Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Podlaski Festiwal Anime 6 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 8/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 175
Średnia: 6,82
σ=1,91

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Madan no Ou to Vanadis

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2014
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Lord Marksman and Vanadis
  • 魔弾の王と戦姫[ヴァナディース]
Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Europa; Czas: Przeszłość; Inne: Harem, Magia
zrzutka

Młody łucznik i potężna wojowniczka – nietypowa jak na anime opowieść z bardzo typowymi jak na anime błędami.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Tigrevurmud Vorn jest młodym szlachcicem, ale chociaż należy do niego Alzacja, jedno z hrabstw królestwa Brune, przez innych arystokratów jest raczej lekceważony jako ubogi prowincjusz. Nie pomaga też to, że rodową bronią Vornów jest łuk, który większość rycerzy ma w głębokiej pogardzie. Jednak to właśnie Tigre jako jeden z nielicznych nie ucieka po przegranej bitwie z armią sąsiedniego królestwa Zhcted (nawet nie pytajcie, jak to wymówić), zdeterminowany, by przynajmniej zabić dowódcę, „smoczą wojowniczkę” Eleonorę Viltarię. Właśnie odwadze i niezłomnemu duchowi zawdzięcza, że próba ta nie kończy się jego śmiercią – zaintrygowana Eleonora zabiera go ze sobą jako jeńca wojennego. Jednak w Brune narasta chaos: śmierć następcy tronu i powiązana z nią choroba króla sprawiają, że magnaci coraz ostrzej zaczynają walczyć o wpływy. Jeden z nich, książę Thenardier, wysyła armię, by podporządkować sobie i spustoszyć Alzację. Jak łatwo zgadnąć, Tigre nie zamierza się temu spokojnie przyglądać, a że zdołał pozyskać potężnych sojuszników, szybko staje się liczącym graczem na scenie wojennej.

Znakomita większość adaptacji light novel kończy się na „rozbiegówce” przed właściwą akcją. W dwunastu­‑trzynastu odcinkach wprowadza postaci, może opowiada o nich ciut więcej, rzuca widzowi parę tajemnic związanych z funkcjonowaniem świata i zachęca do sięgnięcia po oryginał, gdzie można znaleźć rozwinięcie historii. Na pewno nie można tego powiedzieć o Madan no Ou to Vanadis: nawet nie potrafiłabym policzyć, ile bitew rozgrywa się w obrębie tej serii, zaś fabuła obejmuje ogromną porcję wydarzeń, przeskakując błyskawicznie od jednego kryzysu do drugiego. Niestety, płaci za to dość oczywistą cenę, związaną z koszmarną skrótowością tego, co widzimy na ekranie. Przede wszystkim zwyczajnie trudno jest się w tym wszystkim połapać, choć może oglądanie serii jednym ciągiem trochę by pomogło. O ile jednak w przypadku książki można posiłkować się zamieszczonymi w niej mapkami, o tyle tutaj zapamiętywanie, kto z kim jest obecnie sprzymierzony i gdzie przemieszczają się wojska jest naprawdę dużym wyzwaniem. Autor wyraźnie miał ambicje, by pokazać średniowieczne konflikty zbrojne w miarę realistycznie – chociaż nie jestem ekspertką, wydaje mi się, że wyszło mu to niestety połowicznie. W efekcie oglądamy coś, co dla nastawionego na efektowną akcję laika będzie za skomplikowane, a dla fachowca – zbytnio uproszczone. Szczerze mówiąc jednak, akurat mnie to tak bardzo nie przeszkadzało, tego rodzaju pozory realizmu wystarczyły, żebym miała prawie wrażenie, że obcuję z przemyślaną także pod względem konstrukcji świata fabułą. „Prawie” jest tu jednak słowem kluczowym, bo wszystko rozbija się o to, że do Madan no Ou to Vanadis postanowiono wepchnąć to, co w light novel być musi, czyli panienki z mocami oraz harem.

Umówmy się od razu, że nie mam absolutnie nic do haremówek i supermocy (poza ich nadmiarem w ostatnich sezonach) i często trafiam wśród nich na pozycje, które naprawdę mi się podobają. Kluczowe jednak jest to, na ile ten ulubiony przez japońskich twórców koncept uda się wtopić w świat przedstawiony. Tymczasem należy zacząć od tego, że same smocze wojowniczki są tutaj potrzebne akurat tak, jak mechy w Macrossie – świetny koncept marketingowy, kompletnie niepasujący do fabuły i raczej przeszkadzający niż pomagający w czymkolwiek. Z jednej strony mamy bowiem armie złożone ze zwykłych ludzi i dowodzone przez zwykłych ludzi. Taka armia potrzebuje czasu, żeby gdzieś dojść, ma dość rozsądną (na moje oko) liczebność, wymaga zaopatrzenia i musi odpocząć między jedną walką a drugą. A teraz nagle włączamy w to kilka dziewcząt w zbrojach z sexshopu i z możliwie wielkimi i kolorowymi broniami w dziwnych kształtach, z których każda ma do dyspozycji moce umożliwiające zmiecenie z powierzchni ziemi tak z połowy sił przeciwnika na jeden zamach. Trochę by to zaburzyło równowagę, dlatego z powodów nieznanych (zwanych także wolą autora) owe dziewczęta nie używają tych mocy, by na przykład wspomagać własnych żołnierzy, tylko na polu bitwy walczą sobie klasycznie, zachowując siły tylko na efektowne starcia ze sobą nawzajem lub ze smokami. Owszem, od czasu do czasu pojawiają się tu smoki, jako dodatkowa siła bojowa, ale szczerze mówiąc, ich istnienie ma jeszcze mniej sensu, więc chyba lepiej się nad nimi specjalnie nie zastanawiać.

Nieszczęsnego Tigre’a wepchnięto natomiast w trzy role, w różnym stopniu wykluczające się nawzajem. Po pierwsze, jako hrabia Alzacji czuje się odpowiedzialny za podległe mu ziemie i zależy mu na doprowadzeniu do sytuacji, w której jego poddani będą mogli spać spokojnie. Jako że wymaga to udziału w wojnie domowej, nasz bohater okazuje się także zdolnym dowódcą, potrafiącym prowadzić całą armię do skutecznej walki. Nie czepiam się tego w najmniejszym nawet stopniu, stwierdzam tylko fakty. Ponieważ jednak taka rola nie pasuje najwyraźniej do koncepcji serii przygodowej, Tigre musi także (to po drugie) dokonywać rozmaitych bohaterskich czynów w pojedynkę, przy czym w połowie przypadków każdy rozsądny człowiek zabrałby ze sobą rzeczoną armię, a w drugiej połowie – zlecił to komuś innemu. Szczególnie biorąc pod uwagę odpowiedzialność spoczywającą na nim w związku z tym, co po pierwsze. Po trzecie natomiast musi pełnić rolę klasycznego pana haremu, z obowiązkowym wpadaniem na cycki różnych pań i wabieniem nieodpartym urokiem każdej samicy w odpowiednio młodym wieku i odpowiednio urodziwej.

To wszystko napisawszy, należy podkreślić, że Tigre daje się lubić – podobnych bohaterów innych serii przerasta mimo wszystko o głowę tym, że jednak interesuje go coś poza panienkami. Seria nieco zbyt gładko przemyka się nad niektórymi jego wyborami, jednak miło oglądać bohatera, który ma konkretny cel zapewnienia bezpieczeństwa w swojej domenie i podejmuje działania, mające doprowadzić do realizacji tego celu. Ponadto jest on pokazany jako osoba opanowana i trzeźwo myśląca (chyba że w grę wchodzą panienki, patrz akapit wyżej), a wrodzone poczucie odpowiedzialności dopełnia konsekwentnego obrazu młodzieńca zapowiadającego się na naprawdę doskonałego władcę (nawet jeśli tylko lokalnego). W gruncie rzeczy dużo dobrego można by też napisać o Eleonorze, nazywanej zazwyczaj po prostu Elen – szczególnie na początku jej relacja z Tigre’em jest bardzo interesująca. Fascynacja „dziwnym okazem” miesza się tu z rosnącym uznaniem dla umiejętności i – przede wszystkim – osobowości chłopaka, ale nie wyklucza też trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość i realistycznych układów, mających przynieść korzyści obu stronom. Prawdę mówiąc, gdyby tylko o samą Elen chodziło, pewnie nie narzekałabym aż tak bardzo na bohaterki tej serii.

Dalej jednak musi się obowiązkowo pojawić cały wianuszek pań. Nie wspomnę nawet o pokojówce (i przyjaciółce z dzieciństwa) Tigre’a, bo mimo wszystko to postać mocno drugoplanowa. Jednakże Elen musi mieć zawsze przy niej obecną przyboczną, a poza tym poznajemy większość smoczych wojowniczek, z których przynajmniej jedna otwarcie włącza się do rywalizacji o serce głównego bohatera. Jako że fabuła pędzi do przodu jak oszalała, w trzynastu odcinkach nie zostaje po prostu dość miejsca, żeby jakoś te wszystkie relacje porozwijać. Efekt jest taki, że większość wojowniczek sprawia wrażenie wyłącznie kompletnie niepasujących do świata ozdóbek, bez których seria zdecydowanie by zyskała.

Wszystko to, co nie da się przerobić na bardziej lub mniej biuściastą figurkę do postawienia na półce, zostało potraktowane po macoszemu. Jako że seria zachowuje pozory realizmu, postaci trzecioplanowe nie są nieśmiertelne – wrogowie i sprzymierzeńcy giną zwykle błyskawicznie i często w dość przypadkowych okolicznościach, jak w prawdziwym życiu, nie sprzyja to jednak kibicowaniu komukolwiek lub śledzeniu pojedynczego wątku wielostronnego konfliktu. Sprzymierzeńcy pozostają w cieniu, ponieważ wokół Tigre’a kłębią się atrakcyjne panienki, które trzeba pokazywać – ta otaczająca go pustka jest aż komiczna w momencie, gdy okazuje się, że kołczany na polu bitwy zamiast służących (których nie ma) musi za nim nosić zaprzyjaźniony syn innego arystokraty. Wrogowie natomiast zostali pokazani absolutnie bez cienia finezji. Jak by nie patrzeć, Tigre dla zapewnienia bezpieczeństwa Alzacji sprowadza na terytorium Brune wrogą armię z Zhcted, która praktycznie okupuje część kraju. Czy taki krok da się usprawiedliwić troską o bezpieczeństwo poddanych, czy też należy uznać, że młody szlachcic posunął się za daleko? Nie wolno nam jednak mieć cienia wątpliwości, kto stoi po dobrej stronie – przeciwnicy Tigre’a trują, zdradzają, spiskują, wbijają noże w plecy, a przynajmniej planują zrównać Alzację z ziemią i wyrżnąć wszystkich jej mieszkańców.

Pod względem wizualnym Madan no Ou to Vanadis jest serią, która bardzo by chciała, ale nie może. Jak łatwo zgadnąć, dużo czasu ekranowego zajmują tu bitwy, sceny przemarszu wojsk i inne ujęcia wymagające całego stada ludzi (i koni). Jak równie łatwo zgadnąć, telewizyjne anime nie ma na takie ekstrawagancje budżetu. Wybranym rozwiązaniem jest obfite stosowanie grafiki komputerowej, oczywiście mocno odcinającej się od całej reszty animacji. Nie mogę powiedzieć, że jednoznacznie to potępiam, ponieważ bądźmy szczerzy: alternatywą w tym przypadku byłyby zapewne nieruchome, panelowane plansze. W ten sposób mamy przynajmniej ruch na ekranie, chociaż oglądając bitwy, trzeba mocno przymykać oko (a najlepiej oba) na toporne sylwetki jeźdźców i piechurów (smoki, o dziwo, wyglądają dużo lepiej). Miejscami twórcy posiłkują się także schematami wykorzystującymi stylizowane figurki do zobrazowania ruchów wojsk czy taktyki na polu walki – nie umiem zweryfikować sensu pokazywanych manewrów, ale z pewnością pozwalały one „przewijać” bitwę do kluczowych momentów.

Walki w wykonaniu smoczych wojowniczek składały się głównie z rozbłysków światła i standardowych magicznych kręgów – nie wydaje mi się, żeby było w tym coś, co mogłoby szczególnie widzów zachwycić. Natomiast warto zauważyć, że ponieważ Tigre jest łucznikiem, starcia z jego udziałem z oczywistych powodów nie mogą być specjalnie efektowne. Jasne, możemy podziwiać, z jakiej odległości lub w jakich warunkach jest w stanie zastrzelić przeciwnika, jednak niektórzy pewnie będą narzekać na statyczność (a z czasem przewidywalność) takich wyczynów. Klasyczne rysunki są poprawne – projekty postaci wyglądają ładnie, chociaż wyraźnie rzuca się w oczy kontrast w miarę realistycznego wyglądu zwykłych ludzi w zestawieniu z „animową” aparycją i strojami smoczych wojowniczek. Tła natomiast potrafią być bardzo ładne i tu twórcy dość porządnie odrobili lekcję z tego, jak mogą wyglądać „standardowe” europejskie budynki czy pejzaże.

Muzyka natomiast okazała się bardzo dobra, idealnie pasująca podniosłymi kompozycjami do bitew i przyjemnie plumkająca w scenach spokojniejszych. Dramatyczna piosenka Ginsen no Kaze w czołówce, śpiewana przez Konomi Suzuki, jest może nieco nazbyt efektowna, ale doskonale wpisuje się w klimat serii i przyznam, że ani razu jej nie przewinęłam. Bardzo udana jest także Schwarzer Bogen w wykonaniu Hitomi Harady, towarzysząca napisom końcowym.

Ta seria ma problem bardzo podobny do Maoyuu Maou Yuusha – porywając się na zbyt obszerną jak na ramy jednego sezonu historię, skacze po wydarzeniach i skraca je niemiłosiernie. To z kolei sprawia, że dość trudno jest wczuć się w sytuację bohaterów czy przejmować się grożącym im niebezpieczeństwem, szczególnie że wymaga to pamiętania na bieżąco złożonej sytuacji politycznej. Niestety nie wydaje mi się także, by sięgnięcie do oryginału mogło wiele pomóc: głównym problemem Madan no Ou to Vanadis jest wepchnięcie do ciekawie zapowiadającej się opowieści o młodym szlachcicu, którego wiatr historii popycha – trochę wbrew jego woli – ku wielkości, obowiązkowego dla anime haremu, supermocy i licho wie, czego jeszcze. Na pozszywanie fabuły z wyraźnie niedopasowanych elementów nawet najlepsza adaptacja nic nie pomoże.

Avellana, 8 lutego 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Satelight
Autor: Tsukasa Kawaguchi
Projekt: Hinata Katagiri, Hiromitsu Ishikawa, Hiroyuki Taiga, Mariko Itou, Nobuhiko Yanai, Sachiko Oohashi, Yoshio, Yousuke Kabashima
Reżyser: Tatsuo Satou
Scenariusz: Tatsuo Satou
Muzyka: Masaru Yokoyama

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Madan no Ou to Vanadis - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl