Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 4/10
fabuła: 5/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 133
Średnia: 6,98
σ=1,73

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Donten ni Warau

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Laughing Under the Clouds
  • 曇天に笑う
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe
zrzutka

Wycięcie rybie fugu narządów rodnych zwiększa szansę na przeżycie jej spożycia, natomiast kastracja mitycznego wężowego potwora znacznie ogranicza przyjemność z seansu tego anime.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Okres Meiji (1868­‑1912) to dla Japonii czas wielkich zmian, ponieważ z zacofanego państwa feudalnego stała się ona krajem nowoczesnym, mogącym bez problemów konkurować z mocarstwami zachodnimi. Nie każdemu jednak podobała się rewolucja kulturalno­‑technologiczna i w momencie, gdy wydano zakaz noszenia mieczy, samurajowie, dla których ostrze to istota życia, głośno zaczęli wyrażać swoje niezadowolenie. Aby zapobiec rosnącej w zastraszającym tempie przestępczości, rząd zlecił budowę olbrzymiego więzienia, zlokalizowanego na środku największego jeziora w Japonii – Biwa, skąd ucieczka jest prawie niemożliwa. Transportem skazańców i wyłapywaniem uciekinierów zajmują się trzej bracia z rodziny Kumou, którzy opiekują się również miejscową świątynią. Życie tam nie należy do najłatwiejszych, ale wszyscy starają się jak mogą, jednakże zachłyśnięci postępem technologicznym ludzie zapomnieli o czyhającym w mrokach przeszłości demonie, którego rychły powrót zwiastuje wiecznie zasnute chmurami niebo.

Kiedy pojawiły się pierwsze zapowiedzi, że Donten ni Warau doczeka się wersji animowanej, byłam bardzo optymistycznie nastawiona, ponieważ manga wciąga, jest przyjemna w odbiorze, a co najważniejsze, zakończona i (jak się w międzyczasie okazało) miała zostać wydana w Polsce. Pierwsze informacje na temat ekranizacji pojawiły się jeszcze w 2013 roku, a potem na długo zapadła cisza, aż zaczęłam się niepokoić, czy projekt dojdzie do skutku. Ostatecznie jednak padło na sezon jesienny 2014, aczkolwiek praktycznie do samego końca twórcy nie podawali żadnych informacji. Seria rzeczywiście ruszyła na początku października, lecz nie opuszczały mnie złe przeczucia. Jak się potem okazało – całkiem słusznie.

Historia sama w sobie to kociołek różnych wypróbowanych pomysłów, które w takich proporcjach sprawdziły się naprawdę dobrze. Mamy do czynienia z przygodówką, gdzie dramat miesza się z komedią, a za rogiem czai się kilka mniej lub bardziej mrocznych tajemnic. Niewątpliwym plusem jest to, że na przestrzeni sześciu tomów sporo się dzieje, a tempo akcji jest naprawdę dobrze wyważone, dopiero pod sam koniec nieco przyspiesza, ale nie gubi przy tym rytmu. Chociaż autorka traktuje historyczne realia nie do końca poważnie, to jednak nie ma się poczucia, że jest to okres Meiji jedynie z nazwy, zaś fabuła zgrabnie wykorzystuje wszystkie możliwości, jakie daje zderzenie tradycji z nowoczesnością i wszystkie tego następstwa. Sama intryga nie jest szczególnie skomplikowana, ale niesie ze sobą powiew świeżości (wreszcie historia, której osią fabuły nie jest niedorobiony romans, a relacje między rodzeństwem i przyjaźń. Bez jakichkolwiek podtekstów, oczywiście!) i potrafi pozytywnie zaskoczyć. Miewa zarówno momenty zabawne, jak i poważniejsze, nie tonąc przy okazji w kiczu czy melodramatyzmie. Czyżby udało się w tym przypadku osiągnąć złoty środek? Jak najbardziej.

Tak przynajmniej wyglądały moje wrażenia z lektury mangi. Z anime jest trochę gorzej, chociaż na pierwszy rzut oka to całkiem wierna ekranizacja. Niestety, jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach, a twórcy, chcąc nie chcąc, może nie tyle wypatroszyli fabularnego potwora, ile pozbawili go metaforycznych jaj, co znacznie obniżyło poziom atrakcyjności widowiska. Wszystko tak naprawdę rozbija się o długość serii, chociaż teoretycznie dwanaście odcinków powinno wystarczyć na zekranizowanie sześciotomowej historii. I pewnie by wystarczyło, gdyby nie to, że Śmiech w chmurach jest mangą z gatunku tych porządnie nadziewanych wydarzeniami. Trudno mi powiedzieć, czy jeden lub dwa odcinki więcej poprawiłyby sytuację, ale efekt końcowy trudno nazwać w pełni satysfakcjonującym. Owszem, niby fundamenty pozostają te same, a ekipa produkcyjna nie cuduje na prawo i lewo, ale wszystkie drobne zmiany i cięcia wprowadziły bałagan fabularny. To tak jakby wyjąć z dobrze działającego mechanizmu kilka mniejszych śrubeczek – całość jakoś tam chodzi, ale zaczyna zgrzytać i często się zacina.

W trakcie lektury czytelnik sam nadaje wydarzeniom odpowiadające mu tempo, a manga, choć posługuje się głównie obrazem, pozostawia wyobraźni odbiorcy pewne pole do popisu. W przypadku anime dostajemy wszystko na tacy, bo to twórcy decydują, na co położyć nacisk, a my nie możemy nic z tym fantem zrobić. Ostateczny efekt zmian jest taki, że dostajemy sporo sztucznych, zmontowanych na chybcika scen, z których niby wynika to samo, co w pierwowzorze, ale to jednak już nie tak samo, a klimat gdzieś wyparował. Przyznam, iż sceny komediowe mnie zwyczajnie irytowały, te poważne w ogóle nie poruszały, a całość wydała się znacznie bardziej sztampowa. Teoretycznie to ten sam scenariusz, ale liczne drobiazgi psują ogólne wrażenie – być może moje odczucia są zbyt subiektywne, ale odniosłam wrażenie, że w mandze zostało to lepiej opisane. Z drugiej strony można wysunąć tezę, że po prostu materiał nie nadaje się do ekranizacji, ale może jednak ekipa z większym doświadczeniem i wyczuciem dałaby radę? No cóż, tego się już nie dowiemy.

Ograniczenia czasowe dotknęły również obsadę, która w komiksie zyskiwała na bliższym poznaniu głównie przy okazji pozornie mało znaczących scenek, których widz zostaje pozbawiony. Powtórzę to samo, co poprzednio: podstawy się nie zmieniły, ale ostateczny efekt sprawia wrażenie nieco wybrakowanego. Mam swoją teorię na ten temat, ale o tym za chwilę. Główne trio, czyli bracia Kumou, niestety przestaje być tak czarujące i aż przykro mi o tym pisać, ale momentami zaczyna irytować. Lekkoduch Tenka sprawia wrażenie błazna, próbujący jak najszybciej dorosnąć, poważny i przejmujący się wszystkim Soramaru zamienia się w typowego ponurego nastolatka, a najmłodszy Chuutarou kończy jako wymuszony element komediowy. Z resztą jest niewiele lepiej, bo zamiast sympatycznych wariacji na podstawie utartych schematów, dostajemy (prawie) bezwolne kukiełki, których zachowanie ze względu na cięcia wydaje się czasami wyjątkowo wymuszone. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, ale niestety znakomitej większości. Najbardziej uderzyło mnie to przy okazji mojego ulubionego bohatera – dawnego przyjaciela Tenki, Souseia Abeno, który tu sprawia wrażenie sztywnego i aroganckiego buca (niby w pierwowzorze też posiada te cechy, ale nie są one tak rażące).

Wracając do zasygnalizowanej kilka zdań wcześniej teorii spiskowej: po przemyśleniu sprawy w końcu stwierdziłam, co mi tak nie pasowało. Jednym z głównych atutów pierwowzoru jest kreska autorki – nie tylko ładna, ale przede wszystkim bardzo ekspresyjna. Widać to w szczególności w mimice postaci, która naprawdę dobrze oddawała emocje, czasem nasuwając pytanie, czy to, co mówią, faktycznie pokrywa się z tym, co myślą. Tymczasem w anime oprawa techniczna kuleje i to naprawdę bardzo wyraźnie. Po pierwsze i najważniejsze: projekty postaci Kemuri Karakary są śliczne – nie jakoś szczególnie dokładne, ale są naprawdę charakterystyczne i, można by rzec, eleganckie, a przede wszystkim stanowiące cukierek dla oka (zarówno dla pań, jak i panów). Ja wiem, że nie wszystko da się przenieść na język filmu animowanego, ale bohaterowie wprawieni w ruch (i nie tylko) często bywają po prostu krzywi, zaś ich mimika jest wyjątkowo uboga. W ogóle patrzenie na animację w tej serii nie należy do najprzyjemniejszych zajęć: postaci poruszają się, jakby ktoś zawiesił je na sznurkach, a sceny walki, których trochę tu jest, pod względem dynamiki leżą i kwiczą. Tak koszmarnie statycznych i wręcz krzyczących „oszczędności!” pojedynków nie widziałam już dawno (niech za główny przykład posłuży starcie mieszkającego z braćmi Kumou dawnego ninja Shirasu Kinjou z jednym ze zbiegów… cóż, komuś podobają się latające w kółko świecące kropeczki?). Sytuację odrobinę ratują stonowana kolorystyka i tła, ale również tutaj można doszukać się pewnych zgrzytów, jak wyskakujące znienacka potworki komputerowe. Na pocieszenie widzowie dostają dwie śliczne ilustracje mangaczki pojawiające się pod koniec poszczególnych odcinków (dostępne za darmo w naprawdę dobrej jakości na oficjalnej stronie anime).

Drugi punkt teorii na temat postaci jest jeszcze bardziej subiektywny niż pierwszy i odnosi się do seiyuu. Trudno powiedzieć, czy to kwestia niedopasowania do postaci, czy może raczej wytycznych w kwestii sposobu grania, ale przyznam, że momentami brzmieli dość nieciekawie. Pewnie jestem przeczulona, bo ktoś mi skrzywdził jedną z ulubionych mang, ale w części przypadków głos zupełnie nie pasował mi do bohatera. Co przy drugim zastanowieniu nieco dziwi, biorąc pod uwagę, ile znanych i naprawdę utalentowanych aktorów pojawiło się w obsadzie. Obiektywnie rzecz ujmując, nie grają oni jakoś strasznie źle, ale rewelacji też nie ma. Momentami nie ma zupełnie nic… Niech za koronny przykład posłuży wymieniony wyżej Sousei – Kousuke Toriumi potrafi grać, ale w większości (przynajmniej mi znanych) ról nie ma okazji, by przedstawić pełny wachlarz uczuć, a w tym przypadku mówi wszystko wyjątkowo monotonnym głosem, który pozbawia postać jakichkolwiek emocji (tak, wiem, powtarzam się). Z drugiej strony można wskazać bardzo dobrze dopasowane głosy, jak np. Rina Satou w roli Botan, Sayaka Oohara jako Kiiko Sasaki oraz Hiro Shimono grający Takedę.

Muzycznie jest… źle. Ścieżka dźwiękowa to korowód zupełnie losowych, głównie elektronicznych melodyjek, zupełnie niepasujących do poszczególnych scen i, choć w tym przypadku to zaleta, raczej przemykających cicho w tle niż „rozlewających” się po ekranie. W kwestii piosenek postanowiono sięgnąć po repertuar zespołu Galneryus i to, czy się spodobają, czy nie, to już kwestia gustu. Na pewno nie są złe, ale mnie nie porwały szczególnie, głównie ze względu na niekompatybilność wokalisty z moim gustem muzycznym.

Cóż, zdaję sobie sprawę, że powyższa recenzja to głównie wieszanie psów na zupełnie przeciętnej serii, ponieważ jako fanka mangi miałam określoną wizję całości. Muszę przeprosić czytelników, którzy oczekiwaliby czegoś innego, ale naprawdę nie byłam w stanie zrecenzować tej serii w oderwaniu od pierwowzoru, zwłaszcza jeśli wyrządzono jej (przynajmniej moich zdaniem) pewną krzywdę. Donten ni Warau nie jest kiepskim anime, a nawet można powiedzieć, że jest strawne, ale jednocześnie z pewnością nie jest tak przyjemne w odbiorze, jak manga. Przeniesiona na ekran przez ekipę ze studia Dogakobo historia traci większość uroku z powodu drobnych potknięć, które wraz z rozwojem akcji dość szybko się nawarstwiają. To nadal jest ta sama fabuła, ale dla osób, którym nie chce się czytać mangi i oglądają tylko anime, będzie to pozycja najwyżej poprawna i niekoniecznie wciągająca. A szkoda, bo to mogła być naprawdę dobra reklama wydawanego u nas komiksu. Tak że, Drogi Czytelniku, jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś konkretnego o recenzowanej opowieści, zapraszam do zapoznania się z recenzją oryginału lub po prostu samą mangą, bo anime to tylko dwanaście odcinków, ale nie wiem, czy warto sięgać po tak koślawy serial, jeśli ma się pod ręką znacznie lepszy pierwowzór.

Enevi, 10 marca 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Doga Kobo
Autor: Kemuri Karakara
Projekt: Takao Maki
Reżyser: Hiroshi Haraguchi
Scenariusz: Yuuya Takahashi
Muzyka: Shuuichirou Fukuhiro

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Donten ni Warau - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl