Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Zapraszamy na Discord!

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

1/10
postaci: 1/10 grafika: 1/10
fabuła: 1/10 muzyka: 3/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

2/10
Głosów: 9
Średnia: 2,22
σ=1,31

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Tassadar)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Gibiate

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2020
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ジビエート
Gatunki: Przygodowe
zrzutka

Silny pretendent do miana najgorszego anime wszech czasów. Historia równie absurdalna, co słabo zrealizowana, a przez to zapewniająca fenomenalną rozrywkę dla fascynatów tego typu perełek.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Kiedy piszę te słowa pod koniec 2020 roku, tematyka Gibiate wpasowuje się w rzeczywistość niczym przejaw nieskomplikowanego, trafnego przez absolutny przypadek czarnego humoru. Anime porusza bowiem temat wirusa atakującego światową populację i zamieniającego ofiary w potwory znane jako Gibia. Stwory żądlą kolejne ofiary, zarażając je, i w ten sposób błyskawicznie rozprzestrzeniają się po całym świecie, doprowadzając do upadku cywilizacji. Wojsko jest bezradne w starciu z tym nietypowym przeciwnikiem, a starania naukowców mające na celu wynalezienie szczepionki lub skutecznego leku spełzają na niczym. Nieliczne grupki ocalałych desperatów przemierzają ruiny miast i pustkowia w poszukiwaniu schronienia, żywności i innych niezbędnych zapasów. W ciągu dnia potwory chowają się co prawda przed światłem słonecznym, ale wraz z nastaniem zmroku nikt nie może czuć się bezpiecznie.

Ponure okoliczności nie zniechęcają niewielkiej grupy ocalałych ludzi w dalekiej Japonii do podjęcia wyzwania i próby dokończenia nieudanych badań nad substancją zwalczającą wirusa, potencjalnie mogącą przywrócić jego ofiarom ludzką postać. Genialny naukowiec zbiera wokół siebie amerykańskich żołnierzy i ocalałych cywili, tworząc niewielką społeczność radzącą sobie przyzwoicie w trudnych warunkach. Mają nawet bazę wypadową wyposażoną w generator prądu zapewniający odstraszające stwory światło również w nocy i dość siły ognia, by poradzić sobie z pojedynczymi przypadkowymi gośćmi. Pytanie, dlaczego w takim razie zorganizowane jednostki wojskowe nie były w stanie stworzyć podobnych odizolowanych obozów na o wiele wyższym poziomie, łaskawie pomińmy, jest ono równoznaczne z zasadnością zastanawiania się, jak ledwo powłóczące nogami zombi są w stanie w starych filmach stanowić jakiekolwiek zagrożenie. Jak dotąd Gibiate w sposób znaczący nie odbiega więc od gatunkowych standardów. Zdaje się być typowym postapokaliptycznym średniakiem, ale już pierwszy odcinek udowadnia, że twórcy postanowili dodać do historii źle rozumiane urozmaicenia.

Oprócz poznanych już bohaterów pojawiają się bowiem… przeniesieni w czasie samuraj, ninja i mnich z okresu Edo. Ich pojawienie się w nowej rzeczywistości jest równie tajemnicze, co bezsensowne, ale przynajmniej powinno stanowić pretekst do przyjemnego siekania potworów na kawałki. Rozterki moralne wywołane faktem, że Gibia to zainfekowani ludzie, schodzą na dalszy plan, gdyż pomimo podniosłych deklaracji postaci, przetrwanie ma nadrzędne znaczenie. Przybysze z dawnych czasów napotykają wspomnianą już grupkę ocalałych i mimo dzielących ich setek lat bezproblemowo porozumiewają się współczesnym japońskim, zaś obie strony błyskawicznie przechodzą nad faktem podróży w czasie do porządku dziennego. Również jakikolwiek szok kulturowy sprowadza się do kilku zdziwionych komentarzy oraz ogólnej fascynacji zdobyczami techniki i nie jest fabularnie istotny. Jedynym wymiernym efektem owego fenomenu jest fakt, iż ekipa poszerza się o kilku dodatkowych członków potrafiących poradzić sobie w bitce. Czynią to oczywiście lepiej niż zawodowi żołnierze wyposażeni w najnowsze karabiny, bo jeśli anime nauczyło mnie czegokolwiek, to jest to fakt, że katana to najlepszy miecz jaki kiedykolwiek stworzono, zdolny przecinać czołgi na pół i samym błyskiem swej stali kładący przeciwników pokotem.

Mimo że nie mogę powstrzymać się od ironicznych prztyków pod adresem rozlicznych głupot, jakie serwują nam autorzy, to nie one ostatecznie decydują o tym, że Gibiate przez lata pozostanie na ustach fanów produkcji beznadziejnych. Kluczowe jest wykonanie, i to zarówno pod względem technicznym, jak i planowania oraz podejmowanych decyzji. Twórcy najwyraźniej cierpieli na niedobór ludzi, środków, czasu i umiejętności, przez co produkt końcowy jest nie do odratowania i jedyną słuszną decyzją byłoby nieprzystępowanie do jego realizacji w ogóle.

Rozkładając porażkę na czynniki pierwsze, rzucającym się w oczy elementem jest bezsens całej historii i napędzanie jej na siłę nielogicznymi zachowaniami oraz okolicznościami. Ocalali zmuszeni są opuścić swój bezpieczny obóz na skutek nocnej awarii generatora. Oczywiście o istnieniu zapasowego możemy zapomnieć, choć wydawać by się mogło, że to dla przeżycia sprawa kluczowa. Nawet wiedząc o strachu potworów przed światłem, bohaterowie notorycznie pakują się do ciemnych pomieszczeń bez odpowiedniego przygotowania, a w drodze obozują w warunkach wręcz samobójczych, znajdując jednocześnie czas na wizytę w gorących źródłach. Prawdziwą wisienką na torcie pozostaje jednak wyjaśnienie wielkiej tajemnicy podróży w czasie i tego, jak Gibia powstały. Oba wątki są, jak nietrudno się domyślić, powiązane, ale w tak absurdalny sposób, że wręcz turlałem się ze śmiechu, nie pamiętając równie zwariowanego zwrotu akcji od czasów niesławnego Mars of Destruction, czy też nieco nowszego Mayoiga. Niespodzianki psuć nie będę, ale zapewniam, że jest ona na swój pokrętny, masochistyczny sposób warta wyczekiwania.

Wspomniane już nielogiczne zachowania bohaterów nie ograniczają się do notorycznego pakowania się tarapaty. Postacie zwyczajnie pałętają się po ekranie, również podczas walk, rzadko robiąc coś istotnego i tocząc sensowne konwersacje, przy czym prym wiedzie etatowa nastoletnia dziewoja imieniem Kathleen, prowadząca dziennik wideo ocalałych i irytująca swą oklepaną osobowością. Autorzy bardzo chcieliby podnieść dramatyzm widowiska, dlatego uśmiercają sporo postaci, a także serwują łzawe historyjki o trudnej przeszłości, rodzinnym pojednaniu i innych dramatach na poziomie Ukrytej prawdy. W dodatku czynią to nieudolnie. Już na początku w celu budowania dramatyzmu zabita zostaje relatywnie sympatyczna postać, która następnie spogląda z nieba na ocalałych w scenie do złudzenia przypominającej parodystyczne ujęcia z Gintamy, nie zaś tytułu przynajmniej w teorii chcącego uchodzić za poważny.

W chwilach takich jak ta, gdy emocje powinny być najważniejsze i miałyby szansę uratować nawet słabą historię, wykonanie ponosi spektakularną klęskę, przytłaczając brakiem znajomości podstawowych technik reżyserii i montażu, tudzież ograniczeniami, które nie pozwoliły poskładać scen w bardziej sensowną całość. Niejednokrotnie jakikolwiek klimat całkowicie ulatywał poprzez masakrowanie przejść między nie tylko scenami, ale wręcz ujęciami. Nie brakowało momentów, w których miałem wrażenie, że po drodze umknęło mi coś istotnego – czy to, w jaki sposób dana postać nagle gdzieś się znalazła, czy najzwyczajniej w świecie, co tu się u licha teraz dzieje. Chcąc przybliżyć przybyszów z epoki Edo, scenariusz pokazuje też urywki z przeszłości, ale są one całkowicie zbędne, gdyż nie znajdują żadnego przełożenia na akcję w czasach współczesnych. Służą jedynie zapełnieniu czasu ekranowego, ponieważ niełatwo byłoby go zapchać potyczkami i głównym wątkiem, który starczyłby na film krótkometrażowy (choć chyba nie powinienem podpowiadać autorom takiej alternatywnej wersji rozwinięcia tytułu, bo jeszcze gotowi będą ją zrealizować…).

Sytuacji nie poprawia katastrofalna oprawa tytułu. Na nieruchomych kadrach modele postaci prezentują się jeszcze znośnie, wszak odpowiadał za nie sam Yoshitaka Amano, znany szerszej publiczności z ilustracji lub projektów do tytułów takich jak Guin Saga, czy też Vampire Hunter D. Z bliska prezentują się nieciekawie, a gdy zaczynają się ruszać, można wyzbyć się jakichkolwiek złudzeń. Pomijam kwestie pokroju mizernej liczby klatek animacji, przez które wszyscy poruszają się niczym roboty, i sterylnych aż do bólu teł. Wykonanie pada wskutek problemów jeszcze prostszych i bardziej podstawowych. Wszelkie sceny, w których wymagany jest dynamiczny ruch, zwłaszcza walki, są kadrowane w sporym przybliżeniu, ukazującym jedynie fragmenty modeli bohaterów i potworów, a czasami wręcz tylko pełznące powoli ostrze miecza czy też żądło. Są też notorycznie powtarzane, czasem w obrębie jednego ujęcia, niczym zapętlone obrazki z internetu, lub też przysłaniane fragmentami kończyn postaci i elementów otoczenia. Nie brakuje stylizowanych nieruchomych kadrów, ale brak szczegółowości tylko potęguje wrażenie byle jakiego wykonania każdego elementu serialu. Gwoździem do trumny są komputerowe modele potworów, nie tylko wyraźnie odstające od elementów narysowanych, jak gdyby były doklejone w pośpiechu, ale też fatalnie animowane, mało szczegółowe i wręcz komiczne. Moim osobisty faworytem pozostaje różowy „tyranozaur”, ale cały bestiariusz w równym stopniu woła o pomstę do nieba.

Jedynym elementem, który minimalnie odstaje od tandetnego poziomu tytułu, jest muzyka, wykorzystująca tradycyjne japońskie instrumenty i momentami nie bez powodu przywodząca na myśl stare anime z lat 80. i 90., ale nieumiejętnie wykorzystana i powtarzalna, przez co wtapia się w tło, by dać się zauważyć tylko wtedy, kiedy gryzie się z akcją na ekranie, jak choćby w openingu wykorzystującym zlepek scen z poszczególnych odcinków. Pojęcia nie mam natomiast, jakim cudem udało się do projektu zaangażować grupę relatywnie znanych seiyuu, zwłaszcza tych starszych stażem i grających dojrzalszych wiekiem bohaterów. Albo nie wiedzieli, w co się pakują, albo też na tym etapie kariery mogą sobie pozwolić na udział w dowolnej niszowej produkcji dla samych wrażeń. Nagrywanie linii dialogowych do tego anime musiało być niezapomnianym przeżyciem, bo cierpienie słyszalne w głosach niektórych postaci jest autentyczne, ale obawiam się, iż z niewłaściwych powodów.

Za każdym razem mam dylemat przy ocenianiu tytułów pokroju Gibiate. Są one tak niezaprzeczalnie słabe, że szukanie jakichkolwiek elementów pozytywnych wydaje się zadaniem z góry skazanym na porażkę. Fakt, że katana głównego bohatera nie okazuje się ostatecznie niezniszczalna, a jedyna rzeczywiście możliwa do polubienia postać ginie w całkiem dobrze wieńczącej jej charakter scenie, to jedyne dwie zalety, jakie byłem w stanie w serialu dostrzec. Reszta jest wprost tragiczna, ale dzięki temu seans był niepokojąco wciągającym doznaniem. Jest niczym odkopanie w zakamarkach internetu niezapomnianego tureckiego Dünyayı Kurtaran Adam w wersji bez jakichkolwiek napisów i nie zastanawianie się nad tym, co widzą oczy, w desperackiej próbie ratowania szarych komórek. Jakkolwiek by to więc nie brzmiało, Gibiate, dostaje moją szczerą rekomendację. Polecam każdemu, wrażenia będą niepowtarzalne i niezapomniane.

Tassadar, 25 października 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Lunch Box, Studio Elle
Autor: Ryou Aoki
Projekt: Kenta Nozawa, Masahiko Komino, Mikako Kunii, Naoki Serizawa, Yoshi Wakayama, Yoshitaka Amano
Reżyser: Hiroshi Tamada, Masahiko Komino
Muzyka: Yuuzou Koshiro