Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Regalia: of men and monarchs

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

9/10
postaci: 8/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 9/10

Ocena redakcji

8/10
Głosów: 14 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,79

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 183
Średnia: 7,72
σ=1,84

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Yuuri!!! on Ice

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ユーリ!!! on ICE
Miejsce: Azja, Europa, Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Dogasające i wschodzące gwiazdy tańczą na lodzie, tworząc historię. A przynajmniej otwierają nowy rozdział w historii anime sportowych.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Yuuri Katsuki, dogasająca gwiazda japońskiego łyżwiarstwa figurowego, która tak naprawdę nie miała okazji zabłysnąć, po kolejnych przegranych zawodach postanawia zawiesić karierę na czas nieokreślony. Zaszywa się w gospodzie należącej do rodziców, gdzie rozmyśla o definitywnym porzuceniu łyżwiarstwa, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić. Przyzwyczajenia dają o sobie znać i Yuuri wybiera się na lokalne lodowisko, by spotkać się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Przy okazji postanawia trochę pojeździć – wykonuje popisowy program swojego największego rywala, ale i idola, Wiktora Nikiforowa. Nie ma pojęcia, że nagranie z tego występu trafia do sieci, gdzie ma okazję je zobaczyć między innymi Wiktor. Wkrótce aktualny mistrz pojawia się w domu Katsukiego i oznajmia mu, że zostanie jego trenerem! Śladem rosyjskiego łyżwiarza podąża jego młodziutki kolega z reprezentacji, charakterny i bardzo utalentowany, Jurij Plisecki.

Wszystko wskazuje na to, że Wiktor naprawdę ma zamiar zrobić sobie przerwę i zająć się trenowaniem Yuuriego, który zdążył utyć i stracić kondycję. Cały sportowy świat wstrzymuje oddech, trenera Nikiforowa trafia szlag, tym bardziej że w pogoń za kolegą rusza jego drugi podopieczny Jurij, Yuuri nie bardzo wie, co ma z tym całym bałaganem zrobić, i tylko Wiktor wydaje się świetnie bawić… podobnie zresztą jak widzowie Yuuri!!! on Ice. Cholera, mam z tą serią poważny problem i niech Was nie zmyli tłuściutka dziewiątka, widniejąca przy recenzji. To tylko cyferka, mniej więcej oddająca frajdę z seansu, ale nijak mająca się do długiej listy zalet i wad rzeczonego anime.

Łyżwiarstwo figurowe aż prosiło się o serię, ponieważ to jedna z najbardziej widowiskowych i pięknych dyscyplin, aż szkoda, że tak niedoceniana w Polsce. Nieco inaczej ma się sprawa w przypadku Japończyków, którzy wychowali już kilka pokoleń doskonałych łyżwiarzy i łyżwiarek, ale prawdziwa fala uwielbienia zalała Kraj Kwitnącej Wiśni po widowiskowych i trochę niespodziewanych sukcesach Yuzuru Hanyu, zdobywcy złotego medalu na olimpiadzie w Soczi w 2014 roku. Nie da się ukryć, że stał się on inspiracją do stworzenia postaci Yuuriego, podobnie jak wielu innych sportowców posłużyło za wzór dla pozostałych bohaterów Yuuri!!! on Ice. Mimo wszystko warto jednak oddzielić animowaną fikcję od autentycznych wydarzeń i ludzi. Skupmy się więc na samej produkcji, która podbiła serca wielu widzów, ale wywołała też szereg kontrowersji. Fabuła kręci się wokół sportowego i nie tylko związku Yuuriego i Wiktora – dzięki wsparciu i pomocy doświadczonego kolegi, Katsuki zaczyna wierzyć w to, że nawet w wieku dwudziestu trzech lat jest w stanie odnieść sukces (przypominam, że łyżwiarska kariera nie trwa długo, a konkurencja na szczycie jest zazwyczaj bardzo duża). Oprócz sportowych i wewnętrznych zmagań Yuuriego mamy też okazję obserwować narodziny nowej gwiazdy, czyli Jurija Pliseckiego, ambitnego juniora, dopiero rozpoczynającego drogę na szczyt, a także kilku innych łyżwiarzy, z których każdy marzy o zwycięstwie. Kolejne treningi (acz nie ma ich zbyt wiele) i zawody przeplatają się ze scenami z codziennego życia panów, mówiącymi nam znacznie więcej niż migawki zza turniejowych kulis. Są one również powodem największych kontrowersji.

Otóż Yuuri!!! on Ice bardzo szybko urosło do rangi anime sportowego propagującego związki męsko­‑męskie i coś w tym zdecydowanie jest, bo trudno uznać serię za klasyczny przypadek yaoi czy shounen­‑ai. To, że między Yuurim i Wiktorem iskrzy, widać było od pierwszego odcinka. Problem polega na tym, że oprócz wrzucenia mnóstwa fanserwisu lepszej i gorszej jakości, twórcy nie zdecydowali się na jasne postawienie sprawy. Tym samym rozgorzały spory o konkretne sceny i ich znaczenie. Cóż, moim zdaniem większość z nich jest znacznie bardziej niewinna, niż się wydaje i ma służyć głównie jako pożywka dla wygłodniałej wyobraźni fanek. Inna sprawa, że relacja głównych bohaterów zdecydowanie wymyka się schematom, ale bliżej jej do romansu niż przyjaźni polanej słuszną porcją wspomnianego fanserwisu. Zresztą mam o to sporo żalu do Mitsurou Kubo – w tym przypadku naprawdę warto było zaryzykować i pokazać rodzące się uczucie bez owijania w bawełnę. To mógł być szalenie rzadki okaz perły, ukazujący związek męsko­‑męski bez tych wszystkich irytujących naleciałości gatunkowych, tym bardziej że jakieś elementy romansu pojawiają się w anime i w sumie co by szkodziło dorzucić obok tradycyjnych par jedną homoseksualną. Te drobne, urocze gesty Yuuriego i Wiktora naprawdę łapały za serce i dawały nadzieję na coś ciekawego oraz nietuzinkowego. Szkoda, że na pierwszy plan wysuwał się niepierwszej świeżości fanserwis, zaprezentowany tak łopatologicznie i dobitnie, żeby broń Boże nikt nie przegapił dwuznaczności sytuacji. Cóż, za to zdecydowanie stawiam twórcom duży minus.

Podobnie ma się sprawa solidnej porcji materiału upchniętego w dwunastoodcinkowe anime, co wyraźnie rzuca się w oczy w końcówce. Doceniam fakt, że postanowiono pokazać niemalże wszystkie występy zawodników, ostatecznie to temat przewodni produkcji, ale ktoś nie przemyślał kompozycji, przez co finał to jedna wielka kumulacja wątków. Gdyby scenariusz skupiał się tylko na Wiktorze, Yuurim i Juriju, nie byłoby problemu, ale mniej więcej w połowie na scenę (a właściwie na lodowisko) wkraczają pozostali łyżwiarze, co jeden to bardziej ekscentryczny i charakterystyczny, każdy z historią do opowiedzenia. Niby czegoś tam się o nich dowiadujemy, ale nie sposób pozbyć się wrażenia, że ślizgamy się po powierzchni jeziora, obserwując fale, podczas gdy wszystko, co najciekawsze, schowane jest pod powierzchnią. Ot, wyliczanka ślicznych, sympatycznych bohaterów, którzy pozostają efektownymi szkicami – intrygującymi, ale w gruncie rzeczy jednowymiarowymi.

To zabolało mnie znacznie bardziej niż „bezpiecznie” przedstawiona relacja panów, głównie dlatego, że wskutek tego typu zabiegów najbardziej ucierpiał Jurij. To postać z olbrzymim potencjałem, zapowiadająca się na krzykliwy, energiczny „przerywnik”, który trochę niespodziewanie zaczyna przeistaczać się w interesującego, ambitnego młodego mężczyznę, świadomego przemiany, jaka wkrótce go czeka, i dorastającego (przede wszystkim sportowo) na oczach widzów. Jurij z ostatniego odcinka zdecydowanie nie jest Jurijem z pierwszego, zaś cały proces ewolucji przebiega zaskakująco spokojnie i sensownie. Tym bardziej szkoda, że nadzieja rosyjskiego łyżwiarstwa szybko schodzi na drugi, a nawet trzeci plan i staje się częścią międzynarodowej zbieraniny, potraktowanej po macoszemu. W skład tej hałaśliwej grupy indywidualistów wchodzą między innymi: epatujący seksapilem Szwajcar, Christophe Giacometti; przesympatyczny mistrz selfie z Tajlandii, Phichit Chulanont; milczący Kazach, Otabek Altin oraz jedyny w swoim rodzaju, pewny siebie kanadyjski król lodowiska, JJ. Oczywiście ta niewielka grupa sportowców nie wyczerpuje pokaźnej listy bohaterów, obejmującej także kilka łyżwiarek, rzadziej pojawiających się łyżwiarzy, trenerów i znajomych królika. Trochę dużo, jak na dwanaście odcinków…

Inna sprawa, że twórcy w wielu przypadkach przedobrzyli z ekscentrycznością. No dobrze, tak po prawdzie ze świecą szukać wśród postaci ludzi normalnych, ale mam wrażenie, że im rzadziej ktoś pojawia się w serii, tym bardziej jest przerysowany. Co więcej, widać to nie tylko w zachowaniu, ale również w wyglądzie i nie mam tu na myśli krzykliwych kostiumów czy nietypowego sposobu bycia. Nie ukrywam, że nie do końca przypadł mi do gustu pomysł, by niektórych bohaterów obdarzyć groteskową fizjonomią. Skoro taki ekscentryk jak Giacometti może wyglądać normalnie, to dlaczego instruktorka baletu ucząca Jurija, Lilia, musi przypominać zasuszoną mumię o kościach policzkowych tak wydatnych, że można by ich używać zamiast otwieracza do butelek? Jeszcze gorzej prezentują się trojaczki, córki przyjaciół Yuuriego – małe, pulchne żaby, pozbawione proporcji i odrealnione do tego stopnia, że nie sposób określić ich wieku.

W ogóle grafika jest okropnie nierówna. Pierwszy odcinek to cudo, długo musiałam zbierać szczękę z podłogi po obejrzeniu czołówki i sekwencji jazdy na lodzie. Kolejny nie był już tak efektowny, ale nadal zaskakiwał dopracowaniem i dynamiką. Niestety im dalej, tym gorzej. Łyżwiarskie popisy obciążyły nie tylko budżet, ale również rysowników, którzy momentami wyraźnie nie przyłożyli się do pracy. Niektóre występy w Grand Prix wołają o pomstę do nieba – owszem, animacyjnie jest nieźle, ruchy są płynne i zróżnicowane, ale anatomia… Matko jedyna, takiego nagromadzenia krzywizn, niedoróbek i rysunkowej biedy dawno nie widziałam. Twarze i poszczególne części ciała nijak mają się do rzeczywistości i przypominają dzieło jakiegoś abstrakcjonisty. Na szczęście finał wygląda znacznie lepiej, chociaż widać, że starano się oszczędzać, przerywając występ łyżwiarza, by pokazać migawki z przeszłości lub reakcje widowni. Same projekty postaci są bardzo ładne i niezwykle zróżnicowane, przynajmniej te ważniejsze, bo o tych z dalszego planu już pisałam. Wrażenie robią także bogate tła, interesujące kadrowanie oraz dobra praca kamery, jak również bogata, ale stonowana paleta barw. Warto zwrócić uwagę na ładne, chociaż subtelne efekty luministyczne. Yuuri!!! on Ice to przyzwoicie zrealizowana seria, która ma odcinki genialne i słabe – ogólny efekt jest zadowalający, zwłaszcza biorąc pod uwagę dyscyplinę, o jakiej opowiada, ale mam poczucie, że można było postarać się bardziej, niekoniecznie nadwyrężając budżet.

Mój ostatni poważny zarzut odnosi się do jednego z wątków pobocznych, zasygnalizowanego stosunkowo późno, ale odrobinę psującego ogólny wydźwięk serii. Nie mam najmniejszego pojęcia, kto wpadł na wyjątkowo chybiony pomysł wprowadzenia do anime wątku graniczącego z kazirodztwem i kto mu przyklasnął, zamiast popukać się w czoło i odrzucić z niesmakiem. Yaoistyczny fanserwis, w żadnym momencie nieprzekraczający granicy dobrego smaku, to jedno, ale wynurzenia dorosłego faceta, którego jedynym celem w życiu wydaje się pielęgnowanie kompleksu młodszej siostrzyczki, to coś zupełnie innego i dla wielu (zupełnie słusznie) niedopuszczalnego. Twórcom należy oddać trochę sprawiedliwości – włoski łyżwiarz strzegący młodszej siostrzyczki niczym Cerber, chociaż bredzi i wyraźnie ma nierówno pod sufitem, przynajmniej nie traktuje jej jak obiektu seksualnego. Owszem, jest zazdrosny i najchętniej utopiłby każdego chłopaka, na którego spojrzy jego siostra, w łyżce wody, ale w żadnym momencie nie było sugestii, że chce ją zaciągnąć do łóżka. Poza tym charakterna Włoszka ma zupełnie rozsądne podejście i dosyć klarownie wykłada bratu, że tak być nie może. Serio, to bardzo nietrafiony pomysł, ale na szczęście dla anime, nikt nie pojechał po bandzie i w porę zamieciono wątek pod dywan. Wyszło nieprzyjemnie, ale niekoniecznie niesmacznie.

Cóż, skoro już wylałam wszystkie żale i zasygnalizowałam dręczące mnie wątpliwości, może wyjaśnię, skąd właściwie tak wysoka ocena? Po pierwsze, ciężko zapracowali na nią główni bohaterowie – pokochałam Yuuriego i Wiktora od pierwszego wejrzenia, zarówno razem, jak i osobno okazali się rewelacyjni. Być może zabrakło trochę czasu, żeby lepiej i dogłębniej zaprezentować ich osobowości, ale miałam poczucie, że z każdym kolejnym gestem, sceną i dialogiem dowiaduję się więcej i to, co założyłam na początku, niekoniecznie musi być prawdą. Tyczy się to zwłaszcza Wiktora, na pierwszy rzut oka mężczyzny pewnego siebie, robiącego, co mu się żywnie podoba, ale tak naprawdę człowieka zagubionego, powoli wypalającego się od środka i szukającego nowej drogi, może nawet bardziej desperacko niż Yuuri. Dopiero spotkanie z jednostką tak emocjonalnie niestabilną i niepewną, jak Katsuki, pokazało mu, jak wiele może jeszcze osiągnąć i że nie warto rezygnować. Chociaż panowie na początku wyglądają na zupełne przeciwieństwa, są do siebie szalenie podobni, trawią ich podobne problemy, przy czym (o dziwo) to Yuuri chętniej o nich mówi i szybciej dostosowuje się do nowej sytuacji. Obserwowanie, jak rodzi się ich związek – acz mam tu na myśli coś bardziej skomplikowanego niż przyjaźń czy romantyczna fascynacja – sprawiło mi mnóstwo radości. Jakby powiedziała Ania z Zielonego Wzgórza, bohaterowie to pokrewne dusze, na które nie da się patrzeć bez uśmiechu.

Po drugie, przypadł mi do gustu humor w tym anime. Może nie urzekły mnie momentami pieprzne żarty oraz taczka fanserwisu, ale już dramatyczny występ rosyjskiego zawodnika, do tej pory żyjącego w cieniu Wiktora i Jurija, Georgija, doprowadził mnie do łez. Podobnie pompatyczne przemowy króla JJ­‑a, którego wszyscy dookoła tak pięknie ignorują. Równie uroczo­‑zabawna jest miłość Jurija do pierożków czy napady szału jego trenera, Jakowa. Yuuri!!! on Ice to widowisko szalenie ciepłe i skutecznie podnoszące poziom endorfin, przy czym naprawdę warto zwrócić uwagę na te niewymuszone, subtelne przejawy humoru, czasami mocno tłumione mocniejszymi akcentami, nie zawsze dobrej jakości.

Nie można też zapomnieć o wątkach sportowych, bo jakby nie patrzeć, mamy do czynienia właśnie z serią sportową. Nie ukrywam, że odkąd telewizja prawie całkowicie zrezygnowała z relacjonowania zawodów łyżwiarskich, nie mam z tą dyscypliną zbyt częstego kontaktu. Mimo wszystko widać, że twórcy nie starali się zbytnio podkolorowywać rzeczywistości, może poza skokami i systemem punktacji, który nie zawsze oddaje trudność programu. W sensie, wszystkie obecne w serii skoki jak najbardziej istnieją, ale w rzeczywistości nie każdy z nich jest tak często spotykany w wersji potrójnej i poczwórnej. Na przykład poczwórny flip to upiornie trudna akrobacja i o ile dobrze pamiętam, do tej pory udało się go skoczyć (i poprawnie wylądować) tylko jednemu łyżwiarzowi. Takoż punktacja nie zawsze sprawia wrażenie logicznej – wydaje się, że w przypadku niektórych występów sędziowie biorą pod uwagę głównie skoki i zawodnicy, którzy powinni wygrać dzięki innym figurom, otrzymują niższe noty tylko dlatego, że ich rywal zaliczył efektowniejsze skoki. Inna sprawa, że nie zawsze widzimy cały przejazd i pewne elementy może po prostu nie są pokazane, ale znajdują odzwierciedlenie w ocenie. Natomiast podoba mi się fakt, że łyżwiarze jeżdżą na podobnym poziomie (może poza Wiktorem), miewają gorsze dni i nade wszystko, muszą trenować! Choćby nie wiem jak byli zdolni, każdy przejazd kosztuje ich mnóstwo energii – bardzo ładnie porównano tu Yuuriego, który uchodzi za wyjątkowo silnego zawodnika, zdolnego wykonywać dowolne figury i skoki nawet w drugiej połowie występu, z Jurijem, młodym i nie tak zasobnym w energię sportowcem, któremu podobne akrobacje sprawiają już wyraźną trudność, więc to najczęściej pierwsza część jego przejazdu jest efektowniejsza. W ogóle anime pełne jest drobiazgów, układających się w całkiem zgrabny portret tej pięknej, ale niesamowicie wymagającej dyscypliny, jak chociażby zafiksowanie Rosjan na punkcie przygotowania baletowego.

A skoro przy balecie jesteśmy, należałoby poświęcić kilka słów muzyce. Ścieżka dźwiękowa w Yuuri!!! on Ice jest bardzo bogata i różnorodna. Bohaterowie muszą wykonać na turnieju zarówno program krótki (obowiązkowy), jak i długi (dowolny) – każdy z nich charakteryzuje się inną choreografią i oczywiście podkładem muzycznym. Łyżwiarze najchętniej wybierają utwory o zróżnicowanym tempie i melodii, dobrane do tematu jaki chcą przedstawić, ale i ich osobowości. Nie zabrakło tego w anime, pełnym naprawdę doskonałych kompozycji, zarówno dynamicznych, jak i spokojnych, lirycznych. Brawa należą się także za czołówkę, czyli piosenkę History Maker Deana Fujioki – chyba ani razu nie przewinęłam openingu, tym bardziej że widowiskowa animacja, przedstawiająca trzech głównych bohaterów, zmieniała się efektownie co jakiś czas. Nie wypowiem się za to o endingu, bo chociaż także miał udany teledysk, jakoś zupełnie nie zapadł mi w pamięć i na tle innych kompozycji wypadł odrobinę blado. Naturalnie muszę też pochwalić seiyuu, którzy zagrali fenomenalnie, ze szczególnym uwzględnieniem Junichiego Suwabe w roli Wiktora. Zresztą słuchanie wszystkich aktorów było prawdziwą przyjemnością.

Zdaję sobie sprawę, że treść recenzji nie do końca pokrywa się z oceną, ale mimo wielu wad i zmarnowanego potencjału, ostatnie odcinki śledziłam, obgryzając paznokcie. Pewnie, że jest do diabła rzeczy, które twórcy mogli zrobić inaczej, lepiej, ale w ogólnym rozrachunku bawiłam się wyśmienicie i tak naprawdę po seansie moje wrażenia były szalenie pozytywne, a to dla mnie najważniejsze. Yuuri!!! on Ice to anime dalekie od ideału, pełne chwytów marketingowych i pułapek przygotowanych z myślą o rozpłomienionych fankach, niekoniecznie zainteresowanych łyżwiarstwem figurowym. Ba, nie zapomniano nawet o furtce dla kolejnej części, niezbyt potrzebnej, ale potencjalnie zyskownej. Twórcom zabrakło odwagi, konsekwencji oraz zmysłu kompozycji, ale jakimś cudem wybrnęli z tego z twarzą i stworzyli coś, co tak szybko nie odejdzie do lamusa, a to też jest sztuka. Nie będę nikogo przekonywać, że Yuuri!!! on Ice wielkim dziełem jest – to tylko przyjemna, niezobowiązująca rozrywka, pełna ciepła i humoru, a wiele więcej od anime nie wymagam.

moshi_moshi, 31 grudnia 2016

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Mappa
Autor: Mitsurou Kubo, Sayo Yamamoto
Projekt: Mitsurou Kubo, Tadashi Hiramatsu
Reżyser: Sayo Yamamoto
Scenariusz: Mitsurou Kubo, Sayo Yamamoto
Muzyka: Taku Matsushiba, Tarou Umebayashi

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Yuuri!!! on Ice - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl