Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Studio JG

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 8/10 grafika: 7/10
fabuła: 6/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 7 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,86

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 190
Średnia: 7,34
σ=1,81

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Hakkenden -Touhou Hakken Ibun-

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2013
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Hakkenden: Eight Dogs of the East
  • 八犬伝 -東方八犬異聞-
zrzutka

Demoniczny miecz, chłopiec i jego przybrany brat, a także demony i żądne władzy organizacje. Przeciętny, acz posiadający mocne strony zapychacz czasu.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Przybrane rodzeństwo – Shino Inuzuka, Sousuke Inukawa oraz Hamaji jako jedyni ocaleli z pożaru ich wioski pięć lat temu. Od tego czasu żyją spokojnie na prowincji pod opieką Kościoła, naturalnie do czasu. Niewiele osób wie, że cena, jaką musieli zapłacić za życie, była bardzo wysoka, co dotyczy zwłaszcza Shino, który zgodził się zawrzeć kontrakt z przeklętym mieczem – Murasame. Ludzie obdarzeni demonicznymi mocami stają się wyrzutkami i są traktowani przez większość społeczeństwa jak potwory, nie brakuje również osób pragnących wykorzystać „wybrańców” do własnych, nierzadko niecnych celów. Wysocy rangą członkowie Kościoła postanawiają zlecić bohaterom niebezpieczną misję – Shino i Sousuke mają odnaleźć właścicieli pewnych magicznych klejnotów. Oczywiście odmowa nie wchodzi w grę. Zanim panowie zdążą wyruszyć w drogę, poznają Kobungo Inute i Genpachiego Inukai – przybranych braci, także obdarzonych demonicznymi mocami.

Mam z tym anime pewien problem: otóż Hakkenden -Touhou Hakken Ibun- ma kilka bardzo udanych elementów, ale gdy spojrzeć na nie całościowo, wychodzi rzecz mocno przeciętna i nijaka. Seria zawiera dużo potencjalnie ciekawych i sprawdzonych pomysłów – mamy stadko przystojnych i szalenie sympatycznych bohaterów, nadprzyrodzone moce, dużo efektownych pojedynków, niezgorszy humor i przyjemną dla oka grafikę – jednak brakuje jakiegoś drobiazgu, który scaliłby to wszystko. Fabuła zdecydowanie nie porywa, nie ma w niej nic, co przykułoby uwagę widza i zachęciło do oglądania kolejnych odcinków. Być może to kwestia braku wyraźnej dominanty, wątku przewodniego nadającego sens poczynaniom bohaterów. Zamiast podążać w konkretnym kierunku, mając w pamięci jasny cel, Shino i reszta skaczą z miejsca w miejsce, zajmując się pomniejszymi sprawami. Cóż, to bolączka wielu seriali nakręconych na podstawie aktualnie publikowanych mang, gdzie nie dość, że nie wiadomo, jak potoczy się historia, to jeszcze scenarzyści muszą znaleźć odpowiedni moment, żeby zakończyć anime (co nie zawsze jest łatwe). Albo, co gorsza, tworzą zakończenie alternatywne.

Dopiero w ostatnich odcinkach pojawia się coś na kształt wątku głównego, ale jest to zaledwie preludium, zapowiedź dalszych poczynań bohaterów. Poza tym odrobinę drażnią liczne zbiegi okoliczności – Shino tak naprawdę nie musi szukać klejnotów, gdyż ich posiadacze sami lgną do niego niczym pszczoły do miodu. Wydaje się, że mógłby nie robić absolutnie nic, a misja wypełniłaby się sama, a przecież nie o to chodzi w tego typu serialu. Równie irytująca jest zmiana klimatu w ostatnim epizodzie i gładkie przejście od lekkich historii do dramatu, szczodrze doprawionego podniosłością. Inna sprawa, że wielu widzów i tak nie dotrwa do tego momentu, odrzucona początkową nijakością. Niestety nie mam porównania, ale bardzo możliwe, że ktoś zbyt wiernie trzymał się mangi, w której tempo wydarzeń mogło być wolniejsze (ostatecznie komiks czyta się szybciej, niż ogląda odcinek anime), lub źle rozplanował wydarzenia w scenariuszu. Mimo wszystko to nie jest zła produkcja, a jedynie niedopracowana i pozostawiająca spory niedosyt. Gdyby nie zapowiedź drugiej serii, spokojnie można byłoby ją nazwać reklamą mangi.

Hakkenden -Touhou Hakken Ibun- ratują bohaterowie, gdyż tylko oni trzymali mnie przy ekranie i tylko dla nich obejrzę kolejną część. I nie w tym rzecz, że oto autorka stworzyła genialne, psychologicznie wiarygodne i głębokie postaci, wręcz przeciwnie. Otrzymujemy pęczek schematów, za to starannie wyselekcjonowanych i wyjątkowo uroczych. Trudno odmówić któremukolwiek z bohaterów charakteru i osobowości – wszyscy są w jakimś stopniu niepowtarzalni i godni zapamiętania. Chociaż subtelnie, udało się przedstawić więzy łączące poszczególne postaci, a w przypadku dzieł Miyuki Abe ma to niemałe znaczenie. Poza tym, choć większość obsady ma za sobą traumatyczne doświadczenia, nikt nie robi z nich męczennika, nie ma tu użalania się nad sobą i ciągłego utyskiwania na swój los. Ostatecznie każdy wybrał życie, nawet jeśli cena była wysoka, a teraz zwyczajnie nie ma wyjścia i musi sobie radzić w ten czy inny sposób.

Malkontentów uprzedzam, iż Shino to klasyczny główny bohater przygodówki, na dodatek smarkaty i dający reszcie tą smarkatością popalić. Coś jednak sprawia, że w przeciwieństwie do podobnych mu protagonistów daje się lubić i nie wkurza samym swoim widokiem. Być może przyczyną jest właśnie kurczowe trzymanie się życia i niepoddawanie się, ale pozbawione potrzeby ciągłych deklaracji? Tudzież troska o innych niegranicząca z obsesją i podparta faktycznymi umiejętnościami, gdy przychodzi co do czego? Dochodzi jeszcze idealne zgranie z pozostałymi postaciami – szablonowymi, ale tworzącymi udany zestaw motywacji i charakterów. Nawet idealny do granic możliwości Sousuke ładnie wpasowuje się w tę mozaikę, acz warto mieć na uwadze, że „perfekcyjność” chłopaka ściśle wiąże się z fabułą i została z rozmysłem wprowadzona przez autorkę. Trochę zbyt mało dowiadujemy się o postaciach drugoplanowych, z nielicznymi wyjątkami niepełniących istotnej roli, przynajmniej na razie. Trzeba przyznać, że towarzystwo jest barwne i interesujące, nie stanowi ruchomych dekoracji i ma do odegrania ważną rolę, nawet jeśli niewielką.

Jedną z mocniejszych stron Hakkenden -Touhou Hakken Ibun- jest grafika, chociaż nie ustrzegła się kilku wpadek. Z pewnością uwagę zwracają wyjątkowo ładne projekty postaci, dość wiernie oddające oryginał. Dostatek bishounenów zawróci w głowie niejednej amatorce anime, bo zdecydowanie jest w czym przebierać – typy androgyniczne, chłopięce, męskie we wszystkich kolorach tęczy. Przy okazji chciałabym uspokoić, że duże stężenie przystojnych panów na metr kwadratowy nie oznacza, że podteksty homoseksualne latają nisko i gęsto. Nie przeczę, że od czasu do czasu twórcy rzucą jakimś żarcikiem, ale nic ponadto. Bishounen nie jest synonimem słowa „gej”, przyjmijcie to do wiadomości. Panowie, którzy jakimś cudem jednak skuszą się na tę serię, nie będą mieć powodu do narzekań, gdyż płeć piękna również jest obecna i nierzadko może zachwycać nie tylko wyglądem, ale i charakterem. Wróćmy do kwestii technicznych – chociaż projekty postaci są dopracowane i efektowne, kiepska animacja odbiera im chwilami sporo uroku. Rzadko, ale jednak, w oddaleniu sylwetki tracą na anatomicznej poprawności i dokładności – dostajemy humanoidalne „coś” obleczone topornym konturem. Podobnie jakość projektów demonów pozostawia nieco do życzenia. Zdarzają się rewelacyjne, jak Hibiki czy Yukihime, i znacznie gorsze, jak pokrewne demony zapieczętowane w Kobungo i Genpachim. Oko cieszy natomiast żywa, bogata i pięknie łączona kolorystyka – tonący w różnych odcieniach niebieskiego odcinek o Yukihime z fantastycznym barwnym konturem, świat iluzji kreowany przez Hibikiego czy scena z lampionami puszczanymi na wodzie. Drażnią za to wstawki komputerowe – koszmarnie animowany pociąg czy płomienie, przypominające ogień tylko z nazwy.

Nic natomiast nie pobije wyjątkowo paskudnych, pseudobarokowych wnętrz kościołów. Zdaję sobie sprawę, jakie pojęcie o chrześcijaństwie mają japońscy twórcy, dla których jest to tylko kopalnia symboli i tandetnych kostiumów, daleko i niesmacznie spokrewnionych z szatami liturgicznymi (co zresztą doskonale widać w anime), ale przecież wyszukanie w internecie kilku zdjęć architektury sakralnej nie powinno być problemem? Zgadzam się, można baroku nie lubić, gdyż większości kojarzy się z przepychem, ociekającym złotem i srebrem, co nie do końca jest prawdą, lecz nie miejsce to i pora na wykład. Warto jednak zwrócić uwagę, że ten przepych jest zazwyczaj przemyślany, a poszczególne detale i ornamenty idealnie uzupełniają się, tylko nie w anime… Jak widzę tę komputerową podróbkę marmuru, to mam ochotę wyć z rozpaczy, że nie wspomnę o budynkach tak niejednorodnych stylowo, że głowa boli. Gotyk, barok, klasycyzm i diabli wiedzą, co jeszcze, w jednym kościele – oj tam, przecież ma być monumentalnie i superchrześcijańsko, nikt nie zwróci uwagi. Ja zwracam, niestety i za każdym razem słabo mi…

Nieco gorzej wypada ścieżka dźwiękowa, która totalnie nie zapada w pamięć. Nie przypominam sobie zbyt wielu utworów instrumentalnych, będących głównie tłem dla wydarzeń. Trudno im coś zarzucić, dobór instrumentów (fortepian, skrzypce itp.), nastrój kompozycji, natężenie dźwięku są w porządku, ale to jedynie muzyczna ilustracja, nic więcej. Dużo lepiej wypadają piosenki z szalenie udaną czołówką God FATE, wykonywaną przez Faylan, i dwoma ślicznymi balladami, których mogłabym słuchać bez końca. Nieco słabiej prezentuje się utwór towarzyszący napisom końcowym, czyli String of Pain Tetsuyi Kakihary. Znakomicie spisali się za to seiyuu, na czele ze wspomnianym wyżej panem Kakiharą, który użyczył głosu głównemu bohaterowi, świetnie odgrywając jego częste zmiany nastroju. Nie zabrakło również takich sław jak Hiroshi Kamiya czy Miki Shinichiro.

Hakkenden -Touhou Hakken Ibun- to typ serii, który bardzo lubię, a że świadczy to o moim zamiłowaniu do kiczu i tandety, jest zupełnie inną sprawą. Oglądam anime dla rozrywki i dopóki dostaję sympatycznych bohaterów z poczuciem humoru, mających szanse przeżyć do końca serii, nie zostając rozdeptanym przez przypadkowo przechodzącego demona, tudzież przejechanym przez pijanego rikszarza, jestem gotowa przecierpieć braki fabularne. Cóż, z pewnością nie jest to anime, od którego nie da się oderwać, ma sporo wad scenariuszowych, ale broni się uroczą obsadą i ładną oprawą graficzną. Przykro mi, ale po całym dniu w pracy nie oczekuję niczego więcej. Owszem, to przeciętne „patrzydło” ze smarkatym głównym bohaterem, stadem bishounenów i demoniszczami. Mnie się podobało.

moshi_moshi, 24 sierpnia 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Studio DEEN
Autor: Miyuki Abe
Projekt: Hiromi Katou
Reżyser: Mitsue Yamazaki, Osamu Yamasaki
Scenariusz: Mitsue Yamazaki, Osamu Yamasaki
Muzyka: Hitomi Kuroishi