Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 4/10 grafika: 9/10
fabuła: 6/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 9 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,11

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 113
Średnia: 6,54
σ=1,59

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Costly)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sora no Woto

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2010
Czas trwania: 14 (12×25 min, 2×25 min)
Tytuły alternatywne:
  • ソ・ラ・ノ・ヲ・ト
  • So・Ra・No・Wo・To
  • Sound of the Sky
zrzutka

Eksperyment z gatunku zbędnych – czyli jak bardzo moé może być wojsko?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

„Gdy byłem małym chłopcem, to chciałem być żołnierzem”, jak to śpiewał swojego czasu Kazik Staszewski. Podobne marzenie od lat dziecięcych siedziało w głowie Kanaty Sorami. Jednak wojsko, jakie przyszło poznać naszej bohaterce, niewiele ma wspólnego z tekstem piosenki i jeżeli już mamy szukać melodii, która będzie je dobrze opisywać, to zagłębić musielibyśmy się w stos dennych utworów propagandowych, na dodatek tych niezbyt udanych.

Ale do rzeczy. Poznana przez nas Kanata, świeżo upieczony rekrut, trafia do 1121 plutonu, stacjonującego w mieście Seize. „Pluton” to dużo powiedziane – łącznie z naszą bohaterką mamy tam tylko pięciu żołnierzy, na dodatek wszystkich płci żeńskiej. Nie jest to całkiem przypadkowe, wynika z tradycji. Popularna miejscowa legenda mówi o „Ognistych Dziewicach”, które w przeszłości stacjonowały w tej fortecy i broniły miasta przed niebezpieczeństwami. Ku ich pamięci posterunek dalej obstawiony jest przez piękniejszą część armii.

Sama Kanata jest beznadziejnie niezdarna, niezbyt rozgarnięta i do bólu słodka. Typ idiotki, innymi słowy. To co prawda jeszcze nie jest zagubione ogniwo ewolucji między człowiekiem a amebą, jak choćby Osaka w Azumandze Daioh, ale i tak potrafi działać na nerwy, bo i twórcy starają się traktować ją poważnie. Nie mniej standardowo jest przy innych postaciach. Dowódcą oddziału jest Filicia Heideman, kobieta zawsze uśmiechnięta, która najwyraźniej minęła się z powołaniem, gdyż traktuje swoje podwładne jak matka, która stara się maksymalnie rozpieścić dzieci. Jej zastępczyni, Rio Kazumiya, stara się nadrobić braki przełożonej i próbuje odgrywać prawdziwego dowódcę. Rolę tsundere w towarzystwie dostaje Kureha Suminoya, najmłodsza i najbardziej pyskata z oddziału. Stawkę uzupełnia Noël Kannagi – zawsze cicha, spokojna i zamknięta w sobie dziewczyna.

Ogółem, jeżeli chodzi o bohaterów – standard do bólu. W historii pojawi się też niemało postaci pobocznych, lecz i tam wyróżnić nikogo specjalnie się nie da. Wygląda to lepiej od strony fabularnej, ale…

No właśnie, „ale”. Podejście do fabuły w Sora no Oto okazuje się unikatowe. Konkretniej, gdy tylko w opowieści fabuła się pojawia i widz może się na niej skupić, to jest nieźle. Tym bardziej zdumiewa fakt, że przez praktycznie połowę czasu trwania serii twórcy fabułę olewają, serwując odcinki o niczym. Czemu? Tego nie wiem. Opowieść zaczyna się od przybycia Kanaty do Seize. Poznamy w tym czasie większość bohaterek, a także dowiemy się co nieco o świecie przedstawionym (o tym dalej). Po tym wstępie miałem spore nadzieje. Co prawda Sorami irytowała od pierwszych minut, ale za to bardzo ciekawie wdrażano widza w realia, w jakich toczyć się ma akcja. Zwłaszcza w momencie, gdy poznajemy wspomnianą wcześniej legendę – klimat robi wrażenie. Szkoda, że już ani razu w następnych odcinkach podobnego nastroju nie uświadczyłem.

Sposób, w jaki świat przedstawiony poznajemy, to jeden z ciekawszych punktów serii. Nie dostajemy gotowych wyjaśnień, nikt na ekranie nie czuje potrzeby opowiedzenia nagle historii, którą w tamtejszych realiach znać musi każdy. W serii pojawią się różne małe elementy, z których widz może ostatecznie złożyć sobie obraz świata. I nawet po ostatnim odcinku nie będzie to obraz całościowy. Do kilku rzeczy muszę się jednak przyczepić. Przede wszystkim – realia naśladują obraz europejski, jednak niezbyt starannie. Hiszpańska Cuenca była wzorem, na którym twórcy oparli się tworząc Seize. Kraj broniony przez bohaterki, Helvetia, jak sama nazwa wskazuje, wzorowany jest na Szwajcarii. Pamiętając o tym, że twórcy są Japończykami, możemy sobie już wystawić miks kulturowy, jaki mamy na ekranie. Co prawda elementów hiszpańskich w nim za bardzo nie ma, ale już pozostałe mieszają się w absurdalny sposób momentami – na czele z kwestią pisma.

Największą plagą serii są bez wątpienia wspomniane wcześniej „odcinki o niczym”. Spośród nich wszystkich naliczyłem jeden ciekawy, gdy pokazano dzień z życia oddziału po kolei z perspektywy różnych postaci. Tutaj scenarzysta miał jakiś pomysł, dzięki czemu było to faktycznie interesujące. Dalej jest już tylko płacz i zgrzytanie zębów – bohaterki poniewierają się po ekranie, a to próbując być zabawne, a to rozczulające (z miernym efektem w obu przypadkach). Gdy akcja nabierała jakiegoś rozpędu i fabuła zaczynała wypływać na powierzchnię, to poziom znacząco wzrastał, ale trzeba podkreślić, że także wtedy na kolana nic nie powalało. Tak czy inaczej, co by się nie działo na ekranie, to akcja miała bardzo mało wspólnego z wojskiem.

Niewątpliwą zaletą serii jest oprawa audiowizualna. Widać od razu, że nakłady przeznaczone na serię były znaczne. Zacznę od kreski. Tła! Fantastyczne! W zamkniętych sceneriach widać sporo szczegółów, jest na czym oko zawiesić, ale wcale nie to stanowi największą zaletę grafiki. Prawdziwą siłą są tutaj sceny otwarte. Tak samo miasto, jak i malownicze scenerie poza nim wyglądają fantastycznie. Na tym tle minusem są dla mnie projekty postaci – nie pasują kompletnie do scenerii (były jakby z innej bajki). Muzyka także wypada świetnie, zwłaszcza w bardziej nastrojowych momentach. Bardzo przypadł mi do gustu opening autorstwa Yuki Kajiury, w wykonaniu jej zespołu, Kalafiny. Za to porażką do kwadratu był j­‑popowy ending. Wyróżniał się pośród utworów słyszanych w serii jak nagły występ formacji w stylu Boys w czasie koncertu w filharmonii.

I tak oto otrzymujemy produkt wyjątkowo nierówny. W zasadzie ma niemało zalet, na czele z oprawą, ale brak pomysłu na akcję i słabi bohaterowie sprawiają, że większość czasu przy tym tytule najzwyczajniej w świecie nudziłem się. Choć czasami przychodziły odcinki wciągające i warte obejrzenia, to musiałem to wszystko przypłacić oglądaniem kolejnych, które były zupełnie niewarte uwagi. Naprawdę nie jestem pewien, czy warto się męczyć dla tych lepszych momentów. Komu polecić? Na pewno NIE amatorom militariów – wojsko w serii jest wojskiem tylko z nazwy i niczym więcej. Jeżeli ktoś lubi opowieści pełne słodkich dziewczynek i ich codziennego życia, może próbować. Sukcesu nie gwarantuję.

Costly, 3 lipca 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: A-1 Pictures
Projekt: Jun'ya Ishigaki, Mel Kishida, Toshifumi Akai
Reżyser: Mamoru Kanbe
Scenariusz: Hiroyuki Yoshino
Muzyka: Michiru Ooshima

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Podyskutuj o Sora no Woto na forum Kotatsu Nieoficjalny pl