Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 6/10
muzyka: 6/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 35
Średnia: 7,6
σ=1,27

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Tondemo Skill de Isekai Hourou Meshi

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2023
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Campfire Cooking in Another World with My Absurd Skill
  • とんでもスキルで異世界放浪メシ
Postaci: Kucharze/cukiernicy; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Beztroskie gotowanie w innym świecie, czyli antyheroiczna komedia w drobnomieszczańskim wydaniu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Spośród wielu gatunków anime isekai jest jednym z tych, w którym najtrudniej stworzyć coś oryginalnego. Kolejne serie o przygodach w alternatywnym świecie powstają jak grzyby po deszczu i nawet jeśli pojawi się coś świeżego, to nowy motyw zostaje szybko wykorzystany przez konkurencję (np. wykluczenie sprowadzonego bohatera ze społeczeństwa czy rezygnacja herosa z wielkich czynów na rzecz prostych zajęć, takich jak np. ogrodnictwo). Choć jest to wiekowy gatunek (i to dosłownie – mówi się, że zaginione anime z 1918 roku, Urashima Tarou było nie tylko pierwszą japońską animacją, ale i pierwszym isekajem), to jego popularność wzrosła najbardziej w ostatniej dekadzie na fali rozwijającego się rynku gier komputerowych, zwłaszcza z gatunku cRPG i MMORPG. Powiem więcej, twórcy isekajów często wprost nawiązują do interfejsu wirtualnej rozrywki, ułatwiając w ten sposób widzom poznanie reguł świata przedstawionego (a w bardziej cynicznym wariancie – by ułatwić sobie pracę nad ekspozycją nowej rzeczywistości).

Choć nie jestem fanem isekajów (powiedziałbym wręcz, że nie przepadam za tym gatunkiem), to omawiane dziś anime obejrzałem z niemałą przyjemnością. Co więcej, był to seans tyleż relaksujący, co frapujący, bowiem przez długi czas nie mogłem zrozumieć, co jest tak dobrego w tym serialu.

Ramy fabularne nie grzeszą oryginalnością. Oto do świata fantasy sprowadzono czwórkę bohaterów z innego świata: troje licealistów i 27­‑letniego pracownika korporacji, Tsuyoshiego Mukoudę. Podczas gdy młodzież otrzymała w nowym świecie wspaniałe bitewne talenty, kapryśny los obdarzył naszego bohatera specyficzną umiejętnością – może zamawiać przez internet rozmaite produkty, płacąc przy tym lokalną walutą. Wyczuwając lekką konsternację króla i jego świty (a także podejrzewając, że to całe przyzywanie bohaterów jest jakimś szwindlem), Tsuyoshi prosi o możliwość opuszczenia kompanii, by wyruszyć w szeroki świat. Choć pierwsze kroki w nowej rzeczywistości są nieco dołujące, protagonista szybko odkrywa, że dostęp do wszelakich dóbr połączony z talentem do gotowania jest w stanie rozwiązać niejeden problem o wiele skuteczniej niż miecz lub zaklęcie. Jednak zanim bohater w pełni zbada swoje możliwości, o jego rozwój osobisty zadba jedna z najpotężniejszych bestii tego świata, mityczny Fenrir. Ich pierwsze spotkanie jest nieco nerwowe, ale ostatecznie legendarne stworzenie łaskawie zezwala, by Tsuyoshi stał się jego właścicielem, o ile tylko będzie go regularnie karmił. Chcąc nie chcąc nasz bohater zawiera kontrakt z Fenrirem i wyrusza na poszukiwanie nowych przygód. Oczywiście pamiętając o regularnych przerwach na posiłek.

Było? Było. Mieliśmy już bohatera, który nie spełnia oczekiwań lokalnej władzy, mieliśmy już protagonistę, który posiada na pierwszy rzut oka niespecjalnie przydatny talent (choć podejrzewam, że hobbici z książek J.R.R. Tolkiena mieliby inne zdanie), mieliśmy już pomoc potężnej istoty, która rozwiązuje wszystkie doczesne problemy głównej postaci. Powiem więcej – jeśli ktoś myśli, że po przedstawieniu podstawowych założeń scenariusza seria trzyma jeszcze w zanadrzu masę zwrotów akcji, to muszę go rozczarować. Co prawda pierwsze dwa odcinki zapowiadają interesującą parodię współczesnej japońskiej fantastyki, jednak gdy Tsuyoshi i Fenrir (któremu nasz bohater nadaje imię Fel) wyruszają w podróż, cała historia sprowadza się do kolejnych wędrówek, pozyskiwania funduszy na lokalne i internetowe produkty oraz radosnej, nieskrępowanej konsumpcji. Jedynym istotniejszym wydarzeniem jest przekształcenie tego duetu w trio, kiedy Tsuyoshi przygarnia małego galaretowatego stworka, któremu nadaje imię Sui.

A zatem nie mamy fabuły, reguły rządzące tym światem nie grzeszą oryginalnością i, co najdziwniejsze – nie mamy żadnej wagi wydarzeń. Twórcy trzymają się tego, co powiedziano na początku, bowiem przechwałki o sile Fela okazują się całkowicie zasadne: przez cały seans nie poznamy ani jednej bestii, ani jednego herosa, ani jednego nadnaturalnego stworzenia, które mogłoby zagrozić wszechmocnemu Fenrirowi. Co więcej, potrafi on stworzyć magiczną barierę, za pomocą której chroni towarzyszy. Mało tego – strefa ochronna nie znika nawet gdy Fel znacząco oddali się od kompanii. Czyli naszemu bohaterowi nie grozi żadne niebezpieczeństwo, niezależnie od okoliczności.

Skoro zostaliśmy wręcz ostentacyjnie pozbawieni klasycznych elementów dobrze napisanej historii fantasy, co sprawiło, że tak dobrze się bawiłem? Pod koniec pierwszego seansu wreszcie zrozumiałem: Tondemo Skill de Isekai Hourou Meshi działa, ponieważ wpuszczono do tej historii motywy z klasycznej europejskiej komedii. Kiedy oglądałem pierwsze odcinki, wyczuwałem w tej serii „przygodę w starym stylu”, jednak dopiero po czasie uderzyło mnie, że muszę cofnąć się aż do XIX wieku. Studio MAPPA może i stworzyło serię osadzoną w typowym (by nie powiedzieć – oklepanym) świecie magii i miecza, jednak klimatem przypomina ona bardziej twórczość Jerome K. Jerome'a (Trzech panów w łódce (nie licząc psa), Trzech panów na włóczędze) niż Tolkiena i innych klasyków fantastyki. Zamiast heroicznych przygód – kulinarne szaleństwo. Zamiast widowiskowych pojedynków – prosta, szybka walka ocierająca się o farsę. Zamiast wielkich konfliktów w drużynie – przekomarzanie się i niewinne docinki. Tsuyoshi Mukouda nie chce być bohaterem i, w przeciwieństwie do wielu isekajowych protagonistów składających podobne deklaracje, stara się realizować swój plan bez względu na okoliczności. Koniec końców, wieści o jego czynach zataczają coraz szersze kręgi, aczkolwiek w tym anime wyraźnie widać, że przypływ sławy odbywa się wbrew woli protagonisty.

Oczywiście nie twierdzę, że twórcy czerpią nie wiadomo ile z dzieł tylko jednego autora – znajdziemy tu elementy typowe dla Hrabala, innym razem miałem skojarzenia ze wspaniałym Klubem Pickwicka Karola Dickensa, a z bardziej współczesnych nawiązań trio naszych bohaterów ma sporo cech zespołu Clarkson­‑May­‑Hammond z programów motoryzacyjno­‑podróżniczych Top Gear i Grand Tour (Fel mógłby śmiało powtórzyć znane i jakże skromne zdanie Jeremy’ego Clarksona „Czasami mój geniusz jest wręcz przerażający”).

W tej specyficznej, komediowej rzeczywistości osadzono drużynę. Tsuyoshi Mukouda jest pozytywnym bohaterem mieszczańskiej historii par excellence: niebywale porządny i uczciwy, ale jednocześnie obrotny i kuty na cztery nogi. Jak przystało na sprytnego handlarza, szybko orientuje się, że może łatwo zaspokoić lokalny popyt na towary ekskluzywne. I choć nie udaje mu osiągnąć wymarzonego „świętego spokoju”, to gotów jest na wiele, byleby go osiągnąć, a jego ambicje skierowane są bardziej ku wygodnictwu niż wielkiej przygodzie.

Jeśli chodzi o Fenrira, to twórcom udało się nadać mu pozory psychologicznego realizmu: wierzymy, że Fel jest prastarą istotą, dysponującą tajemną wiedzą znaną tylko nielicznym, ale jego przesadna wiara we własną nieomylność zostaje od czasu do czasu ukarana, przynajmniej w czasie słownych potyczek. Cieszy mnie to tym bardziej, że łatwo było tego bohatera zepsuć: gdyby Fel miał we wszystkim rację, to jego postać stałaby się jednowymiarową encyklopedią i maszynką do zabijania, którą trzeba jedynie regularnie karmić. Natomiast gdyby stworzono z niego potężną, ale niezbyt lotną bestię, trochę nie dowierzałbym, że to nobliwa istota, budząca powszechny respekt nawet wśród innych legendarnych stworzeń.

Trzeci bohater, Sui, to typowy najmłodszy członek zespołu. Z jednej strony jest najbardziej niewinny i zapatrzony w swoich starszych kolegów jak w obrazek, z drugiej – jego kipiąca z ekranu uroczość kontrastuje z olbrzymią chęcią do bitki. Kontrast między niewinną słodyczą na co dzień, a brutalnością w scenach bitewnych buduje komizm tej postaci, szczególnie w chwilach, gdy Tsuyoshi z zakłopotaniem obserwuje jak jego podopieczny dorasta.

Mieliśmy już sporo serii kulinarnych – bywały słodkie dziewczynki, uroczy panowie i ich słodkie wypieki (Yumeiro Pâtissière), trafiało się gotowanie w knajpie, którą odwiedzają postacie z rozmaitych wymiarów (Isekai Shokudou), były szkolne pojedynki kulinarne (Shokugeki no Souma) i niezliczone serie o młodych pracownikach restauracji (Working!!). Czy zatem Tondemo Skill de Isekai Hourou Meshi wyróżnia się czymś na tle konkurencji? Tak – szeroko rozumianym klimatem, któremu bardzo daleko do utartych schematów. Co prawda Tsuyoshi czasem wyjaśnia, czym można zastąpić część upolowanych bestii i niektóre przepisy dałoby radę odtworzyć w domowym zaciszu, jednak ważniejsza jest tu radość z dzielenia się posiłkiem w dobrym towarzystwie. I nie są to klasyczne japońskie chwile odprężenia po ciężkim dniu pracy, czy obserwowanie jak nasi uroczy bohaterowie uroczo konsumują. W tym anime idziemy z grupą starych kumpli na biwak, podczas którego nikt nie chce gadać o poważnych rzeczach. Pierwszy seans Tondemo Skill de Isekai Hourou Meshi był niczym cotygodniowa wyprawa dobrze sytuowanych starych kawalerów (ewentualnie słomianych wdowców, którzy dostali przepustki od kochających małżonek), którzy odnajdują radość w pięknie przyrody i ekskluzywnym, acz solidnym jedzeniu.

Innym elementem typowym dla mieszczańskiej komedii w starym stylu jest swoista niewinność produkcji. Byłem mile zaskoczony, gdy zrozumiałem, że w całej serii nie pojawi się żaden istotny czarny charakter. Owszem, spotkamy się z bandytami i natrafimy na niebezpieczne stwory, ale pokonanie ich nigdy nie jest zbyt czasochłonne. Co więcej, scenariusz traktuje je raczej jako kłopotliwe przeszkody (lub źródło pożywnego mięsa) niż jako prawdziwe zagrożenie o mrocznych motywacjach.

Jeszcze inną kwestią, przemawiającą za tym, że to drobnomieszczańska, starokawalerska rozrywka, jest praktyczny brak kobiecych postaci. Co prawda od czasu do czasu protagonista nawiązuje kontakt z boginią Ninlil, ale są to krótkie scenki komediowe niemające prawie żadnego wpływu na decyzje bohatera. Innych większych ról dla płci pięknej nie przewidziano. Z drugiej strony, jak to w seriach podróżniczych bywa, postacie drugoplanowe nie zostały przesadnie rozbudowane i choć są to w większości bardzo sympatyczne osoby, jakoś za nimi nie tęsknię. Trochę żałuję, bo aż chciałoby się zobaczyć jak wyglądają interakcje Tsuyoshiego z normalnymi przedstawicielami tego świata. Natomiast miło mi wspomnieć, że skoro trafiliśmy do porządnej, mieszczańskiej krainy, a nie jakiegoś folgującego sobie isekaja dla rozbrykanej młodzieży, to w serialu praktycznie nie znajdziemy fanserwisu. Nie jest to może nie wiadomo jaka zaleta, jednak, jak na serię fantasy z męskim bohaterem obdarzonym niezwykłymi mocami to bardzo miły, ostatnio rzadko spotykany akcent.

Oprawa audiowizualna stoi na solidnym, akceptowalnym poziomie. Dominują proste, biwakowe melodie – nie zapadają w pamięć, ale i nie przeszkadzają. Za to mogę pochwalić piosenki na otwarcie i zakończenie odcinków, dobrze podkreślające luźny, humorystyczny charakter serii. Szczególnie zapadł mi w pamięć wokal w czołówce, gdzie piosenkarz jest jakimś cudem jednocześnie radosny i trochę znudzony, co ku mojemu zdumieniu bardzo pasuje.

W przypadku grafiki, mój największy zarzut dotyczy oprawy wizualnej tyłówki – nie dlatego, że jest zła. Przeciwnie, prezentuje się aż za dobrze. Studio zamieściło tam uroczą animację w starym stylu i zdecydowanie chętniej obejrzałbym całość właśnie w takim klimacie zamiast klasycznej wizji typowego świata fantasy. Wszystko prezentuje się solidnie, może poza animacją walk (aczkolwiek tu dość często ocieramy się o komediową przesadę, spójną z założeniami scenariusza), natomiast nie zakwalifikowałbym tej serii do wizualnych łakoci.

Tondemo Skill de Isekai Hourou Meshi jest serią dość specyficzną, która z pewnością nie każdego przekona. Niewiele się dzieje, klimat rozrywki w starym stylu nie musi się spodobać i jest to seria, którą chyba powinni sobie odpuścić ci, którzy oczekują klasycznego fantasy, gdyż więcej tu kulinarnych podróży w alternatywnym świecie. Mimo to zdecydowanie polecam dać tej serii szansę, choć sugerowałbym pewną wstrzemięźliwość w oglądaniu. Jak rzadko kiedy, tym razem warto obejrzeć to anime tak, jak wymyślili sobie producenci – czyli po jednym odcinku co tydzień, najlepiej między innymi seriami. Gdy będziecie już zmęczeni wstrząsającymi dramatami, wzruszeni słodkimi historiami miłosnymi i nieco pobudzeni po bitkach w kinie sensacyjnym, warto w ramach przerwy udać się na wyżerkę z kumplami, którzy nie stawiają Wam żadnych wymagań. Ewentualnie poproszą o odrobinę soli.

Sulpice9, 5 maja 2023

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Mappa
Autor: Ren Eguchi
Projekt: Masa, Nao Ootsu
Reżyser: Kiyoshi Matsuda
Scenariusz: Michiko Yokote
Muzyka: Kana Utatane, Kuricorder Quartet, Masato Kouda

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Tondemo Skill de Isekai Hourou Meshi - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl