Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Festiwal Fantastyki Twierdza - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 5/10
fabuła: 4/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,25

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 445
Średnia: 6,96
σ=2,03

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tokyo Ghoul √A

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 東京喰種√A
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen; Postaci: Uczniowie/studenci; Rating: Przemoc; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Krwiożercze ghule w natarciu. Wydanie drugie – niepoprawione.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Pierwszy sezon Tokyo Ghoul zakończył się w najmniej odpowiednim, a przy okazji najbardziej intrygującym momencie, rozbudzając w widzach apetyt na więcej oraz nadzieję na rychłą kontynuację tytułu, której powstanie ogłoszono niespełna miesiąc po finale serii. Jeśli już ktoś przetrwał pierwsze dwanaście odcinków, z czego duża część prezentowała, ujmując to eufemistycznie, średnio zadawalający poziom, prawdopodobnie postanowi też sięgnąć po kolejną część przygód pół­‑człowieka, pół­‑ghula, Kena Kanekiego. Co w niej znajdzie? Zacznijmy od tego, że w gruncie rzeczy bardzo mało Kena Kanekiego. A to tylko początek zaskakujących pomysłów realizowanych w Tokyo Ghoul √A

Drugi sezon podejmuje fabułę dokładnie w tym momencie, w którym zawiesił ją pierwszy – Kaneki, po akcie kanibalizmu dokonanym na Yamorim, wydostaje się z pokoju tortur, w którym przetrzymywał go oprawca. W budynku, w którym przebywa, toczą się właśnie zacięte starcia między oddziałami policji a grupą Aogiri zrzeszającą ghule. W środek tego zamieszania trafiają też pracownicy Anteiku, którzy pragną uratować Kanekiego. Koniec końców okazuje się, że całe to przedstawienie zostało dokładnie zaplanowane przez członków Aogiri, którzy, zgromadziwszy w jednym miejscu setki oficerów CCG, wysadzają budynki, grzebiąc pod gruzami większość obecnych tam ludzi. Co ważniejszym bohaterom udaje się, rzecz jasna, ujść z życiem, pracownicy Anteiku z Touką na czele nie mogą jednak nacieszyć się powrotem Kanekiego, gdyż ten postanawia dołączyć do Aogiri…

W tym miejscu, choć była to zaledwie końcówka pierwszego odcinka, pogodziłam się ze świadomością, że cały ten brak logiki i wszelkie nieścisłości obecne w sezonie pierwszym, mnożyć się będą równie gęsto w serii drugiej. Sam pomysł włączenia Kanekiego w szeregi Aogiri jest tak silnie sprzeczny z charakterem i wcześniejszymi postanowieniami tej postaci, że nawet późniejsze próby wybronienia takiej decyzji zupełnie mnie nie przekonały. Bohater, który pod wpływem bestialskich tortur doświadcza swego rodzaju objawienia i postanawia naprawić świat pełen cierpienia i bezsensownego mordowania się ghuli i ludzi, dołącza do organizacji, która w okrutny sposób zabija nie tylko ludzi, ale często też własnych pobratymców. Ile w tym sensu…? I nie jest to jedyny przykład tak katastrofalnej niekonsekwencji w przedstawianiu wydarzeń fabularnych.

Mówiąc bez ogródek – pierwsza połowa serii wypada fatalnie. Na taki stan rzeczy składa się kilka czynników. Za najważniejszy uznałabym gigantyczny chaos wynikający z próby pociągnięcia naraz zbyt wielu wątków, z których każdy dotyczy innej grupy bohaterów. Widz zmuszony jest co chwila przeskakiwać z miejsca na miejsce – od Touki i jej przygotowań do egzaminów na studia do Amona i jego prób obłaskawienia nowej partnerki, którą zostaje córka inspektora Mado; od posępnego Kanekiego, który w towarzystwie Ayato robi demolkę w różnych dzielnicach Tokio do szurniętego Juuzo, zachwycającego się swoim nowym quinque; od Hinami uczestniczącej w spotkaniu autorskim z Sen Takatsuki do Tsukiyamy infiltrującego Aogiri w celu ustalenia aktualnej sytuacji Kanekiego; od tajemniczej, zabandażowanej postaci z dala obserwującej wszystkie ruchy Aogiri do posiedzeń CCG z udziałem najwyższych rangą inspektorów… Tę wyliczankę można by jeszcze trochę kontynuować. Fabuła rozwarstwia się na zbyt wiele wydarzeń, a w efekcie żadne nie zostaje przedstawione z należytą uwagą i dokładnością.

Poczucie dezorientacji narasta również z powodu stale zwiększającej się liczby postaci, co zresztą uważam za drugą przyczynę, dla której początkowe odcinki Tokyo Ghoul √A ogląda się z trudem. W każdym z nich pojawia się po kilku nowych bohaterów, których obecność częstokroć jest zupełnie niepotrzebna, a przynajmniej taka się wydaje, gdyż prędzej czy później znikają oni w plątaninie wątków fabularnych, nie doczekując się właściwie żadnego rozwiązania czy podsumowania swojej historii. Po co więc są wprowadzani? Weźmy dla przykładu Nakiego – ghula, który był bezpośrednim podwładnym Yamoriego. Gdy widzimy go po raz pierwszy, jest przewożony opancerzonym transportem CCG, nie dojeżdża jednak do celu, gdyż z rąk policji odbijają go Kaneki i Ayato. Ghul przyłącza się więc do Aogiri i wraz z nimi bierze udział w kolejnych akcjach. I tyle. Nie wiadomo, skąd się wziął, jak wyglądała relacja łącząca go z Yamorim, czy kiedyś wreszcie dowiedział się, że jego ukochanego „starszego brata”, jak sam go nazywał, pokonał nie kto inny, jak Kaneki? Jego postać nie wnosi dosłownie nic do biegu wydarzeń – po co więc zostaje w niego wpleciona? I bez niego pełno jest tutaj brutalnych wariatów. Po co tracić i tak ograniczony czas na tego typu bohatera, skoro można by go spożytkować chociażby na wyjaśnienie tego, przez co dokładnie przechodzi Kaneki i dlaczego podejmuje tak nielogiczne decyzje?

Ponadto, to co drażni tak na początku, jak i w drugiej połowie serii, to ilość – nazywając rzeczy po imieniu – wierutnych bzdur, które widz musi znosić, nie mogąc zrobić nic innego, niż z pożałowaniem pokiwać głową nad kompletnie idiotycznymi i nierealnymi pomysłami, którymi twórcy szafują na lewo i prawo. Przykłady? Hide pracujący jako kurier często odwiedza siedzibę CCG, pozostaje w przyjaznych relacjach z niektórymi oficerami, zagląda im w tajne dokumenty i zadaje szereg pytań o pilnie strzeżone tajemnice dotyczące aktualnych dochodzeń – i żeby było jeszcze zabawniej, rzeczeni oficerowie bardzo chętnie i szczegółowo mu na te pytania odpowiadają. Jakie służby mundurowe pozwoliłyby sobie na dzielenie się tajnymi danymi ze zwykłymi przechodniami – bo jak inaczej nazwać nastoletniego, pracującego dorywczo kuriera? Idąc dalej – Kaneki, który wraz z Aogiri napada na Cochleę, więzienie dla ghuli, uwalnia z celi niejakiego Shachiego, potężnego ghula rangi SS, a ten zamiast wykazać szczątkowe chociażby oznaki wdzięczności czy radości z oswobodzenia, spuszcza pół­‑ghulowi taki łomot, że Kaneki ledwo uchodzi z życiem – i robi to oczywiście nie zadając wcześniej jakiegokolwiek pytania czy nie czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia. Przyznam, że tego typu bzdury drażniły mnie niemiłosiernie. Jakby twórcy prosto w twarz mówili mi: „I tak jesteś tępym, bezmózgim widzem, który zje każdą przygotowaną przez nas papkę, więc nie będziemy się trudzić, żeby zachować jakikolwiek sens i logikę w zachowaniu bohaterów”. Poza tak doraźnymi idiotyzmami, wyłapać można szereg innych, o wiele mniejszych. Szczerze rozbawił mnie na przykład widok Akiry, która ranna po ataku Nakiego nosiła na nodze bandaż założony na rajstopy – dobrze czytacie, nie pod, na gołe ciało, jak nakazywałby chociaż szczątkowy zdrowy rozsądek, ale na, tak żeby każdy od razu widział, że była rana, to jest i leczenie… Zgoda, to już kompletne drobiazgi, ale kiedy zaczyna się je dostrzegać, nie sposób nie zadumać się nad tym, czy to osoby odpowiedzialne za realizację takich kwiatków są idiotami, czy też po prostu traktują widzów jak idiotów…

Jeśli już ktoś postanowi bardzo mocno zacisnąć zęby i przebrnąć przez pierwsze pięć do sześciu odcinków, w kolejnych powinien trochę odetchnąć. Nie znaczy to w żadnym razie, że nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystko nabiera sensu i zaczyna się układać w zgrabną i kompletną całość. Powiedzmy to sobie wprost – takiej sytuacji w Tokyo Ghoul √A w ogóle nie uświadczymy, w żadnym momencie serii. Fabuła pozostanie dziurawa niczym ser szwajcarski do ostatniej chwili, ale o tym jeszcze za moment. Niemniej między połową drugiego sezonu a jego ostatnim odcinkiem trafiło się kilka udanych momentów. Wyhamowano ze wspomnianymi przeskokami i ograniczono liczbę postaci goszczących na pierwszym planie. Dzięki temu można było lepiej poznać i zrozumieć bohaterów takich, jak Akira, Amon, Suzuya czy Yoshimura. Zwłaszcza w przypadku tego ostatniego poświęcono sporo czasu ekranowego na pełne nakreślenie jego sylwetki, osadzenie go w kontekście zbudowanym z licznych wydarzeń i postaci, a wreszcie połączenie z jednym z ważniejszych wątków drugiej serii Tokyo Ghoul. Nie da się ukryć, że wszystko to działo się kosztem głównego bohatera, który tak eksponowany w pierwszym sezonie, w kontynuacji stał się kimś, o kim dużo się mówi i kto stanowi przyczynę wielu wydarzeń, ale we własnej osobie pojawia się na ekranie rzadko i trudno cokolwiek zrozumieć z jego perspektywy.

Gdyby tak jeszcze ten chwilowy przebłysk przyzwoitej jakości udało się zachować do ostatniego odcinka! Nic jednak z tego… Powiedzieć, że finał dwusezonowej historii jest rozczarowujący, to mało. Nie chodzi nawet o wydarzenia, które w sobie zawiera, gdyż te są naturalnym następstwem działań podejmowanych przez bohaterów w kilku poprzedzających odcinkach. Największy problem polega na tym, że po zakończeniu serii nie wiemy absolutnie nic na temat dalszych losów sporej liczby kluczowych postaci. I nie mam na myśli tego, czy ktoś żył długo i szczęśliwie czy może długo i nieszczęśliwie – chodzi o brak odpowiedzi na fundamentalne pytania typu, kto z nich właściwie przeżył, a kto umarł? I to już jest coś, co nie powinno mieć miejsca. O ile subtelne niedomówienia, pozwalające na snucie domysłów i przypuszczeń na temat nieznanych szczegółów, częstokroć uznać można za intrygujący walor, o tyle zostawianie widza z niczym, odmawianie mu prawa do jakiegokolwiek wyjaśnienia i wiedzy na temat losów zdecydowanej większości postaci, z którymi w jakiś sposób zdążył się przez te kilkanaście odcinków zżyć, jest bardzo nie fair i nie powinno mieć miejsca. Koniec końców finał drugiej serii niewiele się różni od tego znanego z pierwszej – ponownie nic nie wiadomo i ponownie znacznie więcej niż odpowiedzi, pozostaje pytań. Gdybym miała je wszystkie spisać, obawiam się, że liczba nie zamknęłaby się nawet w kilkunastu – byłoby ich prawdopodobnie kilkadziesiąt.

Czy o to właśnie chodziło Sui Ishidzie, twórcy pierwowzoru, który nie tyle wyraził zgodę na zmiany w adaptowanym materiale, ile sam wręcz był ich pomysłodawcą? Ponoć modyfikacje wprowadzone zostały dlatego, że autor nie był do końca zadowolony z historii, którą stworzył w wersji papierowej. Czy to, co zaprezentował w serii telewizyjnej, spełniło jego oczekiwania? Na to pytanie może odpowiedzieć tylko on sam, ja jednak – podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu – uważam, że żadna ze zmian dokonanych na oryginalnej historii, rozumianych również w znaczeniu okrojenia poszczególnych wątków, nie pomogła w jej ulepszeniu.

Zasmuca również to, że jakość wykonania serii, która w pierwszym sezonie prezentowała zadawalający poziom, w drugim drastycznie spada. Wygląda to mniej więcej tak, jakby budżet na animację zmniejszony został co najmniej o połowę względem pierwszej części. Ruchy postaci są toporne i wyjątkowo nienaturalne – brak w nich jakiejkolwiek płynności, niekiedy wręcz zgodności z wymogami narzucanymi przez anatomię. Walki, których jest tutaj sporo, wypadają nędznie, zwłaszcza w pierwszej części sezonu, gdzie często korzysta się z zabiegów maskujących – zamiast ukazywać ruch postaci, trzęsie się gwałtownie obrazem, wprowadzając sztucznie wytworzoną dynamikę ujęcia, zamiast prezentować bezpośredni moment ataku, przenosi się kamerę na rozbryzg krwi (przypominający zresztą bardziej kleksa z czerwonego atramentu, aniżeli faktyczną krew), wreszcie wiele starć ukazuje się z oddalenia, nierzadko wśród kłębów dymu czy kurzu, unikając w ten sposób animacji detali. Podobnie jak w pierwszym sezonie, tak i w drugim wersja telewizyjna została ocenzurowana w co bardziej brutalnych ujęciach – zakładam jednak, że przy tym poziomie grafiki miłośnicy gore nie będą usatysfakcjonowani nawet wydaniem płytowym, które z pewnością cenzury zostanie już pozbawione. Rysunki są zwyczajnie na tyle słabe, że nie mogą wyglądać dobrze, niezależnie od tego, czy zostaną w pewnych miejscach przyciemnione, czy też nie. Animacja nieznacznie poprawia się w odcinkach finałowych, gdy toczą się rozstrzygające starcia pomiędzy ludźmi i ghulami – te kilka dobrych ujęć nijak nie wynagradza jednak dziesiątek koszmarnych scen, którymi zostajemy uraczeni na wcześniejszych etapach historii.

Jedynie pod względem muzyki seria nadal trzyma poziom. Rozczarował mnie co prawda opening – po tym z pierwszego sezonu, który uważam za jedną z najlepszych czołówek zeszłego roku, jego następca wypada blado. Zarówno klip, prezentujący się bardzo statycznie i nijako, jak i piosenka, wyraźnie słabsza od unravel, nie zachęcały mnie do wsłuchiwania się w melodię. Znacznie lepiej udał się ending, utwór Kisetsu wa Tsugitsugi Shindeiku z męskim wokalem, w każdym odcinku ozdobiony innymi szkicami. Najlepsze zaś utwory z całego soundtracku wplecione zostały w treść odcinków, na czele z przejmującym Glassy Sky. Do skomponowania ścieżki dźwiękowej ponownie zaangażowany został Yutaka Yamada i ponownie nie mogłam opędzić się od skojarzeń z muzyczną działalnością Hiroyukiego Sawano, co w mojej osobistej skali czyni z Yamady kompozytora wysokiej rangi.

Jak druga seria Tokyo Ghoul wypada na tle pierwszej? Podobnie. Widać potencjał, który wyraźnie się marnuje, dużo jest nieścisłości, chaotyczności i niepozamykanych wątków. O ile poprzedni sezon trzymał bardzo przeciętny, ale równy poziom, o tyle kolejny napotkał już kilka wybojów – od słabego początku, przez niezłą drugą połowę, aż do kiepskiego zakończenia. Bardziej niż na logiczne łączenie ze sobą wydarzeń postawiono tu na budowanie klimatu tajemniczości i niedopowiedzeń – i niestety nie wyszło to opowieści na dobre. Ponownie pozostaje mi zakończyć konkluzją o tym, że w przypadku Tokyo Ghoul znacznie lepiej sięgnąć po mangowy pierwowzór, aniżeli animowaną adaptację.

Lin, 23 maja 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio Pierrot
Autor: Sui Ishida
Projekt: Kazuhiro Miwa
Reżyser: Shuuhei Morita
Scenariusz: Chuuji Mikasano
Muzyka: Yutaka Yamada

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Tokyo Ghoul √A - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl