x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Re: .
O matko.
Murakami, młody miłośnik astronomii z Traumatyczną Przeszłością™, który nie potrafi dużo więcej od płaczu, no, może raz czy dwa wpadnie na jakiś błyskotliwy pomysł. Tyle wiem o głównym bohaterze. Co do samych wiedźm (czy czarownic, jakkolwiek by to nie było), mam parę dość istotnych pytań na temat ich pochodzenia/powstania, które nie zostały nawet poruszone podczas seansu. No, trudno. Tylko, że to nie jedyna bolączka – kilka rozpoczętych wątków nie doczekało się zamknięcia, i to takich dość istotnych. Jak np. kliknij: ukryte co było w tej 'probówce', którą Murakami oddał wujkowi do badań, jak zamierzają powstrzymać kreatury w wiedźmach przed wykluciem itd.
Większość tego anime to nudna jak flaki z olejem opowieść o płaczku, który nie potrafi zostawić przeszłości za sobą i żyje marzeniami. Nie jest źle, ale po prostu nudno.
Co do soundtracku, jest on całkiem porządny. Muzyka użyta w tle całkowicie pasuje do danej sytuacji i wpada w ucho. Obydwa openingi, czyli dubstepowaty „BRYNHILDR IN THE DARKNESS -Ver. EJECTED-" w wykonaniu Nao Tokisawy, jak i utrzymany w bardziej 'hardkorowych' klimatach „Virtue and Vice” w wykonaniu Fear, and Loathing in Las Vegas są dość chwytliwe i wpadają w ucho (przynajmniej mi), natomiast wizualnie wypadają po prostu… słabo. Pierwszy z nich to po prostu pokaz slajdów, a drugi, mimo że stoi dużo lepiej od pierwszego, bezwstydnie się urywa po minucie i 28 sekundach (jak gdyby producentów nie było stać na wykorzystanie dwóch sekund więcej i zamknięcie openingu po ludzku).
Jak brakautora już wspomniał, 'jak się wyłączy mózg po ciężkim dniu, to można oglądać i nawet czerpać z tego przyjemność. 5/10.' – podtrzymam tą ocenę. 5/10 w powyższych warunkach. Jednak, jeżeli przypatrzeć się z boku, czy może przypadkiem tego mózgu się nie wyłączy, ocena spada do 2‑3/10. Zasada trzech odcinków – jak się spodoba, ciągnąć do końca, jak nie, wyłączyć i nie żałować niczego.
Cukier, słodkości i różne śliczności...
Pierwsze, na co zwróciłem uwagę to nietypowa oprawa graficzna. Za dużo przetwarzania wszystkiego przez różne filtry, upiększania na siłę, różnych innych zabiegów i wychodzi to, co wyszło. Innymi słowy – da się przyzwyczaić, ale początki z tym anime to istna tragedia.
Potem przychodzi fabuła. Czyli wielka niewiadoma. Po całym seansie mam nawet więcej pytań, niż po pierwszym odcinku. Mamy tutaj dziewczyny‑statki, które z tego czy innego powodu są takie lub inne (twórcy nawet wysilili się na wytłumaczenie w postaci modułów dogranych przez każdą z dziewczyn‑statków, tylko po co?). I tak oto, zostaje nam przedstawiony młodociany geniusz‑kapitan, jego załoga (o której wiemy tylko tyle, jakiej są płci), jego statek, Ionę, jej dwie siostry bliźniaczki, złe do szpiku kości (dlaczego… zabijcie, nie wiem), Takao, zakochaną po uszy w naszym kapitanie… mam wymieniać dalej?
Pokrótce mówiąc – oryginalność kończy się na grafice, postaci są osobowościowo płaskie jak decha, historia to typowe Deus Ex Machina, a w dodatku twórcy postawili na najtańszą kartę, która po prostu psuje seans – Friendship Is Magic™.
Jedynym plusem dla mnie była strona dźwiękowa. Opening znałem od jakiegoś roku przed rozpoczęciem seansu (szczerze mówiąc, tylko on mnie do obejrzenia zachęcił), czyli 'SAVIOR OF SONG' w wykonaniu nano oraz MY FIRST STORY. Ending, czyli 'Blue field' w wykonaniu Trident, w sensie wizualnym „dupy nie urywa”, aczkolwiek jest przyjemny dla ucha.
Propsy do recenzenta za porównanie ostatecznego 'statku' Kongo do Death Stara – czuć na milę, że twórcy inspirowali się Gwiezdnymi Wojnami przy rysowaniu tego czegoś.
Ostatecznie… 4/10. Dlaczego tak wysoko? +1 za Kongo i całe +3 za stronę dźwiękową. Bez kija nie podchodzić.
Loli Harem The Animation
Nie zniechęciło was to? Okej, to słuchajcie tego. Ta seria jest o resztce ludzkości mieszkającej w obszarze chronionym przez wielki mur, za którym czeka ich pewna śmierć z rąk wielkich potworów. Wszystko spoko, tylko czemu nie nazywa się to Attack on Black Bullet? Dobra, to może dalej: dwójka protagonistów to chłopak bez ręki i nogi (z ruchomymi protezami z metalu) i jego młodszy, acz znacznie sprawniejszy fizycznie sidekick. Full Bullet Alchemist?
Okej, to może spróbujmy opisać bohaterów. Jak to zwyczaj w długiej tradycji anime głosi, większość wątków bohaterów nie zostało zamkniętych… tutaj nawet nie zostały one rozwinięte! Mamy chłopaka z Traumatyczną Przeszłością™, posiadającego własny loli harem (tylko dlatego że nie dyskryminuje tychże lolitek), jego loli‑fiance, która jest bezgranicznie zakochana w tym chłopaku (mimo różnicy jakichś plus minus 6‑8 lat), nie wspominając o ich 'szefie', czyli nastolatce z Porachunkami Z Rodziną™, która oczywiście jakąś miętę do protagonisty czuje (ale po co to rozwijać skoro to tylko prosty shounen?)... obok tego towarzystwa mamy panią prezydent z mnóstwem wrogów, bo Dobra Do Bólu™, jej ochroniarza, który bez wyraźnego powodu nienawidzi protagonisty i próbuje go, bezskutecznie, zgładzić… jedyną słodką kroplą w tym morzu wody bez smaku jest dwójka 'antagonistów', którzy w sumie antagonistami nie są – Zamaskowany Jegomość™ i jego loli córeczka (a jakże!), która ma dość niezłe zadatki na psychopatycznego rzeźnika.
Sountrack był chyba jedyną rzeczą, którą uważam za bezwzględny plus. Opening 'black bullet' od fripSide, cieszy nie tylko ucho, ale również oko, co również można powiedzieć o endingu 'Tokohana' od yanaginagi – który skupia się na głównej lolitce. Swoją drogą, słuchając ending miałem nieodparte wrażenie, że jest podobny do 'Utsusemi' Akiko Shikaty (ending Itsuka Tenma no Kuro Usagi)... ale to chyba jedynie moje zdanie, że brzmią podobnie?
Do oceny! Przeciętniak na nudny wieczór. Żeby pomógł zasnąć. 4/10.
Good End niby jest, ale samo anime 'good' raczej nie jest
Cios za ciosem, konsekwentnie zagłębiałem się w temat aż doszedłem do ostatniego etapu – domniemanego anime, MCA. Jak zwykle, było parę plusów, parę minusów, ale najbardziej zabolało mnie to, że samo anime jest kupą niezrozumiałego gruzu, zlepkiem tak czy inaczej połączonych ze sobą zdarzeń które same z siebie nie dają absolutnie nic.
Ale do rzeczy. Pierwsze, co rzuca się w oko, to grafika. Wystarczy jedno spojrzenie, by przypomnieć sobie słowa piosenki 'Ale to już było'. Sceny prezentujące samo otoczenie, kadr po kadrze przybliżenia innych postaci, jak i to typowe obrócenie szyi, tak dobrze znane z Bakemonogatari... Co za dużo, to niezdrowo. No, tak, pozostaje jeszcze kwestia 'Ayano's Theory of Happiness', którego klip w anime został tak spartolony, że nawet nasi piłkarze by się tego nie powstydzili.
Z drugiej strony bardzo podobał mi się koncept puszczania co odcinek innej piosenki z repertuaru Jina (Shizen no Teki‑P), oryginalnego twórcy KagePro, w aranżacji takich artystów jak LiSA czy Okui Aki.
Grafika, piosenki, co dalej… fabuła. Ach. Tutaj zmieszczę jeden, dosadny komentarz: osoby bez znajomości KagePro nie mają zbyt wiele tu szukać. Przed seansem zalecam uzbroić się w cierpliwość i chęci do przeczytania jednego z wielu dostępnych 'przewodników' po KagePro, krok po kroku zagłębić się w historię przedstawioną w serii piosenek i wreszcie obejrzeć MCA, choćby po to, by zobaczyć, jak wygląda ów Good End, kliknij: ukryte kończący pętlę ciągłego resetowania wydarzeń przez domniemaną 'Królową', czyli Mary. Serio – kolejność wydarzeń przedstawionych jest co najmniej chaotyczna, rzucając laika w tym temacie na bardzo głęboką wodę, co dopiero pod koniec serii, gdzie względnie nic się kupy nie trzyma, a wydarzenia są opowiedziane z prędkością karabinu maszynowego.
Co na koniec… postaci, oczywiście. Shintaro, nasz protagonista, który na takowego w serii anime wcale nie wyszedł, jakoś wcielił się w swoją rolę. To samo można powiedzieć o Kido, Kano czy Seto… zapomnijcie, wrzućmy wszystkie postaci do worka z podpisem 'nie ma na co narzekać'. Teraz wyjmijmy z tego worka Kurohę, który wyszedł na kompletnego kretyna. Podstawmy go do Kurohy z 'Outer Science', kliknij: ukryte bezwzględnego mordercę, który przez desperację zmusza Mary do zresetowania wydarzeń, czy nawet Kurohy z 'Lost Time Memory', kliknij: ukryte który odbywał wewnętrzną walkę z wężem, próbując poświęcić samego siebie zamiast zabijania Shintaro. Jest kontrast? Dokładnie, wypada raczej blado i bezsensownie.
A więc, ocena. MCA wybitne nie jest, aczkolwiek to zawsze ten dodatek do Kagerou Project, do przygody z którym gorąco zachęcam. Innymi słowy – oglądać, owszem, ale po uprzednim zapoznaniu się z całą resztą tematu.
Re: Co to miało być?
Co to miało być?
Mamy tu do czynienia z czymś pokroju Gin no Saji. Rolnicy tu i tam, humor w stylu random itd. Niestety, mieszanka tego, humoru o podtekstach seksualnych i więcej randomu nie wyszło tej serii na dobre. Pierwszy odcinek, jak to pierwsze odcinki zazwyczaj mają w naturze, „dupy nie urywał”, ale mimo to zapowiadał coś w miarę przyjemnego i dość śmiesznego. I to wszystko legło w gruzach w miarę szybko. Pomijając sam fakt, że główni bohaterowie (zwłaszcza Kousaku) dość szybko utożsamili się z faktem, iż kliknij: ukryte Ringo to tak naprawdę idolka Yuka (to w ogóle był spoiler?), to seria zeszła na dno i wprowadziła prymitywizm humoru o wiele szybciej.
I tak oto z całkiem dobrej koncepcji przeszliśmy na sceny zawierające takie rarytasy, jak kliknij: ukryte dyskusja o istocie majtek, harce w strojach kąpielowych w trakcie huraganu czy w końcu bitwa skąpo odzianych panien w błocie, przeplatanych, oczywiście, kryzysami naturalnymi i rolniczymi gadankami. Nie żebym narzekał, bo co jak co, ale te pogadanki były całkiem na poziomie.
I tak oto dotarliśmy do oceny końcowej, która tym razem nie zostanie aż tak bardzo zmieniona po uwzględnieniu końcówki, która nie zaskoczyła mnie w sumie niczym po wprowadzeniu takich a nie innych rozwiązań. Czyli… 4/10. Nie było źle, ale za dobrze też nie było. Czas nie do końca zmarnowany, chociaż zawodów było wiele.
To romansówka czy już zoofilia?
Poza tym, zalatywało sporawą ilością „tanich” rozwiązań fabularnych, By Każdy Był Szczęśliwy™. Powiedzmy sobie szczerze. kliknij: ukryte „Wszyscy Jesteśmy Przyjaciółmi”, „Nie Odpowiem Bo Nie (Konie Mnie Potrzebują)" czy „Kochamy Go Bo Tak” to nie najlepszy sposób na wypchanie wątku bullsh*tem.
Generalnie zawinił tu nadmiar joustingu. Tu koń, tam koń. Wszędzie konie, a fabuła gdzie? No właśnie. Gdzieś się plącze między kopytami.
No, cóż. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pomimo faktu, że mało nie przysnąłem pod koniec serii ( kliknij: ukryte ło Matko, klacz rodzi, klękajcie narody! „I tak przy okazji nie pomogę żadnej z was bo KOŃ RODZI!!!11oneoneleven”), rozwiązanie turnieju w sposób nie‑bardzo‑shounenowy ( kliknij: ukryte nie‑bardzo‑antagonistyczna‑antagonistka wygrywa, yay) było całkiem „świeżym” powiewem. No i ta względna różnorodność fabularna (czyli tam, gdzie konie były tylko przelotnie) również zaliczam na plus.
Na grafikę nie narzekam, co do części dźwiękowej… najgorzej nie było, fakt faktem.
Solidne 4/10.