Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Komentarze

Nanashi

  • Avatar
    Nanashi 7.08.2014 11:54
    Re: .
    Komentarz do recenzji "Gokukoku no Brynhildr"
    Co do roztopienia nie byłbym taki pewny – Chisato wprost powiedział, że  kliknij: ukryte  – 3:40 w 12 odcinku.
  • Avatar
    A
    Nanashi 7.08.2014 11:43
    O matko.
    Komentarz do recenzji "Gokukoku no Brynhildr"
    Kolejna z produkcji, które nawet nie starają się czegokolwiek wyjaśnić. Dlaczego takie buble powstają nie mnie wiedzieć, a z tego co się dowiedziałem po seansie Gokukoku no Brynhildr, to i nie mnie oglądać.

    Murakami, młody miłośnik astronomii z Traumatyczną Przeszłością™, który nie potrafi dużo więcej od płaczu, no, może raz czy dwa wpadnie na jakiś błyskotliwy pomysł. Tyle wiem o głównym bohaterze. Co do samych wiedźm (czy czarownic, jakkolwiek by to nie było), mam parę dość istotnych pytań na temat ich pochodzenia/powstania, które nie zostały nawet poruszone podczas seansu. No, trudno. Tylko, że to nie jedyna bolączka – kilka rozpoczętych wątków nie doczekało się zamknięcia, i to takich dość istotnych. Jak np.  kliknij: ukryte .

    Większość tego anime to nudna jak flaki z olejem opowieść o płaczku, który nie potrafi zostawić przeszłości za sobą i żyje marzeniami. Nie jest źle, ale po prostu nudno.

    Co do soundtracku, jest on całkiem porządny. Muzyka użyta w tle całkowicie pasuje do danej sytuacji i wpada w ucho. Obydwa openingi, czyli dubstepowaty „BRYNHILDR IN THE DARKNESS -Ver. EJECTED-" w wykonaniu Nao Tokisawy, jak i utrzymany w bardziej 'hardkorowych' klimatach „Virtue and Vice” w wykonaniu Fear, and Loathing in Las Vegas są dość chwytliwe i wpadają w ucho (przynajmniej mi), natomiast wizualnie wypadają po prostu… słabo. Pierwszy z nich to po prostu pokaz slajdów, a drugi, mimo że stoi dużo lepiej od pierwszego, bezwstydnie się urywa po minucie i 28 sekundach (jak gdyby producentów nie było stać na wykorzystanie dwóch sekund więcej i zamknięcie openingu po ludzku).

    Jak brakautora już wspomniał, 'jak się wyłączy mózg po ciężkim dniu, to można oglądać i nawet czerpać z tego przyjemność. 5/10.' – podtrzymam tą ocenę. 5/10 w powyższych warunkach. Jednak, jeżeli przypatrzeć się z boku, czy może przypadkiem tego mózgu się nie wyłączy, ocena spada do 2­‑3/10. Zasada trzech odcinków – jak się spodoba, ciągnąć do końca, jak nie, wyłączyć i nie żałować niczego.
  • Avatar
    A
    Nanashi 6.08.2014 14:18
    Cukier, słodkości i różne śliczności...
    Komentarz do recenzji "Aoki Hagane no Arpeggio -Ars Nova-"
    Oto składniki, które wybrano do stworzenia idealnych dziewczynek. Ale nieznana siła dodała do mieszanki jeszcze jeden, przypadkowy składnik – związek X! I tak oto narodziła się grupa atomowych dziewczynek – Flota Mgły! Świadome swej niezwykłej siły postanowiły poświęcić się podbijaniu Ziemi!

    Pierwsze, na co zwróciłem uwagę to nietypowa oprawa graficzna. Za dużo przetwarzania wszystkiego przez różne filtry, upiększania na siłę, różnych innych zabiegów i wychodzi to, co wyszło. Innymi słowy – da się przyzwyczaić, ale początki z tym anime to istna tragedia.

    Potem przychodzi fabuła. Czyli wielka niewiadoma. Po całym seansie mam nawet więcej pytań, niż po pierwszym odcinku. Mamy tutaj dziewczyny­‑statki, które z tego czy innego powodu są takie lub inne (twórcy nawet wysilili się na wytłumaczenie w postaci modułów dogranych przez każdą z dziewczyn­‑statków, tylko po co?). I tak oto, zostaje nam przedstawiony młodociany geniusz­‑kapitan, jego załoga (o której wiemy tylko tyle, jakiej są płci), jego statek, Ionę, jej dwie siostry bliźniaczki, złe do szpiku kości (dlaczego… zabijcie, nie wiem), Takao, zakochaną po uszy w naszym kapitanie… mam wymieniać dalej?

    Pokrótce mówiąc – oryginalność kończy się na grafice, postaci są osobowościowo płaskie jak decha, historia to typowe Deus Ex Machina, a w dodatku twórcy postawili na najtańszą kartę, która po prostu psuje seans – Friendship Is Magic™.

    Jedynym plusem dla mnie była strona dźwiękowa. Opening znałem od jakiegoś roku przed rozpoczęciem seansu (szczerze mówiąc, tylko on mnie do obejrzenia zachęcił), czyli 'SAVIOR OF SONG' w wykonaniu nano oraz MY FIRST STORY. Ending, czyli 'Blue field' w wykonaniu Trident, w sensie wizualnym „dupy nie urywa”, aczkolwiek jest przyjemny dla ucha.

    Propsy do recenzenta za porównanie ostatecznego 'statku' Kongo do Death Stara – czuć na milę, że twórcy inspirowali się Gwiezdnymi Wojnami przy rysowaniu tego czegoś.

    Ostatecznie… 4/10. Dlaczego tak wysoko? +1 za Kongo i całe +3 za stronę dźwiękową. Bez kija nie podchodzić.
  • Avatar
    A
    Nanashi 3.08.2014 19:13
    Loli Harem The Animation
    Komentarz do recenzji "Black Bullet"
    Powiedzmy sobie szczerze, wszyscy wiemy że ta seria nie jest ani oryginalna, ani świeża, ani innowacyjna, więc dlaczego ją oglądamy? Z ciekawości. A ciekawość to pierwszy stopień do piekła – w tym wypadku piekła wypchanego po brzegi Niechcianymi Społecznie™ lolitkami, które są… jedyną skuteczną bronią przeciwko Wielkim Potworom Które Wzięły Się Nie Wiadomo Skąd™. Okej, tu pojawia się jedna poważna obiekcja. Dlaczego ludzie nienawidzą tych, w których teoretycznie powinna być nadzieja? Niestety, nie otrzymałem na to pytanie odpowiedzi innej niż 'bo tak' twórców, chcących mi wmówić, że ta nienawiść bierze się tylko z tego, że te lolitki mają w sobie część Gastrei.

    Nie zniechęciło was to? Okej, to słuchajcie tego. Ta seria jest o resztce ludzkości mieszkającej w obszarze chronionym przez wielki mur, za którym czeka ich pewna śmierć z rąk wielkich potworów. Wszystko spoko, tylko czemu nie nazywa się to Attack on Black Bullet? Dobra, to może dalej: dwójka protagonistów to chłopak bez ręki i nogi (z ruchomymi protezami z metalu) i jego młodszy, acz znacznie sprawniejszy fizycznie sidekick. Full Bullet Alchemist?

    Okej, to może spróbujmy opisać bohaterów. Jak to zwyczaj w długiej tradycji anime głosi, większość wątków bohaterów nie zostało zamkniętych… tutaj nawet nie zostały one rozwinięte! Mamy chłopaka z Traumatyczną Przeszłością™, posiadającego własny loli harem (tylko dlatego że nie dyskryminuje tychże lolitek), jego loli­‑fiance, która jest bezgranicznie zakochana w tym chłopaku (mimo różnicy jakichś plus minus 6­‑8 lat), nie wspominając o ich 'szefie', czyli nastolatce z Porachunkami Z Rodziną™, która oczywiście jakąś miętę do protagonisty czuje (ale po co to rozwijać skoro to tylko prosty shounen?)... obok tego towarzystwa mamy panią prezydent z mnóstwem wrogów, bo Dobra Do Bólu™, jej ochroniarza, który bez wyraźnego powodu nienawidzi protagonisty i próbuje go, bezskutecznie, zgładzić… jedyną słodką kroplą w tym morzu wody bez smaku jest dwójka 'antagonistów', którzy w sumie antagonistami nie są – Zamaskowany Jegomość™ i jego loli córeczka (a jakże!), która ma dość niezłe zadatki na psychopatycznego rzeźnika.

    Sountrack był chyba jedyną rzeczą, którą uważam za bezwzględny plus. Opening 'black bullet' od fripSide, cieszy nie tylko ucho, ale również oko, co również można powiedzieć o endingu 'Tokohana' od yanaginagi – który skupia się na głównej lolitce. Swoją drogą, słuchając ending miałem nieodparte wrażenie, że jest podobny do 'Utsusemi' Akiko Shikaty (ending Itsuka Tenma no Kuro Usagi)... ale to chyba jedynie moje zdanie, że brzmią podobnie?

    Do oceny! Przeciętniak na nudny wieczór. Żeby pomógł zasnąć. 4/10.
  • Avatar
    A
    Nanashi 26.07.2014 21:06
    Good End niby jest, ale samo anime 'good' raczej nie jest
    Komentarz do recenzji "Mekaku City Actors"
    No więc, cóż. O Kagerou Project dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Przypadkiem odpaliłem pewną piosenkę w osu!, i nie dało się ukryć, że modele postaci do złudzenia przypominały te z wcześniej widzianych screenów z Mekakucity Actors; trochę googlowania i godzin czytania/słuchania/oglądania PVek później już wiem z czym to się rozchodzi.
    Cios za ciosem, konsekwentnie zagłębiałem się w temat aż doszedłem do ostatniego etapu – domniemanego anime, MCA. Jak zwykle, było parę plusów, parę minusów, ale najbardziej zabolało mnie to, że samo anime jest kupą niezrozumiałego gruzu, zlepkiem tak czy inaczej połączonych ze sobą zdarzeń które same z siebie nie dają absolutnie nic.

    Ale do rzeczy. Pierwsze, co rzuca się w oko, to grafika. Wystarczy jedno spojrzenie, by przypomnieć sobie słowa piosenki 'Ale to już było'. Sceny prezentujące samo otoczenie, kadr po kadrze przybliżenia innych postaci, jak i to typowe obrócenie szyi, tak dobrze znane z Bakemonogatari... Co za dużo, to niezdrowo. No, tak, pozostaje jeszcze kwestia 'Ayano's Theory of Happiness', którego klip w anime został tak spartolony, że nawet nasi piłkarze by się tego nie powstydzili.
    Z drugiej strony bardzo podobał mi się koncept puszczania co odcinek innej piosenki z repertuaru Jina (Shizen no Teki­‑P), oryginalnego twórcy KagePro, w aranżacji takich artystów jak LiSA czy Okui Aki.

    Grafika, piosenki, co dalej… fabuła. Ach. Tutaj zmieszczę jeden, dosadny komentarz: osoby bez znajomości KagePro nie mają zbyt wiele tu szukać. Przed seansem zalecam uzbroić się w cierpliwość i chęci do przeczytania jednego z wielu dostępnych 'przewodników' po KagePro, krok po kroku zagłębić się w historię przedstawioną w serii piosenek i wreszcie obejrzeć MCA, choćby po to, by zobaczyć, jak wygląda ów Good End,  kliknij: ukryte . Serio – kolejność wydarzeń przedstawionych jest co najmniej chaotyczna, rzucając laika w tym temacie na bardzo głęboką wodę, co dopiero pod koniec serii, gdzie względnie nic się kupy nie trzyma, a wydarzenia są opowiedziane z prędkością karabinu maszynowego.

    Co na koniec… postaci, oczywiście. Shintaro, nasz protagonista, który na takowego w serii anime wcale nie wyszedł, jakoś wcielił się w swoją rolę. To samo można powiedzieć o Kido, Kano czy Seto… zapomnijcie, wrzućmy wszystkie postaci do worka z podpisem 'nie ma na co narzekać'. Teraz wyjmijmy z tego worka Kurohę, który wyszedł na kompletnego kretyna. Podstawmy go do Kurohy z 'Outer Science',  kliknij: ukryte , czy nawet Kurohy z 'Lost Time Memory',  kliknij: ukryte . Jest kontrast? Dokładnie, wypada raczej blado i bezsensownie.

    A więc, ocena. MCA wybitne nie jest, aczkolwiek to zawsze ten dodatek do Kagerou Project, do przygody z którym gorąco zachęcam. Innymi słowy – oglądać, owszem, ale po uprzednim zapoznaniu się z całą resztą tematu.
  • Avatar
    Nanashi 3.04.2014 13:45
    Re: Co to miało być?
    Komentarz do recenzji "Nourin"
    Niestety, jeśli rzeczywiście było ich dużo, to umknęły one mojej uwadze. Chyba, że masz na myśli humor w stylu BakaTesto czy poster z Nyarlko tego NEETa.
  • Avatar
    A
    Nanashi 2.04.2014 16:43
    Co to miało być?
    Komentarz do recenzji "Nourin"
    Jestem świeżo po seansie. I szczerze mówiąć, nie wiem, co mam na temat tej serii myśleć. Po przeczytaniu opisu na MALu miałem nadzieję na coś bardziej… ogarniętego? Ale po kolei.
    Mamy tu do czynienia z czymś pokroju Gin no Saji. Rolnicy tu i tam, humor w stylu random itd. Niestety, mieszanka tego, humoru o podtekstach seksualnych i więcej randomu nie wyszło tej serii na dobre. Pierwszy odcinek, jak to pierwsze odcinki zazwyczaj mają w naturze, „dupy nie urywał”, ale mimo to zapowiadał coś w miarę przyjemnego i dość śmiesznego. I to wszystko legło w gruzach w miarę szybko. Pomijając sam fakt, że główni bohaterowie (zwłaszcza Kousaku) dość szybko utożsamili się z faktem, iż  kliknij: ukryte  (to w ogóle był spoiler?), to seria zeszła na dno i wprowadziła prymitywizm humoru o wiele szybciej.
    I tak oto z całkiem dobrej koncepcji przeszliśmy na sceny zawierające takie rarytasy, jak  kliknij: ukryte , przeplatanych, oczywiście, kryzysami naturalnymi i rolniczymi gadankami. Nie żebym narzekał, bo co jak co, ale te pogadanki były całkiem na poziomie.
    I tak oto dotarliśmy do oceny końcowej, która tym razem nie zostanie aż tak bardzo zmieniona po uwzględnieniu końcówki, która nie zaskoczyła mnie w sumie niczym po wprowadzeniu takich a nie innych rozwiązań. Czyli… 4/10. Nie było źle, ale za dobrze też nie było. Czas nie do końca zmarnowany, chociaż zawodów było wiele.
  • Avatar
    A
    Nanashi 21.01.2014 15:00
    To romansówka czy już zoofilia?
    Komentarz do recenzji "Walkure Romanze"
    Nie ukrywam, nie przypadło mi to anime do gustu. Co prawda, w tym przypadku wyposażono głównego bohatera w powód, dla którego jest Tępy Lub Ślepy™ na zaloty bohaterek… ale z drugiej strony, kliknij: ukryte  (spoiler?)
    Poza tym, zalatywało sporawą ilością „tanich” rozwiązań fabularnych, By Każdy Był Szczęśliwy™. Powiedzmy sobie szczerze.  kliknij: ukryte 
    Generalnie zawinił tu nadmiar joustingu. Tu koń, tam koń. Wszędzie konie, a fabuła gdzie? No właśnie. Gdzieś się plącze między kopytami.
    No, cóż. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pomimo faktu, że mało nie przysnąłem pod koniec serii ( kliknij: ukryte ), rozwiązanie turnieju w sposób nie­‑bardzo­‑shounenowy ( kliknij: ukryte ) było całkiem „świeżym” powiewem. No i ta względna różnorodność fabularna (czyli tam, gdzie konie były tylko przelotnie) również zaliczam na plus.
    Na grafikę nie narzekam, co do części dźwiękowej… najgorzej nie było, fakt faktem.

    Solidne 4/10.