Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 7/10 grafika: 9/10
fabuła: 9/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,67

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 20
Średnia: 8,2
σ=1,08

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kono Sekai no Katasumi ni

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 130 min
Tytuły alternatywne:
  • In This Corner of the World
  • この世界の片隅に
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Przeszłość; Inne: Realizm
zrzutka

Historia konfliktu artystycznej wrażliwości i wojennej rzeczywistości… chyba.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: ukloim

Recenzja / Opis

Siadając do pisania pierwszej wersji niniejszego tekstu, podjąłem ambitne postanowienie: nie wspominać o Grobowcu świetlików. Porównanie z tym tytułem wydało mi się bowiem nie tylko zbyt oczywiste, ale i krzywdzące dla filmu studia Mappa, który bez żadnych kontekstów doskonale broni się sam. Przedsięwzięcie okazało się arcytrudne – Grobowiec świetlików to utwór tak doniosły w historii anime, że nie sposób mimowolnie nie kojarzyć go z każdą inną produkcją o tematyce wojennej. Nie pomagał też fakt, że oba filmy łączy więcej, niż tylko motyw przewodni. Każdy z nich jest mocno osadzony w japońskiej obyczajowości; każdy opowiada o ludziach niezaangażowanych w działania zbrojne; oba są ambitne i kunsztowne; pierwszy zyskał status niekwestionowanego klasyka, drugi ma po temu wszelkie predyspozycje – a wszystko to jedynie podobieństwa, bowiem naprawdę ciekawie robi się, gdy zaczniemy zestawiać różnice. Po paru godzinach takiej mentalnej bitwy z samym sobą zdecydowałem się porzucić ambicję i obrać przeciwny, prostszy kierunek: o dziele Isao Takahaty nie tyle wspomnieć, co uczynić z niego obszerny punkt wyjścia do rozważań na temat filmowej adaptacji mangi autorstwa Fumiyo Kouno. Mam więc nadzieję, że czytelnik wybaczy mi formę szkolnej analizy porównawczej i zapewniam, że dołożyłem wszelkich starań, aby tekst pełnił również właściwą recenzji funkcję informacyjną i krytyczną.

Przyjrzyjmy się zatem narracji w Grobowcu świetlików. Dla mnie najbardziej przejmującym momentem filmu jest finał sekwencji bombardowania, kiedy nad okopem pełnym przerażonych cywilów stoi żołnierz krzyczący „Niech żyje Cesarz!”. Sens tego krótkiego ujęcia wielokrotnie powraca z rosnącym natężeniem, najpierw za sprawą retrospekcji z ojcem bohaterów pozującym do zdjęcia w mundurze marynarki, później poprzez wypowiedzi ciotki mówiącej o potrzebie pracy dla dobra narodu. W końcu osiąga kulminację podczas sceny w schronie pełnym świetlików, w blasku których zachwycony Seita dostrzega zarys wojennego okrętu, i które następnego dnia Setsuko składa w zbiorowej mogile. Ten ciąg obrazów o wspólnym znaczeniu, w połączeniu z nieodpowiedzialnym postępowaniem głównego bohatera, którego skutki widz dzięki retrospekcyjnej strukturze filmu zna od początku, daje jasny przekaz działający na dwóch poziomach: narodowo­‑historycznym – jako oskarżycielska krytyka japońskiej nieustępliwości oraz uniwersalnym – jako przestroga przed nadmierną dumą.

Oczywiście Grobowiec świetlików nie byłby filmem kultowym, gdyby nie dawał się interpretować inaczej, ale jego najczęściej analizowane wątki, dotyczące bezinteresownej miłości czy bezsilności jednostki w obliczu wojny, zawsze wydawały mi się nie dość rozbudowane i zwykłem uważać je za konwencjonalny kamuflaż dla faktycznej treści – coś jak elementy shounena w Neon Genesis Evangelion. Niemniej, jeśli dla kogoś to warstwa psychologiczna jest najbardziej interesująca, i tak odczytuje ją tak samo, jak ja ideologiczną. Na początku widz poznaje zakończenie historii, co odciąża go z potrzeby przejmowania się rozwojem fabuły i pozwala w pełni skupić się na emocjach bohaterów. Następnie otrzymuje ciąg scen o podobnym znaczeniu, które stopniowo budują tragizm osiągający apogeum w intensywnym finale. Grobowiec świetlików to przede wszystkim majstersztyk kompozycyjny, w całości podporządkowany poruszaniu konkretnych zagadnień i wywoływaniu konkretnych emocji; gruntownie przemyślane i niezwykle zwarte dzieło zamknięte, w którym żadne ujęcie nie marnuje czasu ani uwagi odbiorcy.

Kono Sekai no Katasumi ni w wyżej zaprezentowany sposób interpretować się nie da. Jest to bowiem film o znacznie swobodniejszej strukturze, pozbawiony narracyjnych ram i wątków, które można by uznać za dominujące. Istotny wydaje się np. motyw artysty tłamszonego wojenną rzeczywistością. Poznajemy tu historię Suzu Urano – dziewczyny niebędącej profesjonalną artystką, ale obdarzonej ponadprzeciętną wrażliwością i talentem do rysunku. Antyteza jej twórczości i wojny zostaje na początku subtelnie zarysowana, później regularnie powraca w scenach bardziej intensywnych, aby w pewnym momencie otrzymać mocną, czytelną puentę. Nie jest to jednak wątek determinujący charakter całego filmu, gdyż ten równie sprawnie opowiada o roli kobiet w czasach konfliktu zbrojnego, dorastaniu, akceptowaniu tragedii lub, zgodnie z tytułem, o szukaniu swojego zakątka świata. Poruszana jest też kwestia japońskiej dumy, ale na tyle subtelnie, że równie wiarygodnie można to odczytywać jako pochwałę patriotyzmu. Każde z tych zagadnień pojawia się okazjonalnie; wszystkie funkcjonują równorzędnie i niejako na drugim planie, co uniemożliwia jednoznaczne stwierdzenie, o czym właściwie jest to opowieść. Mam świadomość, że z powyższego wywodu nie wynika nic konkretnego, ale ta produkcja tak właśnie na mnie działa. Może mój interpretacyjny warsztat jest niewystarczający, może potrzebny byłby jeszcze kilkukrotny seans w dłuższych odstępach czasu, a może taki właśnie był kompozycyjny zamysł: upodobnić narrację do percepcji rozmarzonej, lekko oderwanej od rzeczywistości bohaterki. Ta mnogość poruszanych tematów sprawia, że Kono Sekai no Katasumi ni w porównaniu z Grobowcem świetlików wydaje się dziełem, którego świadomy odbiór jest bardziej wyczerpujący, ale i bardziej satysfakcjonujący.

W filmie tym nie tylko narracja, ale i akcja jest mniej skondensowana. Poza okresem II wojny światowej obejmuje też kilka wcześniejszych lat, przedstawiając bohaterkę na różnych etapach życia. Ponadto wydarzenia rozgrywające się w latach 1944­‑1945 rzadko są efektowne i ukazują przede wszystkim japońską codzienność tamtych czasów, niebędącą tłem fabuły, ale treścią samą w sobie. Kono Sekai no Katasumi ni to film antywojenny niejako przy okazji; przede wszystkim jest to produkcja obyczajowa, tak bogata i wiarygodna, że w wersji aktorskiej przypominałaby fabularyzowany dokument. Pomimo tego skupienia na warstwie obyczajowej, pozostaje to jednak dzieło bardzo przystępne, czego mój odbiór najlepszym dowodem. Muszę bowiem zaznaczyć, że miłośnik anime ze mnie dość nietypowy. Z grubsza orientuję się w japońskich kreskówkach i komiksach, ale wschodnie zwyczaje i folklor, choć niewątpliwie wartościowe, są mi raczej obojętne. Sięganie po tytuły mocno osadzone w tamtejszej kulturze, takie jak Mushishi czy Mouryou no Hako, nie jest dla mnie zbyt komfortowe, ponieważ zawsze mam wrażenie, że brak mi znajomości istotnych kontekstów. W Kono Sekai no Katasumi ni nie czuję takiego dystansu, w pewnym stopniu dlatego, że obserwujemy tu bohaterkę wchodzącą w dorosłość, zatem część ówczesnej codzienności mamy okazję poznawać razem z nią. Ważniejsze jest jednak to, że wszystkie te obyczaje są fundamentem fabuły, a ukazane zostały z niezwykłą naturalnością i brakiem jakiejkolwiek celebracji. Nawet taki europocentryk jak ja nie miał poczucia wyobcowania, choć jestem pewien, że kulturoznawca lub japonista wyniesie z seansu znacznie więcej.

Nie znaczy to oczywiście, że wojny w ogólne tutaj nie ma. Przez większość filmu czai się gdzieś na trzecim planie, widnieje na odległych panoramach lub jest wspominana w mniej istotnych dialogach, a gdy już widz nabiera przekonania, że będzie ona jedynie tłem dla tematyki obyczajowej, wówczas uderza nagle i brutalnie, przez co boli bardziej, niż w którejkolwiek skrupulatnie zaplanowanej scenie Grobowca świetlików. Jednocześnie opowieść ani na chwilę nie staje się przesadnie tragiczna. To zdecydowanie najwyraźniejsza różnica między porównywanymi filmami – Kono Sekai no Katasumi ni, mimo poruszanej tematyki, jest niebywale optymistyczne, nie tyle na moralnym, co wręcz na biologicznym poziomie. Swoją treścią zdaje się polemizować z katastroficznymi teoriami okresu wojennego, mówiąc, że zagłada cywilizacji i kultury nie jest możliwa, ponieważ jest sprzeczna z ludzką naturą. Ten wszechobecny optymizm – znak rozpoznawczy twórczości Fumiyo Kouno – jest dodatkowo podkreślany filmowym rozłożeniem akcentów. Tragiczne wydarzenia nigdy nie mają tu szansy w pełni wybrzmieć. Gdy tylko następują, niemal natychmiast są tłumione nagłym cięciem i przejściem do scen bardziej pogodnych, zupełnie jakby obraz chciał wyprzeć troski, tak jak bohaterowie. Zakończenie filmu to natomiast oczywista polemika z depresyjnym finałem dzieła studia Ghibli.

Oba filmy różnią się też techniką przekazu, co wynika zarówno z reżyserskich zamysłów, jak i odmienności języków pierwowzorów. Grobowiec świetlików, jako adaptacja noweli Akiyukiego Nosaki, jest dziełem czysto fabularnym, działającym przede wszystkim na poziomie wydarzeń. Nie ma w nim wizualnych zabiegów wymagających dogłębnej interpretacji, a okazjonalna gra montażem czy kompozycją kadru wynika z natury medium i sama w sobie pozbawiona jest ukrytych znaczeń. Gdyby nie retrospekcyjna struktura i fakt, że jest to film animowany, można by go zaliczyć do kina stylu zerowego. Wyczerpującą analizę dałoby się przeprowadzić na podstawie samego scenariusza, natomiast dopracowana, ale mało efektowna grafika robi to, co w takiej produkcji robić powinna: nie przeszkadza.

Kono Sekai no Katasumi ni, będące adaptacją mangi, to natomiast dzieło głównie wizualne. Od pierwszych scen uwagę zwraca nietypowa stylistyka charakteryzująca się grubymi konturami, bladymi kolorami i uproszczonymi projektami postaci, przywodząca na myśl produkcje dla młodszych widzów. Wyrobiony odbiorca, widząc coś takiego, ma jednoznaczne podejrzenie: „ta ugrzeczniona grafika będzie zapewne służyć jako kontrast dla mocniejszego ukazania potworności wojny”. Tymczasem rzecz okazuje się bardziej wyrafinowana. Film ma poniekąd trzy stylistyki – ta wyżej opisana, która dominuje i szybko powszednieje, urozmaicana jest scenami oddającymi wyobraźnię bohaterki. Wyglądają one jak utwory plastyczne wykonywane różnymi technikami, od wielobarwnych akwareli po ołówkowe szkice. Ukazują rzeczywistość w sposób umowny i swoją formą budzą zwykle pozytywne skojarzenia. Stylistyka trzecia odpowiada natomiast wojnie – ta jest realistyczna i pełna detali. Wnętrza schronów, wybuchy i zgliszcza budynków odcinają się od reszty oprawy wizualną dosłownością oraz zmianą palety barw, z błękitno­‑zielonej na granatowo­‑szarą. Opisywane różnice są na tyle subtelne, że przez większość czasu pozostają niewidoczne, jednak nieliczne sceny, w których wszystkie trzy stylistyki przeplatają się, tworząc narracyjny kontrast między codziennością, wyobraźnią i wojną, robią oszałamiające wrażenie już przy pierwszym seansie. Sekwencja nalotu bombowego, łącząca eksplozje z pociągnięciami pędzla, działa na tak wielu poziomach, że sama w sobie wymagałaby znacznie obszerniejszej analizy. A ten stylistyczny trójpodział to tylko jeden z wizualnych zabiegów zastosowanych w tym filmie.

Który z porównywanych filmów uważam za lepszy? Odpowiem wymijająco: Kono Sekai no Katasumi ni jest dla mnie produkcją mniej udaną, ale bardziej ambitną i ciekawszą. Grobowiec świetlików w swojej kompozycyjnej pedanterii przypomina klasyczny sonet – z pełnymi rymami i tą samą liczbą zgłosek w każdym z czternastu wersów; ściśle podporządkowany konkretnej treści i zwieńczony wyraźną puentą, której wydźwięk mógłby zmienić jeden inaczej umiejscowiony przecinek. Trzymając się takich pompatycznych porównań, dzieło studia Mappa należałoby odnieść do wiersza awangardowego – nieskładnego, wolnego od konwencjonalnych rygorów czy interpretacyjnych punktów zaczepienia, którego sens trudno uchwycić w pełni i trzeba go mozolnie wydobywać z pojedynczych połączeń wyrazowych. Oglądanie takich filmów zawsze jest dla mnie bardzo frustrujące, ponieważ gdy coś mi się podoba, lubię wiedzieć, dlaczego. Reżyser uwiódł mnie nietypowym montażem i kadrowaniem? Graficy trafili w moje estetyczne upodobania? Scenarzysta zostawił mi materiał do przemyśleń? W przypadku Kono Sekai no Katasumi ni na każde z powyższych pytań odpowiedziałbym twierdząco, jednak bez zbytniego entuzjazmu, a żadnej z tych cech nie wskazałbym jako decydującej o ogólnej jakości. Nie wiem, które treści są tu faktycznie istotne, a które dopowiadam sobie sam. Nie wiem też, jaki jest finalny przekaz tej produkcji, ani co dokładnie sprawia, że ogląda się ją z taką przyjemnością. W ramach konkluzji pozwolę sobie zatem na jeszcze jedno, tym razem pozbawione poetyckich udziwnień porównanie. Otóż film działa na mnie jak niebywale elokwentny, ale zgryźliwy belfer, który sadza ucznia w pierwszej ławce i oczarowuje go fascynującym wykładem, jednak w odpowiedzi na każde zbyt dociekliwe pytanie – każe się zamknąć. Serdecznie wszystkim polecam to niekomfortowe doświadczenie.

Karo, 19 lipca 2018

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Mappa
Autor: Fumiyo Kouno
Projekt: Hidenori Matsubara
Reżyser: Chie Uratani, Sunao Katabuchi
Scenariusz: Sunao Katabuchi
Muzyka: Kotringo