Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 10/10 grafika: 9/10
fabuła: 7/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 63
Średnia: 7,67
σ=1,36

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sangatsu no Lion

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 22×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 3月のライオン
  • March Comes in Like a Lion
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Nastrojowa i kameralna opowieść o młodym graczu w shougi i otaczających go ludziach. Seria niepozorna, ale bardzo warta uwagi.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Zazwyczaj recenzję zaczyna się od podania w formie skondensowanej, dla leniwych, o czym właściwie jest omawiana seria. Problem polega jednak na tym, że z reguły im dane anime lepsze (ta sama zasada dotyczy zresztą książek, filmów i czego chcecie), tym trudniej zamknąć w jednym zdaniu czy akapicie jego istotę. Jeśli napiszę, że Sangatsu no Lion to historia nastoletniego chłopaka grającego w shougi, nie minę się z prawdą – i nie powiem niczego przydatnego dla potencjalnego widza. Spróbujmy zatem cierpliwie i po kolei przyjrzeć się poszczególnym elementom układanki składającym się na tę serię.

Zacznijmy od pytania pozornie najmniej ciekawego, ale dość istotnego z punktu widzenia osoby zastanawiającej się nad seansem: czy to jest seria sportowa? To oczywiście zależy od tego, jak będziemy definiować „serię sportową”, ale w przypadku mang i anime to określenie kojarzy się dość jednoznacznie ze stałymi elementami: ukazaniem rywalizacji, kibicowaniem bohaterowi lub bohaterom, jakimiś zawodami lub turniejami. W zasadzie wszystkie te elementy tutaj znajdziemy, ale w zupełnie innej perspektywie, która raczej nie będzie odpowiadać widzowi poszukującemu wrażeń przypominających oglądanie kanałów sportowych. Gdybym miała porównywać, powiedziałabym, że shougi pełni w Sangatsu no Lion funkcję podobną, jak muzyka poważna w Nodame Cantabile. Jest integralną częścią, albo może nawet fundamentem fabuły, a jednocześnie soczewką, przez którą, jak przez szkło powiększające, oglądamy bohaterów – oraz wspólną płaszczyzną, umożliwiającą im spotkanie (bo „porozumienie” to nie zawsze jest odpowiednie słowo). Mecze pokazywane są często z wyjątkową intensywnością, ale uwaga kamery koncentruje się na zawodnikach lub obserwatorach, zaś sama rozgrywka jest pokazywana na tyle fragmentarycznie, że trudno byłoby ją śledzić, często bywa też urwana lub pominięta.

Z punktu widzenia osoby będącej całkowitym laikiem, jeśli chodzi o opisywaną dyscyplinę, muszę stwierdzić, że nie trzeba rozumieć dokładnie tego, co się dzieje na planszy, by wiedzieć, jakie to ma znaczenie i jakie emocje temu towarzyszą. (Inna sprawa, że w pewnym momencie dostajemy przeurocze streszczenie podstawowych zasad gry). Paradoksalnie jednak, nawet jeśli Sangatsu no Lion nie jest „serią sportową”, jest bardzo dobrą serią o sporcie. Zupełnie nieobecna jest tutaj nadmierna wzniosłość i idealizowanie rywalizacji sportowej – zarówno przygotowania do meczów, jak i same rozgrywki pokazywane są wręcz naturalistycznie, całkowicie prozaicznie. Jednocześnie, chociaż widać, jaką cenę zawodnicy często płacą za pozostawanie nawet nie na szczycie, ale na dotychczasowym poziomie, udało się także pokazać, z jaką wiąże się to satysfakcją i dlaczego może być uzależniające.

Żartobliwie mogę powiedzieć, że jeśli ktoś poczuł się senny po lekturze powyższych akapitów, to prawdopodobnie fabuła Sangatsu no Lion wystawi jego cierpliwość na zbyt ciężką próbę. Zapowiedzi przed sezonem okazały się mylące. Sugerowały bowiem, że oto będziemy oglądać historię samotnie mieszkającego chłopaka, który zbliża się do rodziny złożonej z trzech sióstr (o istnieniu ich dziadka wygodnie zapominano, widać nie był dość uroczy na materiały promocyjne), znajdując u nich namiastkę ciepła domowego ogniska. Ten wątek istnieje, ale nie jest ani główny, ani nawet najważniejszy. Seria łamie też niepisaną zasadę, że nawet w okruchach życia poznajemy bohatera w momencie jakiegoś życiowego przełomu. Siedemnastoletni Rei Kiriyama zawodowo zajmuje się grą w shougi i dzięki temu jest niezależny finansowo. Rodziców stracił w dzieciństwie, a jakiś czas temu wyprowadził się od przybranej rodziny, z którą jego stosunki nie układały się najlepiej. Obecnie mieszka sam, uczy się w liceum, chociaż nie przykłada się do tego szczególnie, tym bardziej że większość czasu poświęca na studiowanie teorii i ćwiczenie umiejętności przed kolejnymi meczami. W jakimś momencie zaprzyjaźnił się z trzema wspomnianymi wcześniej siostrami – dorosłą już Akari, gimnazjalistką Hinatą i malutką Momo Kawamoto, często bywa więc gościem w ich skromnym domu. Poza tym nie ma praktycznie przyjaciół i nie bardzo ich szuka. Jako zamknięty w sobie introwertyk ze skłonnościami do pesymizmu nie potrafi odnajdować się w grupie, a złe doświadczenia w połączeniu z wrodzoną nieśmiałością dodatkowo go zniechęcają do podejmowania jakichkolwiek prób.

Fabuła luźno wplata bliższe i dalsze retrospekcje pomiędzy epizody dziejące się w teraźniejszości, pokazując, co doprowadziło Reia do takiego punktu życiowego. Napisałam wyżej, że nie jest to punkt przełomowy, ale to nie do końca prawda, ponieważ jeśli się przyjrzeć, bohatera poznajemy w momencie, kiedy znajduje się w głębokim życiowym dołku, a potem krok po kroku zaczyna z niego wychodzić (lub też być wyciągany). Nie jest to proces prosty ani przebiegający bez żadnych zakłóceń, kolejne wydarzenia pozornie niweczą wszelkie postępy, ale jeśli porównamy Reia z początku i końca serii, da się zauważyć, że przeszedł daleką drogę. Pod względem konstrukcji fabuły Sangatsu no Lion to okruchy życia w najczystszej postaci, nie znajdziemy tu na przykład żadnego romansu (o czym warto uprzedzić osoby, które spodziewałyby się czegoś podobnego do Honey & Clover). Na tym etapie byłby on zresztą całkowicie zbędny. Wiem, że widzowie znający serię (lub mangę) mogą mi w tym momencie zarzucić przeoczenie całego zestawu poszlak, ale podtrzymam swoją opinię, że nie da się tego nazwać ani romansem, ani nawet wątkiem romantycznym. Poszczególne epizody nie tworzą zwartej linii fabularnej, potrafią nagle przeskakiwać i przybliżać dotychczasowych bohaterów drugoplanowych lub epizodycznych, a innych spychać na dalszy plan. Nie ma w tym chaosu i mnie zaczęło z czasem bardzo odpowiadać, ale uprzedzam, że część widzów może zostać z poczuciem, że „nic się tu nie dzieje”. To wrażenie potęguje zakończenie, podobnie jak początek serii całkowicie otwarte i właściwie pozbawione konkluzji. Owszem, mówimy o adaptacji niezakończonej mangi, zapowiedziano także kontynuację anime, ale jednak nie mogłam nie obciąć za to jednego punktu z oceny fabuły oraz ogólnej.

Przyjęta konstrukcja ma niestety poważną wadę – to anime należałoby od razu obejrzeć po raz drugi. Osoby znające mangowy pierwowzór właśnie dlatego mogą nie zauważyć żadnego problemu, ale ja z trudem brnęłam przez pierwsze odcinki. Studio SHAFT przyjęło swobodną zasadę ekranizacji mangowych epizodów, łącząc po dwa­‑trzy w odcinku lub dzieląc je między odcinkami, co w teorii pozwala na większą elastyczność w gospodarowaniu czasem. W praktyce chwilami tempo akcji spada niemalże do zera, pozostawiając dłuższe sekwencje „pustki”. Szczególnie uciążliwe wydaje się to na samym początku i moja pierwsza teoria była taka, że po prostu później dzieje się więcej, więc problem w naturalny sposób znika. Po zastanowieniu znalazłam jednak jeszcze jedno, bardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Sangatsu no Lion nie spieszy się z odsłanianiem kart, jeśli chodzi o bohaterów, nie podaje także niczego wprost, pozwalając widzowi domyślać się wielu rzeczy. To sprawia, że w pierwszych odcinkach, kiedy nie skumulowaliśmy jeszcze potrzebnej wiedzy nawet o samym Reiu (nie wspominając o otaczających go osobach), zwyczajnie nie wyłapujemy, co z tego, co jest nam pokazywane, może się okazać istotne. Z czasem natomiast zaczynamy zwracać uwagę na detale w pozornie całkowicie zwyczajnych lub przypadkowych scenach, uzupełniając nimi dotychczasowy obraz. To anime wymagające od widza cierpliwości i niewyciągania pochopnych wniosków, ale w zamian za to kreślące niezwykle prawdziwe i przekonujące portrety swoich bohaterów.

Główny bohater, Rei Kiriyama, jest doskonale pokazanym przypadkiem introwertyka. Autorce, a w ślad za nią scenarzystom, udało się idealnie oddać istotę rzeczy – Rei nie chce być całkowicie sam, ale samotność jest o wiele łatwiejsza niż nawiązywanie kontaktu, a towarzystwo potrafi szybko stawać się męczące. Przywykliśmy, że anime zwykło w takim przypadku dawać proste rady: wystarczy otworzyć się na innych, docenić piękno świata, jeść zdrową żywność (albo uzyskać supermoce i zgromadzić harem) i pstryk, wszystko będzie dobrze. Życie tak niestety nie działa i tutaj widać to doskonale. Owszem, znakomita większość problemów Reia ma źródło w nim samym i jego spojrzeniu na świat, ale to nie jest coś, co da się „naprawić” paroma dobrymi radami. W Sangatsu no Lion nie ma drogi na skróty, więc podejrzewam, że ocena tej serii może w dużej mierze zależeć od tego, czy potrafimy zrozumieć punkt widzenia bohatera. Jeśli nie, prawdopodobnie szybko stracimy do niego cierpliwość. Jeśli tak, seans będzie coraz bardziej fascynujący, bo Rei jest osobą bardzo interesującą – prawdopodobnie znacznie bardziej niż sam przypuszcza. Tutaj także autorce udało się coś trudnego: pokazała chłopaka wybitnie uzdolnionego, ale nie genialnego. Dojrzałego ponad swój wiek, ale jednak niedorosłego i pod wieloma względami nieradzącego sobie z samodzielnością. Skłonnego do zamykania się w sobie i negatywnego myślenia (celowo nie używam słowa „depresja”, bo to konkretna choroba, która w tym przypadku się nie pojawia), ale dostrzegającego otoczenie i potrzeby innych. Nie wszystkie wybory, jakich Rei dokonuje, są obiektywnie słuszne, ale wszystkie da się zrozumieć. Ważne tylko, by nie wyrabiać sobie z góry przekonania, że oto już wiemy wszystko, co trzeba, ponieważ nowe informacje w płynny sposób przesuwają nasze postrzeganie bohatera. Sama odpowiedź na pytanie, dlaczego Rei gra w shougi – w pewnym sensie stanowiąca oś tej historii – zmienia się wielokrotnie i za każdym razem jest tak samo prawdziwa i tak samo niekompletna.

To samo założenie – nie robić z góry żadnych założeń – dotyczy także wszystkich innych postaci. Jak pewnie można się domyślić, nie ma zastosowania podział na „dobrych” i „złych”. Rodzina Kawamoto jest pokazywana niemal wyłącznie w pozytywnym świetle, ale trzy siostry (i ich dziadek) nie istnieją na tym świecie tylko po to, by wspierać Reia Kiriyamę – mają też własne sprawy i zmartwienia, niemające z nim żadnego związku. O wiele bardziej skomplikowana sytuacja jest z przybraną rodziną bohatera, ale im więcej wiemy, tym bardziej trudno obsadzić kogokolwiek w roli „czarnego charakteru”. To nie znaczy, że wszystkimi kierują tylko dobre chęci – będziemy świadkami zachowań podłych lub niesprawiedliwych, a to, że znajdują one uzasadnienie lub wyjaśnienie, nie oznacza, że powinniśmy je usprawiedliwiać.

Sama próba podzielenia postaci na „główne” i „drugoplanowe” może być mocno myląca. Siostry Kawamoto w drugiej połowie serii znikają niemal całkowicie z ekranu, za to w końcówce postać, która w pierwszej chwili sprawia wrażenie całkowicie epizodycznej, przesuwa się na pierwszy plan. Dzięki temu każdy z bohaterów sprawia wrażenie interesującego, kompletnego człowieka, a tylko od wybranej przez autorkę perspektywy zależy, czyje losy będziemy śledzić. Na pewno nie należy dać się złapać na to, na co ja się dałam nabrać na początku seansu. Są bohaterowie, jak samozwańczy przyjaciel i rywal Reia, Harunobu Nikaidou, albo wychowawca Reia, pan Hayashida, którzy w pierwszej chwili sprawiają wrażenie oderwanych od ogólnego realizmu elementów komediowych. To tylko pozory (wzmacniane przez projekt postaci), ponieważ jeśli tylko damy im czas, ze zdumieniem przekonamy się, że to także złożone, wielowarstwowe osobowości.

Kiedy usłyszałam o tej ekranizacji, moje poważne wątpliwości wzbudził wybór studia animacyjnego. Nie jestem fanką SHAFT­‑u. Uważam, że niektóre z ich tytułów, na przykład Arakawa Under the Bridge czy Sasami­‑san@Ganbaranai, zostały kompletnie popsute z powodu drastycznego przerostu formy nad treścią, a innym, tak jak cyklowi Monogatari zdecydowanie dobrze by zrobiło ograniczenie chaosu wizualnego i ilości udziwnień. Na szczęście okazało się, że „styl SHAFT­‑u” jest tu trzymany pod ścisłą kontrolą. W Sangatsu no Lion znajdziemy sporo symboliki, ale nieprzypadkowej, starannie dobranej do momentu i sceny, w jakiej się pojawia. Może z mojego punktu widzenia mogłoby jej być troszeczkę mniej, jednak generalnie to rzadki przypadek serii, która sprawia wrażenie w pełni przemyślanej pod względem wizualnym. Nie mówię tu tylko o metaforycznych ujęciach, takich jak powracający motyw wody, ale także, na przykład, o temperaturze oświetlenia danej sceny. To sprawia, że chociaż animacja jest oszczędna, seria pozostaje bardzo piękna i stąd wysoka wystawiona przeze mnie ocena. Skoro o symbolice mowa, obawiałam się meczów shougi, a dokładnie – zamienienia ich w pokaz efektów specjalnych rodem z science­‑fiction. O dziwo, właśnie one są animowane wyjątkowo wręcz zwyczajnie, w taki sposób, by nie odwracać uwagi widza. Nie wiem, czy kogoś ta informacja nie zniechęci, ale z mojego punktu widzenia takie podejście sprawdzało się doskonale i pozwalało wczuć się w koncentrację graczy i napięcie towarzyszące pojedynkowi intelektualnemu.

Projekty postaci są charakterystyczne dla Chiki Umino – z szerokimi, niemal „żabimi” ustami. Bohaterowie są niezwykle zróżnicowani, nawet postaci epizodyczne dają się bez trudu rozpoznawać. Trzeba jednak zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze, pewne rozdwojenie. Niektórzy, w szczególności dorośli mężczyźni, są rysowani niemalże naturalistycznie, na ile to możliwe w przypadku mangowej kreski. Inni, tak jak wspomniany wyżej Harunobu, są pokazani w sposób umowny i na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie wyjętych z innej historii. To detal, do którego się trzeba przyzwyczaić, ale warto wiedzieć, że – tak jak pisałam – to nie przekłada się na podział postaci na „poważne” i „komediowe”. Drugą rzeczą, będącą konsekwencją wiernego zachowania mangowych projektów, jest nieco zubożona mimika. Powiedziałabym, że zostaje to zrównoważone rozbudowaną mową ciała oraz grą seiyuu, ale wspominam o tym dlatego, że jest to maniera, do której się trzeba przyzwyczaić, sprawiająca, że na oko Sangatsu no Lion może wydawać się mniej realistyczne niż debiutujące w tym samym sezonie Fune o Amu oraz Shouwa Genroku Rakugo Shinjuu.

Chociaż Sangatsu no Lion operuje zazwyczaj bardzo stłumionymi emocjami – a może właśnie dlatego – seiyuu mają tutaj ogromne pole do popisu i nawet nie wiem, która rola najbardziej zapada w pamięć. Na pewno udowodnił swoje umiejętności aktorskie Kengo Kawanishi (Mikazuki w Gundam: Tekketsu no Orphans), pięknie różnicujący subtelne zmiany nastroju Reia. Nie było to zadanie proste, ponieważ Rei to dobrze wychowany i zamknięty w sobie chłopak, ale Kawanishiemu udało się oddać różnice w sposobie, w jaki rozmawia z poszczególnymi osobami ze swojego otoczenia, a także skontrastować to z prowadzonym zupełnie inaczej, rzeczowo i spokojnie, monologiem wewnętrznym. Warto wyróżnić pełną ciepła, ale jednocześnie dojrzałej kobiecości Ai Kayano w roli Akari Kawamoto, a z drugiej strony – Marine Inoue jako niestabilną emocjonalnie, toksyczną Kyouko Koudę, przybraną siostrę Reia. Shin’ichirou Miki wciela się w doświadczonego gracza, Kaia Shimadę, a przecież można by jeszcze zauważyć Nobuhiko Okamoto (Harunobu Nikaidou), Tomokazu Sugitę (Tatsuyuki Misumi), Takahiro Sakuraia (pan Hayashida), Kanę Hanazawę (Hinata Kawamoto)… Zgromadzono tu prawdziwą śmietankę i niewątpliwie to doskonale słychać.

Może dziwić wysoka ocena muzyki, tym bardziej że nie sądzę, by ścieżka dźwiękowa nadawała się oddzielnie do słuchania. W tym przypadku jednak przyznaję łączną ocenę za całe udźwiękowienie. Podobnie jak w przypadku obrazu, naprawdę przyłożono się do sprawy i przemyślano dokładnie ilość i wykorzystanie muzyki. Nie ma tu przypadkowego plumkania w tle, muzyka bardzo często cichnie zupełnie, żeby nie przeszkadzać i nie zagłuszać innych dźwięków, a w większości scen jest bardzo prosta i nastrojowa. Czołówce i napisom końcowym towarzyszą udane piosenki, chociaż trudno byłoby mi wskazać wśród nich tę, która najbardziej zwróciła moją uwagę.

Spotkałam się z opiniami, że Sangatsu no Lion to seria depresyjna, zajmująca się głównie pokazywaniem przygnębionego i niepotrafiącego podjąć żadnej inicjatywy bohatera. Powiedziałabym, paradoksalnie, że to seria trzymająca melodramat na krótkiej smyczy i unikająca typowych chwytów mających szybko i łatwo wycisnąć z widza wzruszenie – a jednocześnie, że to seria w gruncie rzeczy optymistyczna. Rei z całą pewnością nie jest tak samotny, jak sam uważa, ale wspierający go przyjaciele nie narzucają się z pomocą i nie próbują go zagłaskać na śmierć w imię dobrych intencji. Na wiele rzeczy nie ma też prostej i łatwej recepty, więc Sangatsu no Lion nie sili się na fałszywy optymizm. Powiedziałabym, że to oczywiście propozycja dla widzów dojrzałych, ale też niekoniecznie dla wszystkich. Tempo wydarzeń, ich przyziemność i zwyczajność, a także przytłumione emocje, bez klarownego konfliktu i dramatu, nie muszą każdemu odpowiadać. Na pewno jest to seria, której należy się poddać, dać się jej poprowadzić tak, jak zamierzyła to autorka (ponieważ ekranizacja jest niezwykle wierna mandze). Moim zdaniem warto – obniżona ocena wynika tylko z braku konkluzji i oczekiwania na ciąg dalszy – ale to nie jest „pozycja obowiązkowa”, którą „wypada znać”, tylko lektura dodatkowa dla zainteresowanych.

Avellana, 30 marca 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: SHAFT
Autor: Chika Umino
Projekt: Nobuhiro Sugiyama
Reżyser: Akiyuki Shinbou, Kenjirou Okada
Scenariusz: Yukito Kizawa
Muzyka: Yukari Hashimoto

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Sangatsu no Lion - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl