Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 5 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 29
Średnia: 6,97
σ=1,47

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (tamakara)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Starmyu

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2015
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ハイスクールスター・ミュージカル
  • High School Star Musical
Tytuły powiązane:
Postaci: Idole, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Od zera do bohatera i przez ciernie do gwiazd w konwencji musicalu… albo coś.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Czasem, parafrazując niejakiego Vetinariego, człowiekowi stojącemu na rozdrożu egzystencji objawia się anioł. To jednorazowe doświadczenie może sprawić, że ów człowiek będzie w stanie rozpocząć swe życie na nowo. Nie ma żadnych dowodów, że twórcy anime znali teorię patrycjusza Ankh­‑Morpork, ale pierwsza sekwencja omawianego poniżej anime wywołała u mnie takie właśnie skojarzenie. Oto, wraz z głównym bohaterem, doznajemy wizji. Jego i naszym oczom ukazuje się anioł. Anioł nie byle jaki, bo tańczący. Wydarzenie stało się dla naszego protagonisty prawdziwym katharsis, w następnym ujęciu widzimy go bowiem w mundurku szkolnym identycznym jak ten, w który przyobleczone było ciało tajemniczego tancerza. Oto kolejny śmiertelnik odnalazł cel dzięki ingerencji bytów wyższych. Ale zaraz zaraz… to przecież dopiero początek!

Historia właściwa rozpoczyna się, kiedy wraz z Yuutą Hoshitanim przekraczamy podwoje liceum Ayanagi. Szkoła ta jest Alma Mater wszelkiej maści artystów i w szkoleniu takowych się specjalizuje. Muzyka klasyczna? Teatr? Śpiew? Wachlarz możliwości jest szeroki, ale Hoshitani nie ma zamiaru poświęcać czasu na zwykle kluby. Mierzy wysoko, ba, wręcz najwyżej. Pragnie dołączyć do elity elit i stać się członkiem grupy musicalowej. Czy mu się uda? Podobne marzenie majaczy w głowach większości pierwszaków, a nabór ma wręcz profesjonalny charakter. Akcja zawiązuje się na dobre, kiedy nasz bohater, wraz z czwórką innych odrzutów z castingu, trafia do grupy specjalnej, prowadzonej przez czarną owcę samorządu, Itsukiego Ootoriego. Szybko przyjdzie im wywołać w szkole małą rewolucję. Zrządzenie losu, a może anielski kaprys?

Sposób prowadzenia akcji jako żywo przypomina mi aktorskie produkcje pokroju Tumbling czy Dance Drill. Oto przypadkowe jednostki pod nieformalnym przywództwem niezbyt inteligentnego, ale napędzanego zapałem osobnika, próbują odnieść sukces w jakiejś dyscyplinie sportowej lub innym przedsięwzięciu, w międzyczasie zacieśniając więzi przyjaźni. Tego typu produkcje zwykłam nazywać historiami „ku pokrzepieniu serc”. Zazwyczaj są dość naiwne, boleśnie przewidywalne, mimo to jednak, a może właśnie dzięki temu, w ogólnym przesłaniu są niezwykle ciepłe i sympatyczne. Czegoś podobnego spodziewałam się w omawianej serii i takie chyba było jej założenie. Przez większą część czasu seria oferuje widzowi lekką komedię i coś, co można nazwać wariacją na temat „słodcy chłopcy robią słodkie rzeczy”. Niestety twórcy postanowili zagęścić atmosferę i wprowadzili spór ideologiczny. W tym miejscu muszę przyczepić się do logiki tej historii, albo raczej jej braku. Wydarzenia na ekranie miałyby sens, gdyby bohaterowie mieli przed sobą oficjalny debiut, albo chociaż jakieś międzyszkolne zawody. Tymczasem wszystko, od eliminacji z pierwszego odcinka po wielki występ przed ponadtysięczną publicznością na końcu, to tak naprawdę konkursy wewnątrzwydziałowe, prawdopodobnie niemające wpływu na dalszy przebieg edukacji bohaterów ani, jak mniemam, ich przyszłą karierę zawodową.

Piszę prawdopodobnie, ponieważ system edukacyjny przyjęty przez szkołę jest dla mnie „odrobinę” niejasny. Jedyne, czego możemy być pewni, to że ciało pedagogiczne liceum Ayanagi darzy swoich uczniów nieograniczonym zaufaniem i pozwala pełnymi garściami czerpać ze szkolnego budżetu. Prawdziwy brak zrozumienia poczułam jednak, kiedy zaczęły padać pompatyczne teksty na temat łamania szkolnej tradycji nieortodoksyjnymi występami i zagrożonego w ten sposób prestiżu szkoły. Zważywszy, że pod tymi szumnymi słowami kryje się przywiązanie do jednej choreografii i kostiumów, cała sprawa przedstawia się dość idiotycznie. Zrozumiałabym działanie ukierunkowane złośliwością albo niesportową chęcią wyeliminowania zbędnej konkurencji, ale oni najwyraźniej naprawdę wierzyli w to, co mówili. Poczułam ochotę, by zakrzyknąć: „Dzieci drogie, to nie Miyako Odori, spuście z tonu. Jak na ludzi, którzy będą w przyszłości wykonywać wolne zawody i popisywać się kreatywnością, macie straszne zakute mózgownice”. Gdyby tego było za mało, uraczono nas również sztucznie wygenerowanym dramatem rozdzielonego rodzeństwa. Seria podobałaby mi się o wiele bardziej, gdyby darowano sobie rozdmuchane ponad proporcje, wydumane problemy i skoncentrowano się na tworzeniu cudownie odmóżdżającej, niezbyt nachalnie podlanej fanserwisem moé-komedii. Przez cały czas mogłabym bawić się przy niej jak pijana lama. Szkoda, że mi na to nie pozwolono.

Postacie to standardowy wachlarz oferty pierwszej z brzegu gry otome. No, prawie, bo nie spotkamy tu żadnego yandere. To gromadka zupełnie nieoryginalnych osobników, jakich widzieliśmy już wielokrotnie. Widz może wybrać sobie spośród tej ferajny ulubieńca lub dwóch, ale raczej nie zagrzeją oni miejsca w niczyim sercu na dłużej. Fakt ten nie rozczarowuje, bo nie spodziewałam się po nich niczego więcej. Chłopcy są sympatyczni, ale niczym nie zaskakują i, niestety, rozwój ich osobowości jest bardzo pozorny. Mam tu na myśli oczywiście drużynę głównego bohatera, ponieważ piątka kreowana na ich konkurencję – team Hiiragi, to pięciogłowe narzędzie fabularne i zapychacz ekranowy, z którego wyróżnia się jedynie dziwak Inumine. Równie słabo prezentują się panowie z samorządu. Po wielkim wejściu w pierwszym odcinku zajmują się odpowiednio albo przeżywaniem swojej tragicznej przeszłości, albo urządzaniem herbatek i knuciem. Żaden z nich, poza Ootorim, nie poświęcił chwili, by czegokolwiek uczyć swoich podopiecznych. Być może dzięki takiemu tłu Ootori wzbudzał we mnie tak dużo pozytywnych uczuć. Poza tym absolutnie kupiły mnie jego pozy i sposób, w jaki zwraca się do swoich podopiecznych. Dodawane przy każdej okazji „boys” jako żywo kojarzy mi się z „you tachi”, ulubionym powiedzonkiem niejakiego Johnny'ego Kitagawy, założyciela największej w Japonii agencji zajmującej się promocją boysbandów. To nie może być przypadek.

Pod względem graficznym seria prezentuje się zaledwie poprawnie. Projekty postaci są ładne, kolory przyjemne, a animacja, z wyjątkiem jednej agresywnie komputerowej sceny ruchu ulicznego, w ogólnym pojęciu nie straszy. Niestety, pierwsze dobre wrażenie psuje chroniczny pokaz slajdów, wyraźnie wskazujący na oszczędności w procesie produkcji. Twórcy starają się to tuszować na rozmaite sposoby, ale im dalej w las, tym te pozornie ruchome plansze zajmują więcej czasu antenowego. Jak rozumiem, miało to na celu szczególne dopieszczenie choreografii, ale sekwencje taneczne nie trwają jednak tyle, ile moim zdaniem powinny i, co gorsza, nawet w tych scenach nie brakuje iluzji ruchu w postaci szybko przesuwanych kadrów. Jednak, jeśli już dochodzi do pokazania faktycznego tańca, zaprezentowane w serii machanie rączkami i nóżkami wypada estetycznie i wiarygodnie. Choreografie przedstawiają akurat taki poziom trudności, jaki można opanować przez kilka tygodni treningu „po szkole”.

W kwestii muzycznej sprawa wygląda lepiej, a nawet całkiem dobrze. Kilka motywów muzycznych, które przewijają się w tle, ładnie komponuje się z pokazywanymi scenami. Przyjęta przez twórców konwencja wymagała również dodania sporej liczby piosenek, średnio dwóch na odcinek. Niespecjalnie zróżnicowane i niezbyt porywające treściowo utworki traktują albo o przyjaźni, albo o pogoni za marzeniami, ale słucha się ich naprawdę miło. Szczególnie łatwo wpadają w ucho piosenki wykonywane zbiorowo, ale większość solówek jest również całkiem przyjemna. Ktoś może kręcić nosem, że j­‑pop i, że śpiewający seiyuu to pomyłka, ale zapewniam: nie tym razem. Nie tylko nikt nie fałszuje, ale panowie naprawdę się spisują.

Twórcy Starmyu rozpoczęli swe dzieło wydarzeniem mistycznym, nie ulecieli jednak na tych anielskich skrzydłach zbyt daleko. Oczywiście przy efekcie ich pracy można dobrze się bawić, pod warunkiem jednak, że bardzo szybko odłoży się myślenie i zamiast tego uruchomi głupawkę. Jeśli ktoś ma szczerą ochotę popatrzeć na grupę tańczących i śpiewających chłopców, to lepiej poszukać gdzie indziej.

tamakara, 29 grudnia 2015

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: C-Station
Autor: Rin Hinata
Projekt: Asami Watanabe
Reżyser: Shunsuke Tada
Scenariusz: Sayaka Harada

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
High School Star Musical - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl