Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

10/10
postaci: 10/10 grafika: 10/10
fabuła: 9/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 18
Średnia: 8,39
σ=1,25

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Ancietejka)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Great Pretender

Rodzaj produkcji: seria ONA (Japonia)
Rok wydania: 2020
Czas trwania: 23×24 min
Tytuły alternatywne:
  • グレートプリテンダー
Gatunki: Komedia, Sensacja
zrzutka

„Oszukamy cię!” – tak, to się tyczy także ciebie, drogi widzu. Znakomita pod każdym względem komedia sensacyjna o oszustach ucierających nosa grubym rybom.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: ukloim

Recenzja / Opis

Makoto Edamura to najlepszy oszust w Japonii. Pewnego dnia razem z towarzyszem postanawia okraść cudzoziemca, Laurenta Thierry'ego, koniec końców jednak sam zostaje oszukany i do tego wplątany w większą akcję w Los Angeles. Tyle opisu zawiązania akcji musi wystarczyć, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, cała seria składa się z czterech oddzielnych części poświęconych różnym wątkom fabularnym i rozgrywających się w różnych miejscach na świecie (Los Angeles, Singapur, Londyn oraz – razem – Szanghaj i Tokio). Łączy je jedynie grupa głównych bohaterów (wyjątek stanowią pierwsza i ostatnia historia, które są ściśle ze sobą powiązane). Po drugie, anime praktycznie od początku zaskakuje zwrotami akcji, dodawanie więc czegoś więcej z mojej strony byłoby zwyczajnym chamstwem. Ale nie tylko dla różnych zaskoczeń, które pojawiają się dosłownie aż do ostatniej minuty ostatniego odcinka, warto zapoznać się z oryginalną produkcją Wit Studio. Warto, bo to po prostu bardzo udana seria.

Makoto zatem wpadł jak śliwka w kompot i to, jak można się domyślać po tym, co napisałam o konstrukcji serii, nie raz, choć, co też łatwo zgadnąć, właśnie jego pierwsza wspólna akcja z ekipą Laurenta wydaje się najbardziej zwariowana. Zarówno on, jak i widzowie aż do rozwiązania sprawy nie są pewni, co się dokładnie dzieje i kto współpracuje z kim. Kolejne historie z wiadomych względów nie mogą się pochwalić równie dużą liczbą niespodzianek, co nie znaczy, że są mniej ciekawe. Każda utrzymuje przynajmniej porządny poziom i potrafi wciągnąć. Jest to zasługa bardzo dobrego scenariusza, wbrew pozorom nieskupiającego się wyłącznie na zwrotach akcji. Nie przepadam za seriami, w których na kilometr czuć, że twórcom aż za mocno zależało na zadziwieniu widzów i mających do zaoferowania niewiele więcej. W przypadku Great Pretender kolejne atrakcje wynikają z interesującego i przemyślanego rozpisania fabuły, dzięki czemu wypadają zgrabnie, nie sprawiając wrażenia wciśniętych na siłę. Co więcej, pomysły twórców nie kończą się na pierwszej czy drugiej części. Owszem, po iluś odcinkach jest się bardziej przygotowanym na ewentualne niespodzianki, gdy się jednak wydaje, że seria nas już niczym nie zaskoczy, ta potrafi zwrócić na siebie uwagę na innym polu. Idealnie widać to w ostatniej historii zmieniającej całkowicie spojrzenie na pewne kwestie, które wcześniej wydawały się oczywiste. Jest ona zresztą moją ulubioną, myślę jednak, że i pozostałe znajdą swoich amatorów, szczególnie że, choć opierają się na tym samym koncepcie, są od siebie tematycznie bardzo różne. Na początku obserwujemy zmagania bohaterów z szefem gangu narkotykowego, później wchodzimy w świat wyścigów lotniczych, a następnie – w świat sztuki. Tematu czwartej opowieści nie zdradzę, napiszę jedynie, że dotyczy dużo groźniejszych machinacji niż wcześniejsze. Równie mocną stroną serii jest jej lekkość. Twórcy obiecali komedię sensacyjną i tę komedię sensacyjną stworzyli. Wątki główne, jakkolwiek dotyczące nie byle jakich oszustw, są pokazane w lekko komediowym tonie, ze zgrabnie wplecionymi w akcję żartami i smaczkami. Uwielbiam anime zwłaszcza za sposób, w jaki rozwiązało kwestię z językiem (z początku Makoto i Laurent rozmawiają po angielsku) – niby banalnie proste, a jakie genialne! Nie brakuje też zabawy ze schematami gatunku czy nawiązań do popkultury. Inaczej sprawa wygląda z wątkami protagonistów (oprócz wyżej wymienionych jeszcze dwóch bohaterek, Abigail i Cynthii). Każda część skupia się na innym bohaterze, przedstawione retrospekcje z ich życia nie należą zaś do najmilszych, nie czuć jednak na szczęście dysonansu między nimi a główną akcją.

Do wspaniałej fabuły przydaliby się wspaniali protagoniści – i takich też perypetie śledzimy. Określenie „urocza grupa oszustów” pasuje do nich idealnie. Mimo niezbyt chwalebnej profesji, Makoto, Laurent, Abigail i Cynthia nie wydają się złymi ludźmi, swoje umiejętności wykorzystują bowiem jedynie przeciwko innym naciągaczom, oczywiście obrzydliwie bogatym – dla marnego tysiąca jenów nie ma co się starać. Przy okazji pomagają również osobom postronnym, nie przedstawiają się więc jako egoistyczne typy. Są natomiast bardzo zróżnicowani, ale nie dziwaczni – razem czy osobno nie sprawiają wrażenia przerysowanych cudaków, co zawsze w anime stanowi dla mnie wielki plus. Jednocześnie, dzięki wspomnianym retrospekcjom, ich kreacje zostają wzbogacone, a motywacje stają się jaśniejsze. Innymi słowy, patrzy się na nich z niemalejącą przyjemnością i trzyma za nich kciuki w każdej akcji, co, o czym nie muszę nikogo przekonywać, także pozytywnie wpływa na odbiór serii. Tu pewnie pojawią się pytania, czy można liczyć na przynajmniej zarysowany romans między bohaterami. Cóż, niewątpliwie duet Makoto­‑Abigail prezentuje się uroczo i twórcy w paru scenach sugerują, że coś może być na rzeczy, ale na tym się kończy, choć nic nie stoi na przeszkodzie, by sobie co nieco dopowiedzieć.

Równie udani jak protagoniści są ich przeciwnicy. Cała piątka (w ostatniej historii mamy dwójkę) to niezłe gnidy, tak że widz aż marzy, by dostali za swoje, gdy zaś tak się dzieje, odczuwa satysfakcję nie mniejszą niż bohaterowie. Nie są przy tym odpychający czy przerysowani, o co w sumie było dość łatwo. To, że nie stanowią dla protagonistów większego wyzwania (co nie znaczy, że ekipie Laurenta wszystko przychodzi z łatwością), nie przeszkadza, bo też nie o to w tej serii chodzi, by obserwować skomplikowaną walkę z niebezpiecznymi rywalami. Powiedziałabym więc, że mamy do czynienia ze schematem, który nie razi, a wręcz przeciwnie, dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu bawi w dobrym znaczeniu tego słowa.

Oprócz głównej ekipy przez wszystkie części przewijają się tylko dwie postaci, Kudou i Si­‑won Kim. Inni z kolei wracają na krótko w czwartej historii, z wyjątkiem jednego bohatera, który nie tylko ponownie się pojawia, ale i okazuje się mieć znacznie większe znaczenie dla przebiegu fabuły i życia protagonistów niż mogło się wcześniej wydawać. Odkrywanie tajemnic jego wątku było jedną z lepszych rzeczy, jakich doświadczyłam w czasie seansu. Przeważająca część bohaterów występuje jedynie w swoich epizodach, niekiedy odgrywając kluczowe role, innym razem robiąc za potrzebne tło. Jak by nie patrzeć, także drugi czy trzeci plan potrafił miło zaskoczyć interesującymi postaciami, na czele z Dorothy – ach, jaka szkoda, że nie należała ona do stałej obsady!

Tym, co najbardziej zachwyciło mnie w anime, była oprawa graficzna. Z nią zawsze mam problem w recenzjach – zwykle wydaje mi się, że zawyżam ocenę, bo nie potrafię np. dostrzec nie najlepszej animacji czy wielu krzywizn. W przypadku Great Pretender ani przez moment nie czułam podobnych wątpliwości i wystawiłam pełną dziesiątkę, na którą anime zasługuje przede wszystkim za styl artystyczny, niezwykle piękny, a zarazem oryginalny. Niejednokrotnie na widok jakiegoś tła wyrywał mi się cichy okrzyk zachwytu, ba, czasem przyłapywałam się na podziwianiu kolorów zamiast skupianiu się na akcji. Twórcy nie bali się używać całej palety barw, tworząc bardzo śmiałe połączenia kolorystyczne, dzięki czemu świat w anime jest żywy i atrakcyjny, a przy tym, co warto podkreślić, nieprzytłaczający. Śmiało można stwierdzić, że każdy kadr został starannie przemyślany, aby cieszyć oczy widzów – zresztą, nie wierzę, by i osoby za nie odpowiadające nie miały frajdy podczas ich tworzenia. Nie piszę tu jedynie o krajobrazach, bowiem także niepozorne pomieszczenia skutecznie przykuwają wzrok. Złego słowa nie powiem też o projektach postaci, jednocześnie prostych i, m.in. za sprawą nieco kanciastej kreski, charakterystycznych. Nie zobaczymy tu ślicznych twarzyczek znanych z większości anime – bohaterowie są ładni na swój uroczy sposób (albo brzydcy). Ponadto zostali obdarzeni wyjątkowo ekspresyjną mimiką – samo patrzenie na Makoto sprawiało mi nie mniejszą przyjemność niż podziwianie tła. Dobre wrażenie dopełnia płynna animacja, którą można podziwiać szczególnie w drugiej części, poświęconej zawodom lotniczym.

Muzyka przypadła mi do gustu tylko minimalnie mniej – najwyższej oceny nie wystawię, jest jednak tak samo jak grafika dobrze pomyślana, no i rzecz jasna brzmi jak należy. Niespecjalnie się temu dziwię, odpowiada bowiem za nią Yutaka Yamada, który już wcześniej, choćby w tytułach takich jak Babylon i Vinland Saga, udowodnił, że wie, jak stworzyć świetny soundtrack. Serię otwiera jego żywy instrumentalny utwór G.P., doskonale wprowadzający w akcję, w tle zaś wybrzmiewają różnorodne kompozycje – zarówno energiczne jazzowe melodie, jak i spokojne ballady. Ending z kolei to nic nowego, gdy jednak zamiast nowej piosenki słyszymy Freddiego Mercury'ego (dokładniej mówiąc, jego cover utworu grupy The Platters), trudno mieć pretensje. A jeśli dodać do wokalu prześliczną animację kotów, pozostaje jedynie chwalić twórców za pomysłowość. Także aktorzy głosowi dokładają swoją cegiełkę do stworzenia udanej serii, nieważne, czy mowa o odtwórcach ról pierwszoplanowych (m.in. Natsumi Fujiwara, Junichi Suwabe), antagonistów (m.in. Gara Takashima, Fuminori Komatsu), czy postaci pobocznych (m.in. Chikahiro Kobayashi, Daisuke Hirakawa). Największe wrażenie jednak zrobiła na mnie gra Suwabe i Chiakiego Kobayashiego, kolejno Laurenta i Makoto. Jeśli chodzi o pierwszego, trudno mi sobie wyobrazić kogoś lepszego w roli czarującego amanta, co do drugiego zaś – jak on cudnie się drze! Krzyczący bohaterowie bywają irytujący, w tym przypadku jednak mogłabym słuchać jego wrzasków na okrągło.

Twórcom Great Pretender udało się coś niezwykłego – bazując na prostym koncepcie, stworzyć od początku do końca wciągającą, zaskakującą i lekką serię sensacyjną z cudowną ekipą bohaterów, dopełnioną wspaniałą oprawą audiowizualną. Dla mnie nie było w anime rzeczy, która by choć trochę nie zagrała. Owszem, pewne decyzje scenariuszowe mogą się wydać osobliwe i nie każdego przekonają, ogólne wykonanie jednak skutecznie przysłania pomniejsze zgrzyty i pozwala świetnie się bawić na seansie. Zachęcam gorąco wszystkich, czy to miłośników szybkich akcji, czy to okruchów życia albo zwariowanych komedii, do zapoznania się z tytułem. Równie oryginalnej i porządnej serii w swojej kategorii najprawdopodobniej bardzo długo nie zobaczymy.

Ancietejka, 15 października 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Wit Studio
Projekt: Hirotaka Katou, Yoshiyuki Sadamoto
Reżyser: Hiro Kaburaki, Ryouji Masuyama
Scenariusz: Ryouta Kousawa
Muzyka: Yutaka Yamada