Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

8/10
postaci: 8/10 grafika: 9/10
fabuła: 8/10 muzyka: 10/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 27 Zobacz jak ocenili
Średnia: 8,15

Ocena czytelników

9/10
Głosów: 1707
Średnia: 8,82
σ=1,4

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Melmothia)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Code Geass: Lelouch of the Rebellion R2

zrzutka

Dalsza część opowieści o pragnącym zmienić świat dowódcy rebeliantów i jego drodze przez śmierć i zniszczenie.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Czarna Rebelia upadła. Większość członków Zakonu została złapana i aresztowana. Zero nie żyje. Przed taką rzeczywistością zostali postawieni obywatele dawnej Japonii oraz Świętego Imperium Brytanii, zaś stosunki między nimi wróciły do stanu sprzed pojawienia się Zero, jeśli nie zaogniły się jeszcze bardziej – z jednej strony mamy przecież Księżniczkę Masakry, a z drugiej chęć odwetu za akcje Zero. Jednakże całą prawdę znają tylko nieliczni. Lelouch Lamperouge jest zwykłym uczniem zwykłej szkoły, każdy jego dzień wygląda podobnie… Zaraz, zaraz. Każdy, kto obejrzał pierwszą serię, zapewne wymruczy pod nosem: „co u licha?”. Minął prawie rok, a Lelouch nie pamięta niczego, co było związane z Zero. Wiedzie w miarę spokojne życie, urozmaicane, jak to bywało niegdyś, nielegalnym hazardem,a poza tym dręczy go frustracja z powodu otaczającej go stagnacji. Nie trzeba chyba mówić, że taki stan nie potrwa długo – w końcu nie byłoby Code Geass bez Zero, a co więcej, bez Zero nie byłoby Czarnych Rycerzy. Przedstawiciele tych ostatnich doskonale zdają sobie z tego sprawę i zrobią wszystko, aby odzyskać wodza.

Na drugą serię Hangyaku no Lelouch czekano z niecierpliwością, ale też niepokojem, jaki zwykle ogarnia fanów na myśl o kontynuacji czegoś, co polubili – czy twórcy sprostają wyzwaniu, jakie sobie postawili w pierwszej serii? Czy może doszczętnie zmarnują potencjał? Po zakończeniu poprzedniej serii, po ponad ośmiu miesiącach oczekiwania, nareszcie fani mogli się dowiedzieć, jak dalej potoczyły się losy Japonii, Imperium a przede wszystkim ich ulubionych (lub znienawidzonych) bohaterów. Jeśli zaś chodzi o mnie, zainteresowana byłam też tym, jak będzie się miała druga seria do pierwszej. Trudno było mi wyobrazić sobie, by była jakoś znacząco inna – przy fabule przerwanej w kulminacyjnym momencie, następna seria mogła być tylko bezpośrednią kontynuacją, więc ani ujęciem, ani niczym innym nie powinna się w istotny sposób różnić od poprzedniej. Zmianie na lepsze powinna ulec tylko grafika i ewentualnie muzyka, ze szczególnym uwzględnieniem openingu, bo sama ścieżka dźwiękowa była dobra. Jak się okazało – myliłam się.

Poziom oraz tempo rozwoju fabuły są nierówne. W pierwszej części dane nam było oglądać jako tako konsekwentny ciąg zdarzeń, który nieuchronnie dążył do punktu kulminacyjnego. Co prawda po tym punkcie zamiast rozwiązania zostało zaserwowane „zawieszenie” wszystkiego w próżni oczekiwania na następną serię, jednak mimo wszystko całość sprawiała wrażenie skonstruowanej w sposób przemyślany, a bohaterowie działali według pewnych założeń (pominąwszy jednostki wysoce niezdecydowane). Biorąc pod uwagę urwane zakończenie ostatniego odcinka, wydawałoby się, iż rozpoczęcie akcji drugiego sezonu prawie rok później, jest jeśli nie strzałem samobójczym, to przynajmniej złośliwością ze strony twórców. Jednakże całe uprzednio zbudowane napięcie nie poszło na marne. Wplecenie retrospekcji w późniejsze wydarzenia wypadło niespodziewanie dobrze. Główną zaletą R2 są właśnie sceny. Niektóre sceny. Oglądając serię, przez większość czasu odnosiłam wrażenie, że widzę wiele ładnych kawałków układanki naprędce i nieuważnie poskładanych w całość. Znajdziemy tu bowiem naprawdę piękne, wzruszające i dobrze skonstruowane momenty, będące, wraz z towarzyszącą im muzyką, prawdziwymi perełkami. Oprócz nich otrzymamy oczywiście także emocjonujące i trzymające w napięciu odcinki. Wydarzenia następują po sobie w zawrotnym tempie, nie dając czasu na jakąkolwiek kontemplację. Czasami tempo nieco zwalnia, ale tylko relatywnie do reszty odcinków, samo w sobie nadal pozostając dość wartkie. Może się wydawać, że twórcy postanowili sprawdzić, ile zwrotów akcji zmieści się w jednej serii, a także ile można ich wepchnąć do jednego odcinka. Czy wyszło to serii na dobre, to już inna sprawa. W pierwszej połowie, gdy stopniowo wszystko zaczyna się układać, jako taka przyczynowość jest jeszcze zachowana, a wypadki są jakoś znajome. Wszechobecna jest analogiczność do poprzedniej serii, a także sama paralelność w obrębie drugiej, co moim zdaniem było dobrym zabiegiem. Jednak w pewnym momencie, bieg zdarzeń ulega zmianie. Akcja pędzi, robi ostre zakręty, przyspiesza – zapomniano jednak o barierce zabezpieczającej i czasami logika wypada z toru, a fabuła sunie dalej na mechu. A widz siedzi i zastanawia się, co się właściwie stało i czy czegoś nie przegapił. Dla jednych to będzie zaleta – bo nie pozwala widzowi złapać oddechu, a dla innych irytująca wada, bo przedstawiona rzecz, że tak powiem, nie trzyma się kupy.

Trzeba przyznać szczerze – mimo trzymających w napięciu wydarzeń, poplątanej fabuły oraz szerokiego wachlarza bohaterów twórcy wcale nie ukrywają, że jest to seria komercyjna. Najprawdopodobniej postanowiono stworzyć produkcję na miarę nowych czasów, czyli taką, w której umieści się wszystko, co dzisiaj modne: mechy, moé, bishounenów (przez ten rok najprawdopodobniej również nieludzko głodzonych), zwichniętą moralność, dyskusyjne przyjaźnie i „braterską miłość” oraz wszelkiej maści drobniejszy fanserwis, tak dla pań, jak i dla panów, czyli do wyboru do koloru: majtki, prysznic, opadający ręcznik, skąpe stroje kąpielowe, intrygujące pozy, w jakich pilotka zasiada za sterami mecha, pasy i kneble… Zrobiono to jednak, doskonale zdając sobie sprawę z poziomu tego typu zagrań, wplatając i często mieszając je z przewrotnym poczuciem humoru. Ten miszmasz wszelkiego rodzaju scen i wątków, pożyczanie nazw z mitologii nordyckiej czy legend arturiańskich, połączenie motywów niemalże fantastycznych z tematyką wojenną i niepodległościową, postawienie tajnej organizacji prowadzącej badania nad geassem obok naukowców, tworzących nową potężną broń dla armii, łączenie smutnego ze śmiesznym oraz wykorzystywanie znanych schematów to właśnie znak firmowy Code Geass R2. Za dobry przykład posłużyłby ostatni odcinek, w którym śmieszność i tragedia łączą się w całkiem zgrabną całość. Nie wymagajmy jednak od czysto komercyjnej serii jakiejś szczególnej głębi – to nie jest tragikomedia, to czysta chęć zabawienia odbiorcy.

Wydaje się, że nawet bohaterowie nie nadążają za kolejnymi zwrotami w fabule, co i rusz zmieniając zdanie, cel i stronę konfliktu. Prowadzi to do pewnej niekonsekwencji, zapominania przez postaci tego, do czego dążyły, a miejscami powtarzania przez danego bohatera jednego i tego samego, co przypominało zdartą płytę. Dziwi Lelouch, wpierw tonem znawcy stwierdzający, że naiwnością ze strony Czarnych Rycerzy było walczyć, skoro z góry byli skazani na przegraną z silniejszym przeciwnikiem, oznajmiający, że świat jest niesprawiedliwy, jakby to było coś oczywistego, który niedługo potem jest zdumiony i oburzony, gdy jego przeciwnik w grze w szachy zastosował brudną zagrywkę. Czasami bohaterowie zdawali się mieć poważny problem z komunikacją międzyludzką. Niekiedy widziałam ich jako te kukiełki na sznureczkach, poruszające się tak, jak reżyser wskaże palcem. Jakby każda postać miała taki wewnętrzny przełącznik wprowadzający ją, gdy potrzeba, w stan „wzniosłej mowy o przyszłości i szczęściu bliźnich” tudzież „dla zwycięstwa zrobię wszystko”, z którego twórcy zbyt często korzystają, pstrykając w tę i we w tę. Jednak wszystkie te przykre wrażenia mają swoje konkretne przyczyny – natłok bohaterów oraz ilość wydarzeń nie pozwalają tak naprawdę zżyć się z jakąkolwiek postacią. Jest tu naprawdę wiele postaci, których potencjał nie został wykorzystany nawet w połowie, chociażby Gino czy C.C. Owszem, tej ostatniej poświęcono relatywnie dużo czasu ekranowego, ale tak naprawdę aktywną rolę odgrywa tylko w wątku związanym z Ragnarökiem, gdy wspominana jest jej przeszłość. W pozostałych odcinkach gra rolę ładnego mebla tudzież elementu fanserwisowo­‑humorystycznego, a szkoda, bo to postać ciekawa i obdarzona silnym charakterem. Seria cierpi też na syndrom „bohater nie może umrzeć, choćby go zadźgać, poćwiartować i wysypać do krateru czynnego wulkanu”. Mamy więc całą plejadę osób, które ni z tego ni z owego wracają z krainy zmarłych, gdzie teoretycznie powinny się znajdować. Nie radzę się zastanawiać jak i dlaczego.

Trzeba przyznać, że ostatni odcinek tłumaczy sprzeczne zachowanie bohaterów, a także wprowadza ogólną poprawę w linii fabularnej. Ale co z tego, skoro nie zniweluje to ogólnego wrażenia braku ciągłości czy sensowności wydarzeń? Cóż, przynajmniej satysfakcjonująco wytłumaczy to, co się do tego wrażenia przyczyniło. Oczywiście Code Geass nie byłoby Code Geass, gdyby nie zostawiło paru pytań bez odpowiedzi, ale tego można było się spodziewać – fani mają szerokie pole do popisu, jeśli chodzi o interpretację.

Grafika się waha. Raz jest na wysokim poziomie, raz spłaszcza i deformuje niemiłosiernie postaci, jakby parę odcinków było zadaniem domowym praktykantów. Dziwne, zniekształcone twarze straszą nas przez jakiś czas pod koniec serii, na szczęście jednak był to chyba jednorazowy wybryk natury, bo reszta trzyma wysoki poziom. Projekty postaci są, jak poprzednio, stworzone ręką pań z grupy CLAMP, a co za tym idzie, nadal są przeraźliwie wychudzone, długie i mają dziwny gust w kwestii ubrań. Przez większość czasu ładnie to wygląda, szczególnie jeśli się przyzwyczaić. Ja mogę przyznać, że taka kreska mi odpowiada. Jednak czasami stroje, jakie wdziewają nasi bohaterowie, wołają o pomstę do nieba albo wzbudzają w widzu niezdrowe zainteresowanie takimi szczegółami jak „po co mu ten dzyndzel u kapelusika?” lub „czy to są oczka? czy ten ciuch ma oczka?!”. Mam wrażenie, że animacja została poprawiona, oczywiście wnętrza nadal są pieczołowicie szczegółowe, a roślinki jak to roślinki, zielono się w tle przewijają.

W recenzji pierwszej serii pisałam coś o tym, że mechy tak naprawdę to tylko tło i nie zwracają szczególnej uwagi. R2 natomiast postawiło na rozwój fabularny opierający się na „mam silniejszego mecha, to teraz będę wygrywał”. O ile mechy z poprzedniej serii nie rzucały się w oczy, a jako broń spełniały swoją rolę doskonale, o tyle tutaj sztuką byłoby nie zwrócić uwagi na te maszyny. Czerwone, różowe oraz w innych tęczowych i brutalnych dla oczu kolorach i połączeniach tychże zyskują umiejętność latania i rozpleniają się wszędzie, bardzo szybko stając się główną siłą napędową wszelkich walk, przechylając szalę zwycięstwa na tę stronę konfliktu, która aktualnie dysponuje nowszym modelem. Nowe mechy, wyposażone w nowsze gadżety, które rozwalają coraz to większe armie, ku nieodmiennemu zdziwieniu pokonanych (oraz widzów), są na porządku dziennym. W pierwszej serii można było spokojnie skupić się na akcji, a mechy były dodatkiem, tutaj są niezbędne dla fabuły i łatwo się pogubić w ich nazwach i mocy. Nie obyło się oczywiście bez maszyn o kolosalnej sile rażenia zdolnej niszczyć całe zastępy. Już nie taktyka się liczy, ale jakiej wielkości działo ma mech.

Openingi są lepsze od tych z pierwszej serii – teraz można wysłuchać utworu więcej niż raz. Są dynamiczne, żywsze i mają wyraźniejszą melodię. Endingi są oczywiście spokojniejsze, ale równie ładne, niemniej jednak i jedne i drugie są po prostu dobre, niekoniecznie wyjątkowe. Sama ścieżka dźwiękowa jest porównywalna do wcześniejszej – ma podobne utwory i podobnie podkreśla to, co się dzieje na ekranie. Idealnie uzupełnia patos wydarzeń, przerysowane gesty bohaterów czy ich wściekłą mimikę. Usłyszymy też o wiele delikatniejsze utwory znanej już z poprzedniej części Hitomi, towarzyszące zwykle smutniejszym, ale ważnym momentom, w których w bohaterze odzywają się bardziej ludzkie uczucia związane z jego najbliższymi, jego własnym poczuciem winy czy podejmowaną właśnie niełatwą decyzją. Oprócz tych ostatnich i może jeszcze kilku, ścieżka dźwiękowa raczej nie nadaje się do słuchania osobno, ale naprawdę znakomicie sprawdza się jako uzupełnienie przedstawionych obrazów.

Głównym problemem R2 jest nadmiar wydarzeń, zgubienie wśród nich logiki i postawienie na wybuchowość oraz maksymalne zaskakiwanie widza. Zbyt wiele próbowano zmieścić w zbyt małej ilości czasu, doprowadzając do niesamowitej kondensacji wydarzeń i tym samym wrażenia absurdalności. Postaci stają się bez wyrazu i nie pomaga im nawet przesadne wymachiwanie rękami, patetyczna muzyka czy znakomita modulacja głosu seiyuu z Junem Fukuyamą na czele. Oczywiście zawsze pozostaje uniwersalne rozwiązanie, które przez wielu zostało zapewne zastosowane już na samym początku – odbieranie serii jako po prostu bardzo dobrej komedii. Zabierając się za R2, należy pamiętać, że jest to produkcja czysto rozrywkowa. Rok temu twórcy znieśli złote jajo, a teraz je polerują, inkrustują i posypują brokatem. Pozostaje zadać sobie pytanie, czy podobają się nam takie naćkane cacka.

Melmothia, 12 października 2008

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Sunrise
Autor: Gorou Taniguchi, Ichirou Ookouchi
Projekt: Akira Yasuda, CLAMP, Eiji Nakada, Jun'ichi Akutsu, Kenji Teraoka, Takahiro Kimura
Reżyser: Gorou Taniguchi
Scenariusz: Hiroyuki Yoshino, Ichirou Ookouchi
Muzyka: Hitomi Kuroishi, Koutarou Nakagawa

Wydane w Polsce

Nr Tytuł Wydawca Rok
1 Code Geass: Lelouch of the Rebellion R2 vol. 1 Vision 2011
2 Code Geass: Lelouch of the Rebellion R2 vol. 2 Vision 2011
3 Code Geass: Lelouch of the Rebellion R2 vol. 3 Vision 2011

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Code Geass: fanfiki na Czytelni Tanuki Nieoficjalny pl
Podyskutuj o Code Geass na forum Kotatsu Nieoficjalny pl