Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 9/10 grafika: 8/10
fabuła: 7/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,75

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 36
Średnia: 7,78
σ=1,2

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Włane (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kaze ga Tsuyoku Fuite Iru

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2018
Czas trwania: 23×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Run with the Wind
  • 風が強く吹いている
Gatunki: Sportowe
Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

„Góry Hakone są… najwyższe do zdobycia!” A Kaze ga Tsuyoku Fuite Iru to anime, któremu warto dać szansę.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Późny wieczór, spokojna okolica – Kakeru Kurahara biegnie. Powód przyspieszonego przebierania przez niego nogami nie jest zbyt chwalebny, właśnie bowiem ukradł bułkę, przy okazji zwracając na siebie uwagę dwóch osób. Że pracownik sklepu będzie próbował go dogonić i odebrać skradziony towar, nie powinno dziwić; ciekawiej, że do pościgu włącza się również student Haiji Kiyose. Szybko dogania uciekiniera (ma rower, więc mu łatwiej niż biednemu sprzedawcy) i, nadal w ruchu, zadaje jedno pytanie: czy lubi biegać. Największe zaskoczenie czeka jednak Kakeru dopiero później; zamieszkawszy w starym akademiku Chikuseisou, dowiaduje się od Haijiego, że wszyscy lokatorzy (oprócz ich dwóch również ośmiu innych studentów) tworzą klub lekkoatletyczny uniwersytetu Kansei, którego głównym celem jest wystartowanie w uczelnianym długodystansowym biegu sztafetowym zwanym Hakone Ekiden. Chociaż „cel” to złe słowo – bardziej by pasowało „pragnienie”, i to pragnienie wyłącznie Haijiego, pozostali chłopcy bowiem odpowiadają na jego ambicje, mówiąc delikatnie, z niemałym zdziwieniem.

Haiji wraz z ekipą po raz pierwszy pobiegł w powieści Shion Miury w 2006 roku; później pojawiła się wersja mangowa i film aktorski. Za anime zabrało się studio Production I.G., na przełomie 2018 i 2019 roku prezentując fanom sportowych opowieści dwadzieścia trzy odcinki swojego dzieła. Sama zdążyłam je obejrzeć już dwa razy; opisywane tutaj wrażenia dotyczą oczywiście drugiego podejścia, choć to pierwsze nie różniło się od niego znacząco. Po prostu dopiero przy ponownym seansie odkryłam, jak świetną serią zostaliśmy obdarowani.

Fabułę można podzielić na kilka części. Po oświadczeniu Haijiego o zamiarze zdobycia szczytu Hakone przychodzi pora na przekonanie kolegów do… samego biegania. Zgadza się, reakcja na jego słowa nie kończy się na osłupieniu, tylko szybko przemienia się w zbiorowy sprzeciw wobec inicjatywy kolegi, tym bardziej zrozumiały, że poza nim i Kakeru żaden z chłopaków do tej pory nie zajmował się na serio sportem (z niewielkimi wyjątkami). Jak więc wierzyć, że ośmiu nowicjuszy zamieni się z dnia na dzień w zawodników zdolnych do stanięcia na starcie jednych z najważniejszych i najtrudniejszych uczelnianych biegów? No, trudno. Ale Haiji się nie poddaje – stopniowo zdobywa akceptację kolegów i zaczyna z nimi regularne treningi, by każdy z nich uzyskał odpowiedni czas pozwalający całej grupie wziąć udział w kwalifikacjach do najważniejszego biegu. Nie będzie wielkim spoilerem (zwłaszcza że już pierwszy opening to zdradza), że po wielu miesiącach przygotowań udaje im się osiągnąć cel, ostatnie odcinki zaś poświęcone są Hakone Ekiden. Pod względem fabularnym seria przedstawia się więc bardzo prosto i raczej przewidywalnie, nie można jej jednak odmówić sensowności i sprawności w przechodzeniu od jednego etapu historii do drugiego. Każda z faz opowieści trwa odpowiednio długo, przy czym nie ma tu dłużyzn czy niewytłumaczalnych przyspieszeń akcji – liczba dwudziestu trzech odcinków okazała się idealna dla tego tytułu. Schematyczne zagrania fabularne, typowe dla gatunku, jak np. obóz treningowy czy zmaganie się z kontuzją, również nie wydają się znaczącą wadą produkcji, chyba że ktoś naprawdę jest na takie rzeczy wyczulony.

Głównymi bohaterami anime są wspomniani już Kakeru i Haiji. Pierwszy właśnie rozpoczyna naukę na uniwersytecie Kansei. W szkole średniej miał znaczące osiągnięcia sportowe do czasu pewnego wydarzenia, po którym jego przygoda z poważnym bieganiem stała się przeszłością. Kakeru trudno z początku nazwać sympatyczną postacią, którą da się bez zastrzeżeń lubić. Poznajemy go jako zbyt poważnie nastawionego do wielu spraw chłopaka, na ogół oschle odnoszącego się do innych. Jego problemem jest zwłaszcza nieumiejętność radzenia sobie z agresją, łatwo bowiem wpada w złość, co prowadzi do nieprzyjemnych sytuacji. Trudno jednak nazwać go złym człowiekiem, jest raczej zagubiony.

Haiji natomiast jest studentem ostatniego roku Kansei, również nieprzeciętnym biegaczem, marzącym o rywalizacji w Hakone Ekiden. Po poznaniu Kakeru może w końcu zabrać się do realizacji swojego celu. Jak najprościej go opisać? Serdeczny, pewny siebie i… uroczo przebiegły. Doprawdy, patrzenie, jak zwabia w swoje sidła kolegów, stanowi czystą przyjemność, podobnie zresztą jak oglądanie go później w roli ich trenera. Z Kakeru łączy go poważne podchodzenie do sportu, w przeciwieństwie jednak do Kurahary Haiji dostrzega we współzawodnictwie coś więcej niż szybkość i wyniki, co pozwala mu wierzyć w odniesienie sukcesu.

Pozostałe pokoje Chikuseisou zajmują bardzo różnorodni bohaterowie, przy czym w żadnym wypadku nie otrzymujemy przerysowanych charakterów. Dobrze widać, że autorka nie bawiła się w grę „komu­‑dać­‑jak­‑najwięcej­‑dziwnych­‑cech”, nierzadko, niestety, spotykaną w anime opowiadających o grupce znajomych. Poznajemy beztroskich bliźniaków, Jirou i Tarou, roztropnego Yukihiko, trochę zgryźliwego, ale poważnie podchodzącego do życia Youheia (zwanego Królem), pogodnego Takashiego, dobrodusznego Musę, flegmatycznego Akane, miłośnika mang (zwanego Księciem) oraz dojrzałego Akihiro (zwanego Nico­‑chan). Oczywiście o wszystkich można powiedzieć dużo więcej, ale nie miejsce tu na rozpisywanie się o nich. Dodam jedynie, że każdy z chłopaków ma swoją historię i otrzymuje odpowiednio dużo czasu antenowego, nie są więc dodatkami do duetu Haiji­‑Kakeru.

Na nic zdadzą się jednak najlepiej wykreowani bohaterowie, gdy między postaciami zabraknie tak zwanej chemii. Na szczęście pod tym względem anime również radzi sobie bez zarzutu. Ekipa Haijiego od początku tworzy zgraną paczkę przyjaciół, na której wspólne sceny (podczas posiłków, treningu itp.) patrzy się z niesłabnącym uśmiechem na ustach. Serię ogląda się przede wszystkim dla nich – nawet gdyby chodziło o trenowanie ślimaków do wyścigu o liść kapusty, przyjemność z seansu byłaby, nie wątpię, równie duża. Warto zaznaczyć, że wszelkie spory i ostrzejsze wymiany zdań dotyczą wyłącznie aspektu sportowego; nie odnajdziemy w anime nieporozumień na innych płaszczyznach. Zresztą, nawet w przypadku rywalizacji sportowej konflikty rozwiązywane są w sposób łagodny, bez wielkich dram rozciągniętych na kilka odcinków.

Osobny przypadek stanowi Kakeru. Ma za sobą trudny okres w szkole średniej, początkowo odstaje więc mniej lub bardziej od nowych znajomych, głównie ze względu na swoje nastawienie do biegania, niepozwalające mu w pełni zaakceptować niewykonalnego – jego zdaniem – pomysłu Haijiego. Musi minąć sporo czasu, zanim bohater zrozumie, że tym razem trafił na wspaniałą grupę, z którą chce biegać i nie tylko – chce też po prostu spędzać z nimi czas. Właśnie dzięki nowemu otoczeniu Kakeru zmienia się z opisanego kilka akapitów wcześniej sztywniaka w miłego, częściej uśmiechającego się chłopca, starającego się ze wszelkich sił wspierać towarzyszy. Kapitalnie to widać zwłaszcza w jego relacji z Księciem. Odcinek, w którym bierze go pod swoje skrzydła i uczy biegać, po tym, jak wcześniej traktował go w nieprzychylny sposób, ogląda się z autentycznym rozrzewnieniem. Możemy wtedy w pełni dostrzec, jak wspaniałą osobą jest Kakeru. Nic, tylko przytulić, poklepać po ramieniu i powiedzieć: „dobra robota, chłopcze”.

Wątek odnajdywania swojego miejsca w świecie i poznawania osób odpowiednich do realizacji marzeń wybrzmiewa w serii bardzo mocno, ba, w moim przekonaniu właśnie on jest najważniejszy. Nie chcę nazywać rywalizacji sportowej zaledwie pretekstem do przedstawienia poważniejszych tematów, ale z drugiej strony patrzenie na serię wyłącznie jak na produkcję o dziesięciu studentach postanawiających wystartować w uczelnianym biegu wydaje się mocno krzywdzące. Rzecz jasna Kaze ga Tsuyoku Fuite Iru nie otwiera nowego rozdziału w anime sportowych, bo już wcześniejsze tytuły interesowały się, poza współzawodnictwem bohaterów, głębszymi problemami, które mogły zostać zobrazowane dzięki ukazaniu sportowych zmagań, w przypadku omawianej historii działa to jednak wyjątkowo skutecznie i to nie na zasadzie łopatologicznego wyjaśniania.

Wróćmy jednak do bohaterów, parę słów bowiem należy się także tym pobocznym, a konkretnie trojgu z nich, którzy regularnie przewijają się przez kolejne odcinki. O Hanako Katsucie, młodszej przyjaciółce Haijiego, pomagającej mu w treningu chłopaków, niewiele da się powiedzieć poza faktem, że jest sympatyczną dziewczyną, z całych sił dopingującą studentów z Kansei. Inaczej sprawa przedstawia się z Kazumą Fujioką i Kousuke Sakakim. Obydwaj są kolegami z dawnych klubów sportowych głównego duetu – pierwszy biegał z Haijim, drugi z Kakeru – i reprezentują dwa odmienne typy osobowości. Najprościej mówiąc – Fujioka to życzliwy, szanujący przeciwników facet, a Sakaki prawdziwy dupek. Fujiokę widz lubi od pierwszej sceny – mimo że ukazany został jako doskonały biegacz, wprawiający w zachwyt chyba wszystkich wielbicieli lekkiej atletyki, nie ma w nim ani odrobiny zarozumiałości, której nie brakuje Sakakiemu. Ten wiecznie odnoszący się do innych z pogardą chłopak stanowi jedyny niemiły akcent w anime, jeśli chodzi o bohaterów, i chociaż retrospekcje z życia licealnego pozwalają trochę zrozumieć jego zachowanie wobec Kakeru, spojrzenie na tę postać w żadnym momencie nie zamienia się w sympatię czy chociaż współczucie.

Jeśli ktoś dopiero planuje obejrzeć omawiane anime i nastawia się na zaciętą rywalizację, pełne szybkości pojedynki do ostatniej kropli potu i bohaterów w krótkim czasie zmieniających się z całkowitych nowicjuszy we władców bieżni, poważnie się zawiedzie. W anime ani przez moment nie chodzi o to, by zrobić z chłopaków z Chikuseisou cudownych biegaczy, mogących mierzyć się z najlepszymi zawodnikami (poza Kakeru, ale nawet on nie jest przedstawiany w jakiś fantastyczny sposób). Nie, autorka na szczęście nie poszła w tę stronę, pokazując raczej powolny rozwój ich umiejętności. Niektórzy odkrywają w sobie jakieś predyspozycje, inni pracują nad swoją sylwetką czy systematycznie poprawiają swój czas, wciąż jednak prezentują się przeciętnie. Wiadomo od początku – i przez ani jeden odcinek nie pojawia się sugestia, że może się to zmienić – że na metę Hakone Ekiden nie przybiegną pierwsi, ba, i nie drudzy, nie trzeci, nie czwarci… Realizm w ukazaniu rywalizacji sportowej dotyczy również ich przeciwników. Nieważne, czy chodzi o Kazumę Fujiokę, czy jakiegoś przypadkowego zawodnika – wszyscy potrafią biegać bez uciekania się do supermocy w postaci np. niesamowitych przyspieszeń.

Także pod względem graficznym anime należy ocenić na plus. Kreska jest ładna, z jednej strony prosta, z drugiej na tyle charakterystyczna, że trudno ją pomylić z inną produkcją lub porównać do jakiejś. Projekty postaci są różnorodne, ale bez udziwnień, co mnie cieszy – bohaterowie wyglądają jak normalni ludzie, a nie jak dziwacy noszący wymyślne fryzury (koniecznie w różnych kolorach) i obdarzeni oryginalnymi cechami wyglądu. Zwracam na ten fakt uwagę, bo sportówki często cierpią na wysyp cudaków. Animacja także nie razi w oczy. Przyczepiłabym się jedynie do występującego wśród biegaczy… ataku klonów. Podczas pierwszego seansu zdecydowanie mnie raziły takie same twarze zawodników, podczas drugiego mniej, bo już byłam przygotowana, ale zgrzyt i tak pozostał.

Muzyka to dla mnie kolejny aspekt, za który mogłabym wychwalać anime pod niebiosa, aczkolwiek dopiero za drugim podejściem odkryłam jej urok. Znaczy, jeśli chodzi o piosenki przewodnie, spodobały mi się od początku – wszystkie cztery są dobrze zaśpiewanymi, bardzo łatwo wpadającymi w ucho utworami. Szczególnie zachwycił mnie pierwszy ending, Reset, wykonywany przez Taichiego Mukaiego, który śpiewa zresztą także drugą piosenkę końcową, Michi. Openingi z kolei zawdzięczamy dwóm zespołom. Pierwszy, Catch up, latency, wykonuje UNISON SQUARE GARDEN, które wielbiciele serii sportowych mogą kojarzyć z obydwu czołówek do Ballroom e Youkoso. Od dwunastego odcinka anime towarzyszy utwór Kaze Tsuyoku, Kimi Atsuku śpiewany przez Q­‑MHz razem z Mitsuhiro Hidaką, znanym też pod pseudonimem SKY­‑HI. Jednak to nie za piosenki przewodnie pragnę najmocniej komplementować produkcję, a za melodie w tle, zawsze perfekcyjnie dobrane do scen pojawiających się na ekranie i podkreślające a to dramatyzm jakiejś sytuacji, a to komizm innej. Co więcej, muzyki skomponowanej przez Yuukiego Hayashiego da się z przyjemnością słuchać również samodzielnie, nie tworzy jej bowiem zbiór przeciętnych brzmień, które w oderwaniu od anime tracą klimat. Mnie osobiście urzekły głównie motywy muzyczne zatytułowane We must go i Mutual, choć im więcej razy przesłuchuję ścieżkę dźwiękową, tym bardziej doceniam pozostałe melodie.

Piosenki przewodnie na plus, muzyka w tle na plus, a jak poradzili sobie seiyuu? Fantastycznie. Do podkładania głosów bohaterom zatrudniono zarówno aktorów z dużym doświadczeniem, od lat prezentujących swoje talenty w wielu znanych i cenionych anime, jak i tych, którzy mają na koncie niewiele ról lub role przeważnie epizodyczne. Bez względu na dorobek, wszyscy wykreowali ciekawe indywidualności, tak że trudno wyobrażać sobie innych seiyuu na ich miejscu. Warto zwrócić szczególną uwagę na Kakeru, którego odgrywa całkowity debiutant w branży, Takeo Ootsuka. Moim zdaniem poradził sobie całkiem przekonująco ze swoją, bądź co bądź, trudną i przechodzącą przemianę postacią. Mnie jednak zaskoczył Kouki Uchiyama jako Takashi. Kojarzy mi się on głównie z rolami ponurych, zamkniętych w sobie, obojętnych lub skrywających jakąś tajemnicę chłopaków, tutaj zaś stworzył najbardziej pogodnego bohatera w serii. Mała zmiana w głosie, a jaka różnica, choć wciąż oczywiście jego głos jest łatwo rozpoznawalny. Poza wymienionymi seiyuu usłyszymy też m.in. Toshiyukiego Toyonagę (Yuuri z Yuri!!! on Ice, Asahi z Free!: Dive to the Future), Miyu Irino (Sena z Eyeshield 21) czy Hino Satoshiego (Daichi z Haikyuu!!, Hayato z Yowamushi Pedal).

Jak wspomniałam wcześniej, anime obejrzałam dwa razy. Na początku podsumowałam seans oceną 7/10, wahając się nawet nad jej obniżeniem o jeden punkt. Powtórne spotkanie z chłopakami (i Haną) wywarło na mnie jednak jeszcze lepsze wrażenie, graniczące momentami z zachwytem, czemu starałam się dać wyraz w recenzji, pozostawienie więc takiej końcowej oceny uznałam za nieuzasadnione i ostatecznie – już z pełnym przekonaniem – wystawiłam 8/10. Ba, za niektóre odcinki czy sceny zasługuje ona w moim przekonaniu na najwyższą notę. Studio Production I.G. po raz kolejny, po m.in. Kuroko no Basket, Haikyuu!! czy Ballroom e Youkoso, udowodniło, że potrafi robić porządne serie sportowe. Kaze ga Tsuyoku Fuite Iru powinno przypaść do gustu przede wszystkim widzom lubiącym zgrabne połączenie sportówki (w realistycznym wydaniu) i okruchów życia, okraszone umiarkowanym dramatem i lekką komedią. To anime również dla osób ceniących sobie ciekawych i niestereotypowych bohaterów, tworzących sympatyczną grupę, za którą chce się trzymać kciuki. Ale czy pozostali będą źle się bawić, poznając historię chłopaków z Chikuseisou? Śmiem wątpić.

Ancietejka, 21 września 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Production I.G.
Autor: Shion Miura
Projekt: Takahiro Chiba
Reżyser: Kazuya Nomura
Scenariusz: Kouhei Kiyasu
Muzyka: Yuuki Hayashi