Anime
Oceny
Ocena recenzenta
4/10| postaci: 3/10 | grafika: 9/10 |
| fabuła: 2/10 | muzyka: 7/10 |
Ocena czytelników
Kadry
Top 10
Tongari Boushi no Atelier
- Witch Hat Atelier
- とんがり帽子のアトリエ
- Atelier spiczastych kapeluszy (Komiks)
Niewłaściwe użycie potężnego zaklęcia pretekstem do rozpoczęcia magicznej edukacji. Zapowiadał się wielki hit, nowa klasyka fantasy, a może nawet anime roku. No, faktycznie – „zapowiadał się”.
Recenzja / Opis
W pewnym magicznym świecie żyją tajemniczy magowie. Wzbudzają powszechny szacunek i lęk, gdyż pomagają uciśnionym, pilnują porządku w państwie i badają mistyczne rytuały. Do tej niesamowitej kasty pragnie dołączyć Koko, dziewczynka pracująca u swojej mamy w warsztacie tkackim na odludziu. Jednak jej kontakt z zaklęciami ogranicza się do studiowania magicznej księgi, którą przed laty dostała na festynie od tajemniczego osobnika. Sytuacja zmienia się, gdy pewnego dnia ich pracownię odwiedza czarodziej Qifrey. Przy tej okazji Koko przypadkiem dowiaduje się, że magia w dużej mierze opiera się na rysowaniu specjalnych kręgów. Zrozumiawszy podstawową filozofię zaklęć, próbuje stworzyć swój pierwszy czar, bazując na jedynym jej znanym grymuarze. Jednak coś ewidentnie nie działa, bo czar nieopacznie zamienia domostwo oraz matkę Koko w kamień – zaś samą protagonistkę cudem ratuje Qifrey. Po chwili objaśnia zrozpaczonej dziewczynie, że księga, którą wiele lat temu ktoś jej podarował, nie jest nieszkodliwą i nie w pełni legalną magiczną lekturą, a tomem pełnym straszliwych klątw. W obecnej sytuacji Koko grozi nie tylko sieroctwo i brak dachu nad głową, ale też konsekwencje ze strony organizacji ścigających niezarejestrowanych magów. Niestety, czarodziej nie ma pomysłu, jak przywrócić jej matce normalną postać. Na szczęście interesy Koko i Qifreya są zbieżne – uratowanie matki dziewczyny pozwoliłoby też na odzyskanie księgi (obecnie skamieniałej), zaś grymuar stanowi klucz do odnalezienia mrocznej magicznej organizacji. W związku z tym, czarodziej bierze dziewczynę na swoją uczennicę, jednocześnie ratując ją przed pościgiem odpowiednich służb. W ten oto sposób Koko dołącza do małej szkoły czarodziejów (czy raczej tytułowego atelier), gdzie będzie się uczyć jak tworzyć magiczne kręgi. Prócz nowego mentora pozna między innymi trzy pozostałe uczennice Qifreya – Agatę, Tetię i Riche.
O recenzentach różnie się mówi i rzadko dobrze. Podobno jak ktoś regularnie produkuje teksty ze swoimi opiniami, to z czasem staje się napuszonym snobem, który popłakuje jedynie nad losem udręczonych społeczności w filmach Beli Tarra, zachwyci się wyłącznie wycyzelowanymi portretami psychologicznymi wymyślonymi przez Ingmara Bergmana i przerazi się nie tyle współczesnym amerykańskim horrorem, a rozpadem więzi międzyludzkich we wczesnych dziełach Wermera Herzoga. Jeżeli ktoś wyznaje taki pogląd, to chciałbym zapewnić, że choć zrecenzowałem w tym portalu już ponad 100 pozycji, to nadal lubię dobre, przyjemne kino rozrywkowe i podejrzewam, że inni autorzy mają podobnie. Tak jak wielu czekam na kolejną epicką fantastykę w stylu Władcy Pierścieni, wciągający western w klimatach Dobrego, złego i brzydkiego lub błyskotliwą komedię na miarę Killera.
I podobnie jak niejeden miłośnik anime byłem oczarowany zwiastunem Akademii Szpiczastych Kapeluszy. Seria zapowiadała się na prześliczne fantasy przesycone kojącą atmosferą i osadzone w świecie, który aż chce się odkrywać. Kiedy pojawiły się pierwsze dwa odcinki, byłem zachwycony stroną techniczną, pomysłem na historię i oryginalnym konceptem na magię. Niestety, od trzeciego epizodu serial zaczyna się zwyczajnie sypać.
Zanim zrobi się nieprzyjemnie, wspomnę o największej zalecie tej produkcji, za którą dostaje ona jakiekolwiek punkty. Jest nią wyborna oprawa audiowizualna. Serial prezentuje się dokładnie tak pięknie jak zapowiadały materiały promocyjne. Dostaliśmy bajeczne kolory, cudowną głębię, przepiękne tła i bardzo charakterystyczne, ciekawe projekty postaci. Zaklęcia i byty nadnaturalne robią olbrzymie wrażenie, płynność animacji budzi mój zachwyt i w zasadzie do najwyższej oceny brakuje mi jedynie lepszych ujęć i nieco bardziej zapadających w pamięć kadrów. Do wspaniałej grafiki należy dorzucić może nie wybitną, ale całkiem dobrą muzykę, na czele z bardzo ładną piosenką na otwarcie. Atelier Szpiczastych Kapeluszy prezentuje się przepięknie i… tym bardziej boli jak zaprzepaszczono wysiłek studia Bug Films.
Tyle zalet, czas omówić te wszystkie elementy, które zwykle pojawiają się po słowie „ale”. Nie bawiąc się w górnolotne określenia – to anime cechuje niewiarygodnie głupia fabuła. Seria nie działa na tak wielu płaszczyznach, że w zasadzie mógłbym uwierzyć, że ktoś przez przypadek dostarczył do Bug Films wstępny szkic scenariusza i nikt nie miał odwagi, by zakwestionować przyniesiony tekst. Uprzedzam, że od tego momentu będą spojlery, choć będę unikać kluczowych wątków.
Po pierwsze, Atelier Szpiczastych Kapeluszy jest absurdalnie niekonsekwentne w kwestii budowania świata przedstawionego. Zacznijmy od tworzenia zaklęć – w pierwszym odcinku zasugerowano nam, że magowie z pomocą specjalnego atramentu kreślą na papierze kręgi z inkantacjami, ewentualnie potrafią nakładać tego typu wzór na bardziej trwałe materiały (np. skały, drewno). Sam pomysł wydał się ciekawy, jednak im dalej w las, tym więcej pytań pozbawionych sensownych odpowiedzi. Magowie ukrywają sekret swojego fachu przed resztą społeczeństwa, wmawiając im, że tak naprawdę korzystają z zaklęć w konwencjonalnej dla fantasy formie. Tworzą przedmioty z wyrytymi formułami, a pióra skrywają pod kamuflażem różdżek. Jednocześnie zachowują się „na pokaz”, kreując wizerunek tajemniczych wybrańców, których reszta społeczeństwa powinna szanować. Tylko że wszystko, co teraz napisałem, nie ma nic wspólnego z fabułą. Zacznijmy od tego, że początkowo poinformowano nas, że magowie stronią od ludzkich skupisk, lecz już kilka odcinków później dowiadujemy się o istnieniu miast znanych z tego, że są zamieszkane tylko przez czarowników. Nie są oddalone od zwykłych osiedli, zaś magiczni obywatele prowadzą rozmaite interesy, do których na pewno potrzebują „zwyczajnych” mieszkańców jako majstrów i usługodawców. Innym razem bohaterowie muszą wymyślić jak odwrócić uwagę gawiedzi, by nie zauważyła pracy nad magicznym kręgiem, podczas gdy odcinek później dowiadujemy się, że istnieje niewidzialny atrament, który w zupełności by wystarczył. Dalej, władający magią posiadają pióra i męczą się z wyrysowywaniem kręgów, ale jednocześnie nawet w domowym zaciszu nie rozważają korzystania z cyrkli. Skoro mowa o zapleczu, najpierw zostaliśmy poinformowani, że atrament pozyskuje się z soku specjalnego drzewa, by później odkryć, że można wykorzystać do jego produkcji także inne ciecze. Wszystko razem sugeruje, że magiem może zostać każdy, a ludowa wiedza o kręgach i wzorach powinna wystarczyć, by guślarstwo i nielegalne praktykowanie magii kwitło w najlepsze.
Wrażenie niewiarygodnej niespójności podbija beztroskie łamanie zasad i głupota bohaterów. Pewnego razu cierpiąca na gorączkę czarownica potrzebuje leku i inny bohater próbuje przyrządzić dla niej lekarstwo. Niestety, cierpi on na specyficzny rodzaj daltonizmu i nie odróżnia kolorów znalezionych eliksirów. Co więc robi czarodziejka? Ano zamiast wyjaśnić mu, w której fiolce jest która barwa, pomimo słabego samopoczucia (i niewielkiego doświadczenia) tworzy magiczne zaklęcie, dzięki któremu jej tymczasowy lekarz sprosta zadaniu. Krótko mówiąc – skoro w inkantacje bawi się początkująca czarownica cierpiąca na wysoką gorączkę i nie ponosi z tego tytułu żadnych konsekwencji, to w tym momencie cały przekaz pierwszego odcinka o zachowaniu ekstremalnej ostrożności przy tworzeniu magii trafia do kosza.
Wspomniałem o mało legalnym praktykowaniu magii, co wydaje się zadziwiająco łatwym zadaniem, bowiem grupa uderzeniowa ścigająca nielegalnych czarowników to już czwarta gęstość absurdu. Kiedy bohaterowie rzucają zaklęcie na głębokiej prowincji, błyskawicznie zjawiają się magiczne służby specjalne i to całym patrolem. Natomiast, gdy w środku miasta magów dochodzi do podejrzanych rozbłysków, a jeden z bardziej szacownych obywateli sprawia wrażenie, jakby ktoś wymazał mu pamięć, to oczywiście nikogo nie ma i nikogo całe zdarzenie nie dziwi. Podobnie jak wtedy, gdy cztery uczennice ścigają arcypodejrzanego typa przez pół miasta i żaden stróż magicznego porządku nie wykazuje choćby zdawkowego zainteresowania. Pewnie byli zajęci papierkową robotą.
Niestety, to nie jest koniec problemów. Gdy już pogodziłem się z tym, że rozsądek i logikę możemy pożegnać, to miałem cichą nadzieję, że może serial próbuje być najeżoną symbolami baśnią. Czymś jak mój ulubiony fabularny film animowany Disneya, czyli Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Tam również mamy prostą historię, w której można zadać kilka pytań dotyczących spójności scenariusza, ale w tym dziele nie ma to znaczenia. W klasyku sprzed prawie stulecia wszystko opiera się na baśniowych archetypach i nieco onirycznej historii wywodzącej się z prapoczątków klechd z morałem, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył je skomercjalizować. Choć Atelier Szpiczastych Kapeluszy miało potencjał, by stać się właśnie taką pełną niedopowiedzeń opowieścią, gdzie nie wszystko musi mieć sens, zaprzepaściło to innym potężnym problemem. Mianowicie każdą swoją głupotę próbuje zracjonalizować, w dodatku przykrywając ją kolejnymi bzdurami. Świetnym przykładem jest wspomniany kazus miasta czarodziejów. Na późniejszym etapie dostajemy informację, że siedziba magów znajduje się na wyspie, zaś w pozostałych dzielnicach mieszkają zwykli obywatele. Fabularnie to nawet nie jest złe rozwiązanie. Sęk w tym, że w tym samym odcinku jeden z czarodziejów próbuje wrócić do domu, ale strażnik go nie przepuszcza. Dlaczego? Ponieważ czarownik zgubił czapkę. A zatem wszystko wskazuje na to, że jedynym kryterium dotarcia na wyspę magów jest posiadanie odpowiedniego ubrania. Żadnych dokumentów, żadnych pieczątek, nic. Wystarczy zrobić sobie stosowne nakrycie głowy i można inwigilować w najlepsze. Sytuacja niczym w Podróżach pana Kleksa, kiedy Alojzy Bąbel dostał się na wyspę bajkopisarzy, bowiem przywdział szalik, pelerynę i cylinder.
Cóż, mógłbym tak długo, ale podejrzewam, że zrozumieliście skalę problemu. To jednak nie wyczerpuje pozostałych bolączek serii, bo teraz musimy porozmawiać o bohaterach. Zacznijmy od najbardziej nieudanego elementu, czyli Koko i jej koleżanek. Znów – na początku nie jest tak źle. Bohaterka sprawia wrażenie nieco naiwnej, ale szczerze wierzącej w swoje ideały i wykazującej empatię wobec otoczenia. Jednak okres nauki Koko to już inna bajka, bowiem nowa czarownica prezentuje typ naiwnej niezguły, która wierzy, że wszystko na świecie da się załatwić, jeżeli będziemy tego bardzo chcieli i gdy wszyscy będą dla siebie mili. Ta naiwność rodem z najbardziej kliszowych shounenów byłaby jeszcze strawna, gdyby bohaterka reprezentowała sobą cokolwiek. Problem polega na tym, że Koko to wieczna niezdara, która stanowi nieustające zagrożenie dla siebie i otoczenia. Co więcej, ma okropną skłonność do niewyciągania wniosków ze swoich eskapad. Koko potrafi tylko notorycznie przepraszać: a to sknoci komuś krąg na przedmiocie, a to narazi koleżanki na walkę za straszliwymi bestiami, a to zdekoncentruje kogoś przy opracowaniu planu ucieczki z tarapatów, w które sama wszystkich wplątała. No, ale mamy ją lubić, bo przecież „ona jest taka dobra i tak bardzo chce, byśmy byli szczęśliwi”. Jeżeli podobnie jak ja nie cierpicie tego schematu, to zdecydowanie odradzam seans. Na drobny plus mogę policzyć, że dziewczyna przynajmniej martwi się o matkę (zatem nie została ona wrzucona do schowka, by wykorzystać ją jako wstawkę pod koniec serialu) i pod koniec sezonu jest już nieco mniej irytująca.
Czego nie mogę powiedzieć o jej koleżankach. Zacznijmy od Agaty, współlokatorki Koko i trzeciej najważniejszej osoby w tej serii. To typowa dla lekkiego fantasy perfekcjonistka, która głęboko wierzy, że pracoholizmem i zerowymi umiejętnościami społecznymi można zdobyć szczyt. Jej antypatyczny i brutalny charakter zostaje podlany szantażem emocjonalnym, bo oczywiście Agata ma „tajemniczą i mroczną przeszłość”. Być może nie narzekałbym aż tak na ten zbiór klisz ubrany w magiczne szatki (bo trudno to nazwać osobowością), jednak swoim zachowaniem dziewczyna zdecydowanie przekracza cienką czerwoną linię. Dzieje się to już w trzecim odcinku, kiedy Agata decyduje się pozbyć swojej współlokatorki. I to dosłownie – pod nieobecność mistrza wysyła Koko na szaleńczo trudną misję, argumentując, że prawdziwa uczennica czarodzieja z łatwością sprosta takiemu wyzwaniu. Inaczej mówiąc, manipuluje nieświadomą Koko, teleportując ją w sam środek głuszy (w zasadzie jedyne, co uratowało bohaterkę, to twardy pancerz fabularny, bo przez ponad dobę nie atakuje ją żadne stworzenie). Być może nie wszystkim takie zachowanie przeszkadza, ale dla mnie jest spora różnica między oschłym perfekcjonizmem a rekreacyjną próbą morderstwa.
Pozostałe dwie koleżanki, Tetia i Riche, również nie poprawiają sytuacji. To znaczy Tetia jest jeszcze akceptowalnym stereotypem radosnej, troszczącej się o otoczenie panny, choć daleko jej do statusu ciekawej postaci. O Riche dowiadujemy się więcej dopiero pod sam koniec serii i… matko jedyna, tam już dostajemy tak głupie pomysły, że początkowo nawet nie zarejestrowałem skali absurdu. Powiem tylko, że w świecie, w którym magia opiera się w ogromnej mierze na nauce rozumienia symboli i znaków, Riche odrzuca tę formę edukacji, bo chce robić zaklęcia sama, bez żadnych wpływów, dając upust swojej artystycznej kreatywności. Przypominam tylko, że czary w tym świecie opierają się o precyzję i prace badawcze (choć każda inkantacja jest odrobinę inna, więc pozostaje pewien margines swobody), zaś efekty niestaranności w aplikowaniu nauki poznaliśmy już w pierwszym odcinku. Cóż, zgodnie z popularną maksymą „jak coś jest niedozwolone, ale się chce, to można”.
Ostatnią bardzo istotną postacią jest nauczyciel dziewcząt, czarodziej Qifrey, trudno jednak opowiadać o nim bez zdradzenia kilku istotnych dla głównego wątku szczegółów. Nie drażni mnie może jak niektóre uczennice, natomiast nie nazwałbym go ciekawie nakreśloną ani oryginalną osobowością. Jego motywy są kreowane na tajemnicze, ale dla mnie już od pierwszego odcinka sprawiają wrażenie oczywistych. W dodatku w relacjach międzyludzkich sprawia wrażenie osoby pozbawionej jakiegokolwiek charakteru, zaś jego troska o podopieczne opiera się na potrzebach scenariusza – Qifrey nie zauważa, że cztery uczennice wybiegły za sklepu i długo nie wracają, ale oczywiście pojawi się w idealnym momencie, by je uratować, bo tak jest wygodnie. Niestety, niekonsekwencja historii na pewno mu nie pomaga. Wśród pozostałych postaci w zasadzie polubiłem tylko Tartaha, wnuka właściciela magicznego sklepu.
Niby przywołuję tyle szczegółów i drobiazgów z całej historii, ale prawda jest taka, że jeżeli zbierzemy to wszystko razem, to w rzeczywistości seria opiera się na tak wielkim skupisku niespójności, tak fabularnych, jak i przy kreacji bohaterów, że z rzeczy „porządnych” praktycznie nic nam nie zostaje.
Jednak jak dziwnie to nie zabrzmi, teraz muszę wspomnieć o największej wadzie tej serii. Zdaję sobie w pełni sprawę, że dla wielu podane tu argumenty to głupota i czepialstwo, bo liczni chcą po prostu dobrej, fajnej lekkiej rozrywki bez potrzeby grzebania w szczegółach. Trochę jak z serią Harry’ego Pottera – tam również świat przedstawiony nie ma większego sensu, ale miliony osób na całym świecie pokochały tę powieść. Także ja, pomimo wielu głupot, sam mam do niej sentyment. Dlaczego więc nie zawsze mądre przygody bohaterów J.K. Rowling aż tak mi nie przeszkadzają, a te tutaj zdecydowanie wadzą? Moim zdaniem powody są dwa. Po pierwsze, choć autorka wprowadziła dużo głupot i niektóre starała się odkręcać, to nie mamy w jej książkach aż takiego zestawu fabularnych łat jak tutaj. Po drugie – w Harrym Potterze bohaterów mniej lub bardziej dosięgają konsekwencje tego co robią. Jasne, główne trio jest chronione przez autorkę, ale Harry i jego paczka mogą dostać szlaban, kosza od dziewczyny (za niewłaściwe słowo w niewłaściwym momencie) i przede wszystkim nieraz gorzko zapłacić za swoje błędy w finałowych wydarzeniach książki (np. w Zakonie feniksa). W omawianym tutaj anime bohaterowie mogą robić, co chcą, bez żadnych obaw. Agata wysyła Koko na niebezpieczną misję – czy z tego powodu ponosi jakieś konsekwencje? Oczywiście, że nie. Później Koko rzuca się w pościg za podejrzanym typem, który wciąga ją i koleżanki w pułapkę. Czy dostaje chociaż naganę od Qifreya za narażenie całej czwórki na niebezpieczeństwo? A skąd. I tak dalej, i tak dalej…
Jestem szczególnie mocno wkurzony na ten element, ponieważ w mojej opinii uniemożliwia nazwanie tego serialu „nieszkodliwym kinem dla najmłodszych”. Czego my chcemy nauczyć w tym anime? Że wszystko uchodzi płazem, więc ryzykuj, ile wlezie? Że możesz być najbardziej antypatyczną i oschłą osobą, ale za żadne ze swoich świństewek nie poniesiesz konsekwencji? Takie postawy będziemy promować i chwalić? Ba, bywa nawet gorzej – kiedy Agata w jednym odcinku wybucha i obrzuca Koko stekiem wyzwisk, to w następnym nie tylko jej nie przeprasza (na jej usprawiedliwienie, Koko wtedy nieźle nabroiła), ale wręcz zirytowana fuka na protagonistkę, że ta „gniewa się jeszcze za tamto”. Swoją drogą, poza kolejnym pokazem braku konsekwencji dostajemy kolejną narracyjną bzdurę – co prawda pomiędzy emisją odcinków minął tydzień, ale w czasie świata przedstawionego była to mniej niż godzina.
Zastanawiam się jedynie, ile z tego mojego marudzenia jest głosem wołającego na puszczy. Anime zbiera bowiem fenomenalne oceny (w czerwcu 2026 uzyskało 8,68 na MAL‑u), a rozmaite portale i recenzje prawie zawsze je chwalą. Szczerze mówiąc, o ile zazwyczaj staram się zrozumieć tę drugą stronę, tak tutaj zwyczajnie nie wiem, co robić. W tekstach i komentarzach przewijają się zachwyty nad baśniowym klimatem i rozmaitymi szczegółami scenariusza. To pierwsze mogę jeszcze zrozumieć, to drugie – cóż, niektóre szczegóły są ciekawe, jednak według mnie to przecedzanie komara i połykanie wielbłąda. Naprawdę chciałbym poznać argumenty za, ale gdzie nie szukam, to dominuje opinia „podoba mi się, bo jest ładne i mi się podoba”.
Podsumowując, zdecydowanie nie polecam tej serii. Traktuje siebie zbyt poważnie, byśmy mogli machnąć ręką na rozmaite głupoty historii. Te zresztą można kolekcjonować i katalogować, od poważnych problemów strukturalnych po różne drobne głupotki, których nawet nie wymieniłem. Przekazuje w moim odczuciu złe wzorce, nieudolnie zasłaniając czyjąś małostkowość trudnym dzieciństwem (poznajemy jeszcze trzeciego bohatera z trudną młodością, hat trick godny podziwu), zaś magiczny świat może i prezentuje się pięknie, ale średnio mi się chce odkrywać uniwersum w którym tak wiele elementów nie ma sensu. Skoro ta seria w tak dużym stopniu nawiązuje do baśniowych motywów, to porównałbym ją do syreny lub wiły – piękna z zewnątrz i kusząca, ale przy lepszym zapoznaniu człowiek zaczyna żałować decyzji o nawiązaniu kontaktu.
Twórcy
| Rodzaj | Nazwiska |
|---|---|
| Studio: | Bug Films |
| Autor: | Kamome Shirahama |
| Projekt: | Akane Ogawa, Gouichi Iwahata, Kairi Unabara, Noritaka Suzuki |
| Reżyser: | Ayumu Watanabe |
| Scenariusz: | Hiroshi Seko |
| Muzyka: | Yuka Kitamura |

