Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Tsuru Japan Festival 2017

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 3/10 grafika: 6/10
fabuła: 5/10 muzyka: 4/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,67

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 16
Średnia: 5,94
σ=1,14

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Sore ga Seiyuu!

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 13×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Seiyu's Life!
  • それが声優!
Tytuły powiązane:
Postaci: Artyści, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Fascynujący temat i bardzo, bardzo przeciętna seria: takie rzeczy tylko w studiu Gonzo.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Życie początkującej seiyuu, czyli aktorki głosowej, nie jest łatwe. Możemy się o tym przekonać, śledząc losy Futaby Ichinose, która już od pewnego czasu próbuje sił w tym zawodzie. Chociaż nie została jeszcze bezwzględnie spławiona (co przydarza się wielu debiutantom), nie ma na razie szans na wielkie role. Grywa to, co dawniej w teatrze nazywano „ogonami”, wdzięczna za każdą okazję, by pojawić się w studiu nagraniowym. W trakcie pracy przy kolejnej serii zaprzyjaźnia się z dwiema koleżankami po fachu: stylizującą się na „truskawkową księżniczkę” Ichigo Moesaki oraz dziecięcą aktorką Rin Kohaną, która mimo młodziutkiego wieku ma na koncie najwięcej ról z całej trójki. Mimo wszystko jednak każdą z nich czeka jeszcze bardzo długa i bardzo trudna droga…

„Anime o tworzeniu anime” to gatunek rzadki i specyficzny, dlatego ciekawym pytaniem jest, czy ciągle jeszcze niedobite studio Gonzo przypadkiem zdecydowało się na wypuszczenie tego tytułu tuż po sukcesie Shirobako z P.A. Works. Mam nadzieję, że tak – że to był przypadek i szukano po prostu do adaptacji jakiejś mangi o słodkich dziewuszkach. Inaczej bowiem nieuniknione porównania wypadają po prostu miażdżąco dla omawianej tu produkcji. Trzeba oczywiście uczciwie przyznać, że pewne ograniczenia wynikają ze specyfiki kulturowej: zadaniem seiyuu, a szerzej – całego przemysłu anime – jest „sprzedawanie snów”, dlatego trudno się spodziewać serii, która pokazywałaby ten zawód w sposób chociażby realistyczny, o satyrycznym nie wspominając. Widać to wyraźnie w obecnych w każdym odcinku scenach, w których pojawiają się (pod prawdziwymi nazwiskami!) znani seiyuu: zarówno obecne gwiazdy, jak i weterani przemysłu. Sceny te kojarzyły mi się z wywiadami w kolorowych pisemkach, jakie można znaleźć w poczekalni u dentysty. Sławni i Lubiani pozują tam na tle czyściutkich kuchni, nieskazitelnych salonów lub wypielęgnowanych ogródków i opowiadają równie czyściutkie, nieskazitelne i wypielęgnowane historyjki ze swojego życia. Tymczasem wspomniane Shirobako udowodniło, że można zachować kontakt z rzeczywistością i przemycić sporo prawdy o środowisku nawet pokazując je w świetle bardzo pozytywnym. Tutaj nawet nie próbowano tego robić, zalewając wszystko grubą warstwą lukru.

Dwoma podstawowymi problemami Sore ga Seiyuu!! są fabuła i postaci. Przede wszystkim bowiem trzeba powiedzieć, że „ciekawostek zza kulis” nie ma tutaj aż tak dużo, jakby być mogło. Owszem, zostajemy poczęstowani stosowną porcją technicznego żargonu związanego z nagraniami ścieżki dźwiękowej do anime, ale to w zasadzie opękują może ze dwa odcinki. Potem towarzyszymy naszym bohaterkom w różnych zajęciach pobocznych, jako że dostają do prowadzenia internetowy podcast, a potem zostają zaprzęgnięte do wspólnej pracy jako trzyosobowy zespolik („unit”). Niby ma to sens, bo początkujące aktoreczki muszą chwytać się każdej szansy na zaistnienie, ale w efekcie prześlizgujemy się po całym mnóstwie tematów, żadnego z nich nie zgłębiając. Szkoda, bo każdy z osobna byłby pasjonujący – ale w obecnym kształcie sensownego materiału jest tu tyle, że pewnie dałoby się z niego zrobić czteroodcinkową OAV. Co wypycha resztę? Ano bohaterki…

Tutaj warto podkreślić, że w tym, co przelotnie oglądamy, znalazłoby się naprawdę sporo „mięska”, gdyby nie jeden problem: żadna z trzech bohaterek (ani w ogóle żadna z występujących tu postaci) nie ma w sobie ani grama realizmu. Futaba, której poświęcone zostaje najwięcej czasu, to prawdziwe nieszczęście. W charakterze głównej bohaterki widzimy bowiem niezdarnego moebloba, który – gdyby choć przez sekundę potraktować temat poważnie – najzwyczajniej w świecie kompletnie nie nadaje się do pracy w showbiznesie. Zresztą, co tu mówić o pracy, kiedy w ogóle nie mamy do czynienia z odzwierciedleniem (niechby wyidealizowanym) młodej kobiety, tylko ze zlepkiem sztampowych cech przydzielanych zazwyczaj podobnym panienkom? W efekcie wszelkie wahania i rozterki Futaby, a także trudności, przed jakimi staje, są po prostu sztuczne. Nawet jeśli u ich podstaw leży jakaś prawda, trudno potraktować je poważnie, gdy stają się udziałem postaci wyciętej z kolorowego papieru.

Wbrew pozorom lepiej wypada Ichigo, która przynajmniej ma jasną wizję własnej autopromocji i tworzenia wizerunku, a ostatecznie taki „pseudodziecinny” typ może mieć wzięcie, więc pomysł nie jest całkiem głupi. Jeśli jednak przyjmiemy takie założenie, to i tak poza powierzchownym „imidżem” nie znajdziemy absolutnie niczego. Rin, teoretycznie uzdolniona dziecięca gwiazdka, w praktyce jest zwyczajnie nijaka. Warto zresztą spojrzeć na zrzutki: konia z rzędem temu, kto na pierwszy rzut oka powie, która z trzech bohaterek jest gimnazjalistką (zwracam uwagę, że pozostałe dwie są teoretycznie dorosłe). Różnicy nie ma także w zachowaniu, ponieważ wyraźnie uważano, że porządna bohaterka musi zachowywać się jak małe dziecko i mieć mniej więcej tyle samo ogólnego życiowego ogarnięcia. Postaci drugoplanowe są równie schematyczne, w większości przypadków oparte na jednej­‑dwóch przerysowanych cechach, co ponownie odbiera jakiekolwiek pozory realizmu scenom z ich udziałem.

Oprawa audiowizualna jest na minimalnym przyzwoitym poziomie. Podobała mi się pastelowa kolorystyka, znacznie mniej – udziecinnione do nieprzytomności projekty postaci. Pomyśleć, że narzekałam na to, że bohaterki Shirobako za bardzo przypominają licealistki – tu do czynienia mamy nawet nie z gimnazjalistkami, a z podstawówką… Poza tym tła są minimalistyczne, animacja oszczędna, ale też nie jest to tytuł, który koniecznie wymagałby olśniewającej oprawy wizualnej. Co innego strona aktorska i tu będę bezlitosna: to porażka. W głównych rolach, zapewne dla dodania realizmu (o obniżeniu kosztów nie wspominając) zatrudniono mało doświadczone aktorki, dla których były to pierwsze poważniejsze role. Trudno właściwie narzekać na ich grę, bo… nie mają nic do zagrania: wszystkie trzy bohaterki są prowadzone „na jedno kopyto” i przez większość serii operują identycznymi, lukrowanymi głosikami. Ich praca zawodowa mogłaby teoretycznie stanowić większe wyzwanie, tyle że nie stanowi – jak wspomniałam wcześniej, są zatrudniane do różnych „ogonów”, małych rólek, w których niewiele się od nich wymaga. Zapewne pod tym względem znacznie ciekawsze dla widzów, szczególnie bardziej doświadczonych, będą występy gościnne gwiazd, chociaż one także nie mają dużo do zagrania: swoim najpiękniejszym głosem udzielają bohaterkom (i nam) życiowych lekcji w rodzaju, że trzeba ciężko pracować i dbać o siebie, a potem zapewne ustawiają się w kolejce do kasy i kartkują ciekawsze scenariusze. O muzyce chciałabym jak najszybciej zapomnieć, bo piosenki, ze szczególnym uwzględnieniem tych śpiewanych przez bohaterki, robiły krzywdę moim uszom. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że w trakcie napisów końcowych za każdym razem następuje dość przypadkowa wstawka, polegająca na zarzynaniu jakiegoś fragmentu znanej czołówki z różnych anime.

Zdaję sobie sprawę, że to ten rzadki przypadek, kiedy oceniam serię nie za to, czym jest, tylko za to, czym mogłaby być. Oczywiście będzie znacznie lepiej, jeśli uznamy, że mamy do czynienia z anime o uroczych dziewczątkach w różnych odcieniach pastelu, które bawią się w bycie seiyuu – jeśli komuś takie podejście wystarczy, może prawdopodobnie znacznie podwyższyć ocenę końcową. Natomiast widzom takim jak ja, zainteresowanym okruchami informacji o tworzeniu anime, zalecam ostrożność. Owszem, da się z tego wygrzebać trochę ciekawostek, zarówno o pracy seiyuu, jak i o innych zajęciach związanych z tym zawodem, ale całość jest lukrowana, pozbawiona choćby cienia czegokolwiek interesującego i najzwyczajniej w świecie nudna.

Avellana, 19 grudnia 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: GONZO
Autor: Kenjirou Hata, Masumi Asano
Projekt: Masakatsu Sasaki, Sayaka Takase
Reżyser: Hiroshi Ikehata
Scenariusz: Michiko Yokote
Muzyka: Yukari Hashimoto

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Sore ga Seiyuu! - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl