło, że ten odcinek był tym bardziej przykry. Ogólnie seria obfituje w sceny, które mają poruszać, bo w takie zaczęły też celować gry. Zabawnych scenek jest mało i wywołują raczej tylko uśmiech. Ktokolwiek uważa Judge End za parodię (na modłę poprzednich części), może się nieco zdziwić.

Poza głównym wątkiem w paru odcinkach przewijał się jeszcze jeden wątek dodatkowy, związany z Odą Nobunagą, Królem Demonów. Jeśli kogoś interesowało, co się stało z Akechim Mitsuhide po tym, jak załatwił swojego demonicznego pana, i nie bardzo załapaliście to z filmu, to właśnie macie odpowiedź: zatrzymał się u Kobayakawy Hideakiego, który rządzi swoją prowincją chyba tylko dlatego, że nikt inny nie chce tego robić, bo w konkursie na największą ofermę ten chłopiec zająłby całe podium. Akechi udaje tam grzecznego kapłana, a tak naprawdę znowu, jak w filmie, próbuje przywołać z piekieł Nobunagę. Film akurat to dobrze zaprezentował, Judge End z kolei poszedł w stronę inną i dziwną, ale wpakowanie Ody na tę kupkę nieszczęścia stworzyłoby klasyczną fabułę „wszyscy na Wielkiego Złego!”, co już tyle razy widzieliśmy, że może dość. Dziwi mnie, że w ogóle Telecom porwał się na wciśnięcie Króla Demonów do już i tak wypchanego scenariusza. Że zacytuję pewien program przyrodniczy: ten nietoperz wziął do pyszczka zbyt duży kawałek banana. Przywoływanie Ody to najsłabszy element scenariusza i mogłoby równie dobrze wyjść jako osobny odcinek, pokazujący, co się działo, gdy kamera nie patrzyła w tamtą stronę – tak jak w pierwszej serii odcinek oznaczany jako 13 lub 11,5 trochę nam wyjaśniał, skąd Mouri Motonari i Chousokabe Motochika wzięli się w bitwie przeciwko Odzie. Z drugiej strony, gdyby nie wątek Króla Demonów, nie wiem, co by się stało z postaciami, które w grze plątały się od Ieyasu do Mitsunariego w zależności od ścieżki, na którą je wepchnęliśmy (a tych jest od diabła i trochę!). Saika Magoichi musiałaby wybierać, a to, cóż, sprawiłoby, że któryś ze skłóconych byłych wasali Toyotomiego urósłby w siłę i pogonił drugiego z pierwszego planu. I gdzie wtedy równowaga? Mimo wszystko dobrze oceniam kompozycję fabularną, bo zebranie tych wszystkich ścieżek z gry w logiczną całość to prawdziwa udręka i dumna jestem ze scenarzysty, bo władował w to anime tyle trzeciej Basary, ile tylko się dało. Rozwiązanie konfliktu, jakie nam zaserwował, zaskoczyło mnie, ale usatysfakcjonowało. W przypadku gry takiego typu nie można zamykać wszystkich wątków. Po prostu nie można.

Takim sposobem doszliśmy do tematu postaci, który raczej nie wywołuje tyle konfuzji, co fabuła. To dlatego, że postacie z Basary są po prostu dobrze zrobione i trzeba niezłego talentu, by je zepsuć. Jakkolwiek do basarowych fabuł mogę mieć zastrzeżenia, tak prawie wszystkie postacie lubię równie mocno. W Sengoku Basara od początku istniał przede wszystkim bohater zbiorowy w postaci większej lub mniejszej grupki daimyou, w zależności od tego, kto akurat był na topie. W trzeciej części gry i w Judge End na pierwszy plan wysuwa się czwórka tak zwanych „poster boys”, czyli postaci, które promowały oryginalną grę na okładkach, plakatach i Bóg wie, czym jeszcze: Ishida Mitsunari, Tokugawa Ieyasu, Sanada Yukimura i Date Masamune.

Czy ktoś jeszcze pamięta czasy, gdy to Yukimura i Masamune byli najważniejszymi bohaterami Sengoku Basara? Ja nie. Ich upadek spowodowany był tym, że od samego początku absolutnie nie ewoluowali i nie dodawano im żadnej głębi. Zwłaszcza Yukimura cierpiał z tego powodu, a jego historie we wszystkich grach do znudzenia koncentrują się na jego podległości Takedzie Shingenowi, co po dziesięciu latach od czasów pierwszej gry robi się już śmieszne. W anime zaś, po krótkim kryzysie spowodowanym chorobą swojego pana, Yukimura nagle zmądrzał i – doprawdy trudno mi to napisać – stał się jednym z najbardziej kompetentnych generałów w całym Judge End. Biorąc pod uwagę, jak jego popularność sukcesywnie topniała od czasów drugiej gry, byłam naprawdę mile zaskoczona, widząc, że coś jednak udało się z tej postaci wycisnąć.

Masamune też wypadł z kręgu zainteresowania: jego rola w trzeciej grze była tak niewielka, że miałabym trudności z opowiedzeniem, co tam właściwie robił. Jego obraz w Judge End dla wielu może być nie do przełknięcia: z dumnego smoka zmienił się w biegające w kółko i próbujące wszystkich gryźć smoczątko. To akurat radosna twórczość Telecomu, bo w grze Date zachowywał więcej stylu, chociaż akurat scena z Yukimurą, choć nie tak brutalna, istnieje także w oryginale. Z mojej perspektywy to akurat dobre posunięcie, bo przez swoją „cool” postawę Masamune z gry był zwyczajnie nijaki i tym samym stracił wielu fanów (w tym mnie) na rzecz rozpieranego emocjami Mitsunariego. Trójka niestety wyznaczyła nowe standardy i twórcy anime zauważyli to lepiej niż sam Capcom. Dopiero czwarta gra stara się usilnie coś jeszcze z Masamune wyłuskać ciekawego, a jego obraz w Judge End skłania się ku tej najnowszej odsłonie.

Wróćmy jednak na szczyt listy „poster boyów”, bo to ci dwaj panowie naprawdę ciągną fabułę tej serii. Ishida Mitsunari to jedna z najbardziej dopracowanych postaci, jakie przez Basarę się przewijały, acz trzeba się mu dobrze przyjrzeć, by ogarnąć całą tę złożoność. Na pierwszy rzut oka widać głównie jego obsesję na punkcie lojalności, zdrady i zemsty, a także brak zahamowań i strasznie rozbuchaną emocjonalność. Po takim kiepskim pierwszym wrażeniu trudno jest spojrzeć w niego głębiej, by zrozumieć, że jest to zachowanie człowieka cierpiącego i pogrążonego w pustce po tym, jak całe jego życie legło w gruzach. Anime bardzo też podkreśla pewną jego cechę, którą zauważają wszystkie postacie, jakie przed nim stanęły: szczerość. Trochę wykraczającą poza normy, ale, przynajmniej w moim odczuciu, czyniącą z Mitsunariego o wiele bardziej sympatyczną postać niż Ieyasu.

Tokugawa dostaje zresztą od tego anime serię batów, jakiej w grze zabrakło. Obrywa mu się za niespójność przekonań (od Mitsunariego) i poczucie wyższości (od Date), a do tego jeszcze dochodzą złe przepowiednie i ciągłe wypominanie mu, że się zmienił. Anime bardziej nawet niż gra podkreśla jego skłonności do politykowania. Przez te wszystkie niezbyt pozytywne elementy jego naturalny zbiór zalet, jak uprzejmość i wyciąganie do wszystkich ręki, ginie w cieniu. Sama gra daleka była od dualizmu: Ieyasu – dobry, Mitsunari – zły, polegając raczej na niezgodności równie neutralnych przekonań, ale anime wyciągnęło to na wyższy poziom. Cały ich konflikt opiera się na tym, że Mitsunari trzyma się przeszłości odebranej mu przez Ieyasu, a Ieyasu – przyszłości, którą sobie wymarzył. W tym widać najlepiej, jak z serii akcji Sengoku Basara przeistoczyła się w dramat. Trochę pokręcony, ale nadal dramat.

Resztę czasu ekranowego wypełniają postacie drugiego planu i tła, którym poświecono odpowiednio mniej miejsca, ale sceny z ich udziałem są rozczulające (vide: Ootomo Sourin i jego wesoła świątynia). Z tła wychylają się jeszcze Chousokabe Motochika i Mouri Motonari, którzy stoją gdzieś w pobliżu głównych postaci i jak zwykle mają parę spraw do załatwienia między sobą. Niestety na wgłębianie się w ich psychikę miejsca dużo nie było, ale ich występ, a już zwłaszcza jego rozwiązanie, sprawił mi radość. Na uwagę zasługuje jeszcze Sakai Tadatsugu, który jest postacią występującą jedynie w Judge End i służy głównie temu, by Sengoku Basara mogła wykorzystać kolejne słynne nazwisko, żeby sobie Koei ze swoim konkurencyjnym Sengoku Musou nie myślało, że ma więcej postaci historycznych niż Capcom (co i tak jest prawdą). Tadatsugu był chyba pocieszeniem dla T.M.Revolution, których nie zaangażowano w prace nad openingiem, albowiem głos podkłada pod niego wokalista tego zespołu. To postać absolutnie w tle, acz jego narzekanie na to, jak Ieyasu zmienił się i odsunął od dawnych przyjaciół, dobrze uzupełniało obraz Tokugawy. Takie: „a, więc nie tylko ja to widzę!”. Z pewnych względów Honda Tadakatsu nie mógł nam tego powiedzieć, nawet jeśli (podobno) też to widział.

Odświeżona grafika wywołuje skrajne emocje i w zasadzie się temu nie dziwię. Zmieniło się bardzo wiele, w tym także twarze postaci. Owszem, niektórzy mają teraz dość dziwne rysy, ale jak człowiek napatrzy się na wymuskane buzie w 3D, już żadne animowane przekłamania go nie zaskoczą. Trudno mi powiedzieć, które projekty, Telecomu czy Production I.G., były bliższe oryginałom, bo żadnego porównania tu nie ma. Judge End o tyle stoi wyżej, że rzadko pojawiały się w nim kadry, gdzie twarze byłyby dziwnie wykrzywione, a losowe zatrzymywanie odcinka nie prowadziło do znalezienia obrazków zwyczajnie brzydkich. Pod względem technicznym ta kreska jest naprawdę dużo bardziej staranna. No właśnie, ta nieszczęsna kreska… Bardziej niż klasyczne cieniutkie linie anime przypomina ona kreskę typową dla mang: tu walniemy grubą linie, tu cieńszą… Jestem akurat fanką tego stylu, więc mnie to urzekło. Postacie stały się przez to bardziej dynamiczne i przestały kontrastować z tłami, które jak zwykle w Sengoku Basara są tak nieprawdopodobnie dokładne, że aż coś się człowiekowi robi. Nie bez powodu w kontekście tego cyklu mówi się o „scenery porn”, przepraszam za wyrażenie. W poprzednich anime strasznie mnie drażniło, gdy stosunkowo płaskie postacie na tych tłach wyglądały jak naklejki. Można się też spotkać z krytyką nowego stylu animacji, która jest mniej płynna i bardziej skokowa, co jest dosyć typowe dla pewnego rodzaju zachodnich produkcji. Z mojego punktu widzenia taki sposób animacji bliższy jest jednak naturalnemu ruchowi i nie potrafię, po prostu nie potrafię na to obiektywnie spojrzeć. Natomiast drażni mnie do tej pory, że wszystkie męskie postacie (a nie wiem, czy i Saice Magoichi nie oberwało się przy okazji) zostały poszerzone w ramionach do poziomu, gdy zaczyna się wyglądać pokracznie. Żadne logiczne wyjaśnienie tego fenomenu nie przychodzi mi do głowy – chyba twórcy uznali, że skoro wszyscy w tej serii albo płaczą, albo chodzą z rozpaczą wymalowaną na twarzy, trzeba im dodać trochę męskości, żeby samcza część widowni nie uciekła z piskiem. Gdybym miała wymienić największą wadę tej serii, oberwałoby się właśnie tym ramionom. I ostatnia, choć niebanalna rzecz: nie wiem jak inni, ale ja uwielbiam te urocze plansze z wypisanymi nazwiskami postaci – dobre dla osób, które mają trudności z wyłapaniem nazwisk z konwersacji, i do tego ładnie wygląda. Trywialna rzecz, a cieszy.

Muzyka jest na bardzo dobrym poziomie i fanów Sengoku Basara nie powinna niczym zrazić. Judge End dostał soundtrack, który uważam za swój ulubiony. W dodatku utrzymuje styl poprzednich anime, z tymi przejmującymi chórami, które towarzyszą nam od pierwszej serii. Kompletnie inny jest za to styl openingu. Najwidoczniej ktoś uznał, że T.M.Revolution już za bardzo wrosło w ten cykl i trzeba się ich pozbyć na rzecz czegoś świeżego. Podeszłam do tej informacji jak pies do jeża, ale koniec końców wolę już piski i wycia na tle całkiem dobrego metalu niż popowo­‑rockowe twory, z których wszystkie miały identyczny rytm (poważnie: do wszystkich da się tańczyć jak samuraje w endingu do The Last Party!) i były kiczowate. Nie to, żebym ich nie lubiła, ale lubienie czegoś za to, że jest kiczowate, wydaje się trochę zawstydzające. Ending jak zwykle żegna nas smutnym kobiecym głosikiem i sentymentalną nutą. Zawsze mnie bawiło, że taka zwariowana seria jak Sengoku Basara ma takie przejmujące endingi, ale w Judge End akurat to pasuje. Po napisach końcowych zamiast urywków z następnego odcinka dostajemy planszę z dramatycznym tytułem. Komuś chyba miejsca nie starczyło, acz nie wyobrażam sobie, żeby miało to wyglądać jak na przykład w drugim anime, gdzie losowe postacie zapowiadają odcinek. A gdzie element tajemnicy?

Głosy postaci nie zmieniły się od poprzednich anime i przeniesiono oczywiście całą bandę z gry, która nie załapała się na The Last Party. Już sam dobór nazwisk wywołuje dreszcze – praktycznie same sławy znane nawet osobom, które generalnie nie zwracają na aktorów uwagi. Trudno mi powiedzieć cokolwiek rozsądnego poza tym, że są to naprawdę dobrze dobrane głosy i wymiana któregokolwiek wpędziłaby mnie niechybnie w jakąś chorobę. O zaangażowaniu tej grupki świadczą takie historie zza sceny, jak ta o nieszczęsnym seiyuu Chousokabe, któremu ponoć krew poszła nosem, gdy zbyt się wczuł we wrzaski swojej postaci. Trudno nie nabrać sympatii. Jedynie głos narratora się zmienił i to dość gwałtownie – teraz tę rolę pełni kobieta! Byłam zła i zdziwiona, ale pani ma tak ciekawy głos, że jak przy wielu cudach, które już opisałam, w końcu przyjęłam to ze spokojem.

Odnoszę wrażenie, że Judge End skierowany jest po pierwsze do osób, które zachłysnęły się scenariuszem trzeciej gry, a po drugie do tych, dla których poprzednie Basary były za bardzo rozrywkowe i za mało skupiały się na refleksjach bohaterów. Słyszy się głównie głosy widzów, którzy liczyli na nowe fantastyczne walki i widowisko z latającymi pod niebiosa światłami. Tak, możecie czuć się zawiedzeni. Niestety taki jest los serii, które pojawiają się po swoich poprzednikach robionych z zupełnie innym zamysłem. Judge End i The Last Party czerpią z trzeciej gry, ale każdy robi to inaczej. Jeśli The Last Party kogoś rozczarowało, Judge End może go albo rozczarować jeszcze bardziej, albo zachwycić. Jakiekolwiek jednak będziecie mieć o nim opinie, miejcie na uwadze, że jest bliższy prawdziwej Basarze niż poprzednie serie i film razem wzięte. Nawiasem mówiąc, Sengoku Basara nie ma co prawda wyraźnie określonej widowni (czy też grupy graczy), ale statystyka i zdrowy rozsądek podpowiadają, że jest robiona pod dziewczęcą publiczność. Zarówno projekty postaci, jak i ich emocje celują raczej w dziewczęce serduszka. Zbliżenia na obfity biust Kasugi czy płaski brzuszek Saiki Magoichi niewiele tu pomagają. Co oczywiście nie znaczy, że odradzam zabieranie się za tę serię mężczyznom – znam takich, którym ten cykl podoba się mimo wielu niemęskich treści i konfundujących zachowań postaci. Nie bez powodu wokół Sengoku Basara wyrósł fandom yaoistyczny.

Czy maksymalna ocena oznacza, że to anime nie ma wad? Nie. I żadne anime, któremu wystawiłabym dziesiątkę, takie nie jest. Judge End popełnia parę głupich błędów, parę rzeczy robi w swoim stylu, który niekoniecznie mi się podoba i niekoniecznie spodoba się innym. Tak dobrą ocenę wystawia się wtedy, gdy seria przekracza oczekiwania i czymś urzeknie. Mnie urzekło, jak dobrze oddany został klimat trzeciej gry, jak bardzo rzetelnie pokazano tamtą historię i jak świeża treść jest spójna z oryginalnym światem. Pod tym względem to anime nie ma poważniejszych słabości. Czy zostanie to docenione przez innych – tego już nie wiem. Trójka była moją ulubioną częścią tej serii gier i zasadniczo ulubioną fabułą w ogóle, ale Judge End zdołało ją ulepszyć i wzruszyć mnie nawet bardziej. Za to właśnie dostaje się takie oceny.

nakizakura_kaisou, 4 stycznia 2015

Recenzje alternatywne

  • peregrinus - 20 grudnia 2014
    Ocena: 5/10

    Trzecia seria telewizyjna z cyklu Sengoku Basara. Nowe studio i nowa jakość? Tak, ale nowe nie znaczy, że lepsze. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Telecom Animation Film
Autor: Capcom, Natsuko Takahashi
Projekt: Michinori Chiba
Reżyser: Takashi Sano

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Sengoku Basara: Judge End - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl