Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 8/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 20
Średnia: 6,65
σ=1,46

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Hoshiai no Sora

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2019
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Stars Align
  • 星合の空
Gatunki: Dramat, Sportowe
Postaci: Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Nie zawsze rodzice lubią, gdy ich dziecko macha rakietą.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Dziewczęcy klub soft tenisa liceum Shijo Minami może pochwalić się zdolnymi zawodniczkami osiągającymi na tyle dobre wyniki, aby sens istnienia zespołu nie budził wątpliwości samorządu szkolnego. Ten z kolei zwraca uwagę na ich kolegów, których gra pozostawia wiele do życzenia, i daje ostatnie ostrzeżenie – albo zaczną wygrywać, albo koniec zabawy. Trudną sytuacją przejmuje się jedynie kapitan drużyny, Touma Shinjou, on też znajduje rozwiązanie problemu, pozyskując, oczywiście nie bez oporów, nowego zawodnika, Makiego Katsuragiego. Nowicjusz szybko ujawnia swój talent i wnosi do zespołu dużo świeżości, przede wszystkim zaś pozwala szczerze uwierzyć w szansę uratowania klubu.

Oto jedno z najbardziej ogranych zawiązań akcji serii sportowej – zagrożony rozwiązaniem klub plus uzdolniony bohater, który wcześniej prawie nie miał styczności ze sportem. Żeby nie było, stwierdzam fakt, nie szydzę, bo do tego mi daleko. Oryginalną serię Kazukiego Akane (odpowiadającego i za scenariusz, i za reżyserię) polubiłam od pierwszego odcinka i nie przestałam cenić nawet po zakończeniu seansu. Osoby znające anime będą wiedzieć, dlaczego piszę „nawet”. Resztę zapraszam do czytania recenzji, której tworzenie okazało się dla mnie mało przyjemnym zadaniem, towarzyszyło mu bowiem poczucie żalu z powodu utraconej szansy na bardzo dobrą produkcję.

Chłopcy, z wyjątkiem Toumy, początkowo niezbyt przychylnie patrzą na Makiego, który nie dość, że przewyższa ich umiejętnościami, to jeszcze zaczyna zachowywać się niczym kapitan klubu i wprowadzać zmiany w grze kolegów. Kiedy jednak jego propozycje przynoszą rezultaty, a soft tennis staje się dla bohaterów większą niż wcześniej przyjemnością, niechęć przemienia się we wspólne dążenie do osiągnięcia celu, jakim jest udany występ na zbliżającym się turnieju. Rzecz jasna zanim do tego dojdzie, chłopcy będą mogli wykazać się na treningach czy w meczach towarzyskich. Tak w dużym skrócie przedstawia się sportowa część fabuły, którą, podobnie jak wstęp, trudno nazwać szczególnie pomysłową. W żadnym momencie nie zmierza ona w kierunku, wzbudzającym w widzu zaskoczenie lub podziw, że oto w serii sportowej pojawiło się coś innowacyjnego. Z drugiej strony anime też nie zanudza ani nie odrzuca (przynajmniej jeśli chodzi o omawianą kwestię), a pospolitość klubowej historii zręcznie nadrabia sympatycznymi bohaterami, dobrze ukazanymi meczami i faktem, że rywalizacja na korcie bynajmniej nie stanowi istoty serii.

Maki jako jedna z głównych postaci wyróżnia się na tle innych bohaterów podobnych produkcji. Ani to osobnik niewierzący w swój talent i przez to co rusz płaczący po kątach, ani zbyt śmiały narwaniec, którego wszędzie pełno, zarażający optymizmem i chęcią zmiażdżenia rywala całą drużynę. Nie jest też nijakim, ginącym w tłumie chłopakiem. Jaki więc jest? Cwany, trochę arogancki, momentami wręcz bezczelny w stosunku do pozostałych. Najważniejsze jednak – nie jest antypatyczny, jak pewnie wiele osób mogłoby podejrzewać po powyższym opisie. Owszem, okoliczności, w jakich zgodził się na grę w soft tenisa, a dokładnie warunki, jakie postawił Tomie, nie stawiają go w najlepszym świetle. Niemniej późniejsze odcinki udowadniają, że gdyby nie jego postawa połączona z ogromną ilością pewności siebie, klub najprawdopodobniej jeszcze bardzo długo byłby obiektem drwin. To on m.in. dzięki zmysłowi obserwacji potrafił wykrzesać z gry kolegów lepszą jakość, sprawić, że pewniej poczuli się na korcie, a co za tym idzie – zaczęli wygrywać. Sam także wiele zyskuje na nowej formie aktywności, przede wszystkim zaś odkrywa, że sport sprawia mu wiele satysfakcji. Poza tym uwagę zwraca jego dojrzałość i wyczucie w relacjach z ludźmi, idealnie zobrazowane choćby w scenie przebierania się jednego z chłopców po meczu. Touma z kolei podchodzi do wszystkiego zbyt poważnie, ponadto brakuje mu dystansu i zdecydowania, tak że stanowi niemalże przeciwieństwo Makiego. Ale podobnie jak w przypadku tego pierwszego, nadrabia innymi cechami – niemałym zapałem czy wiarą w sukces; jest też życzliwy i pomocny. Jeśli zaś chodzi o pozostałych chłopaków – jest ich szóstka – to prezentują się różnie, ale niestety nie mogą się pochwalić równie ciekawymi charakterami jak główny duet. Niewątpliwie jednak należy serii policzyć na plus, że myśli o wszystkich zawodnikach klubu – choć Maki i Touma są najważniejszymi bohaterami, także reszta otrzymuje własne wątki. Inna sprawa, że chłopcy razem tworzą bardzo sympatyczną grupę, na którą chce się patrzeć i trzymać za nią kciuki, a to w serii sportowej jest dla mnie dużo istotniejsze niż pojedyncze kreacje.

Z drugiego i trzeciego planu poświęcę trochę słów trojgu bohaterów. Chłopcom w treningach i podczas meczów pomaga Yuuta Asuka, którego najłatwiej określić mianem miłego chłopaka – ot, zamiast zazwyczaj spotykanej słodkiej menadżerki mamy słodkiego menadżera. Jego słodycz nie jest jednak przesadzona i uciążliwa dla widza, co udało się uzyskać dzięki dwóm elementom. Yuuta, choć na pierwszy rzut oka wygląda na niepozorną osobę, potrafi pokazać charakter i umie działać – wsparcie kolegów nie polega u niego jedynie na poklepywaniu po ramieniu i mówieniu „dacie radę!”, lecz na solidnym przygotowywaniu się i poznaniu przeciwnika. Nie będzie wielką przesadą, jeśli napiszę, że razem z Toumą i Makim stanowi trzon klubu. Jest to tym bardziej podkreślone, że powyższa trójka (a dokładnie czwórka – o kolejnej postaci niżej) spędza ze sobą bardzo dużo czasu, m.in. na dyskusjach dotyczących drużyny. Jeszcze dobitniej wizerunek Yuuty jako pełnoprawnego bohatera serii podkreśla przypisany mu wątek o potrzebie i chęci samookreślenia oraz akceptacji własnej osoby, który seria prowadzi w sposób nienachalny, ale i bez przesadnej ostrożności. Z Kanako Mitsue, najważniejszą żeńską postacią w anime, mam natomiast pewien problem. Przez większość czasu wydaje się bywać jedynie dla bywania i ironicznego komentowania poczynań chłopaków (oraz żeby zjeść smaczny posiłek u Makiego). Przyznaję jednak, że daleko jej do nijakich dziewczyn, słuchanie zaś jej pogawędek np. z Yuutą może się podobać czy nawet bawić. Na koniec wspomnę o jednym z przeciwników meczowych klubu, Arashim Oujim, który stał się moim ulubieńcem, gdy pokazał swoją przyjacielską i niezwykle otwartą stronę. Reszty rywali nie ma co opisywać – wyróżnia się jedynie narcystyczny Shinjirou Sunaga i genialne bliźniaki, Sora i Riku Itsuse – inni są, bo chłopcy muszą w końcu z kimś grać.

A grają całkiem dobrze. Znaczy, dobrze się patrzy na ich, podobnie jak i innych postaci, grę. Hoshiai no Sora zdecydowanie bliżej do realistycznego przedstawienia meczy niż do produkcji z supermocami, choć nie chcę kategorycznie stwierdzać, że tenis w serii wyłącznie realizmem stoi. Można mieć na przykład wątpliwości co do talentu Makiego, który jako początkujący z łatwością pokonuje bardziej doświadczonych graczy lub przynajmniej potrafi z nimi nawiązać równą walkę. Na szczęście nie emanuje też geniuszem wysyłającym na drugą stronę siatki piłki, jakich nie obroniłby nawet zawodowiec. Jego największą siłą jest zresztą nie sprawność fizyczna, a umiejętność obserwowania i wprowadzania odpowiednich poprawek pozwalających i jemu, i kolegom zaprezentować lepszą grę. Także inni bohaterowie nie wykazują nie wiadomo jak świetnych zdolności; owszem, nie brakuje niebywałych zagrań, a o niektórych graczach mówi się w samych superlatywach, nie zmienia to jednak charakteru raczej zwyczajnie wyglądających starć. Zwyczajnie, co nie znaczy, że nudno, bo sytuacja w poszczególnych meczach często zmienia się niczym w kalejdoskopie. Można jednak zauważyć pewne schematy, chociażby: jedna strona długo przegrywa, by następnie, po ustaleniu nowej taktyki, przejść do kontrataku (niekoniecznie jednak wygrać mecz). Anime stara się też przekazać trochę wiedzy teoretycznej o traktowanej dyscyplinie sportowej, co czasem udaje mu się całkiem zgrabnie, ale czasem polega na łopatologicznych wyjaśnieniach, jakie wielbiciele serii sportowych mogą kojarzyć z takich tytułów jak np. Eyeshield 21. Tak czy siak, nie wydaje mi się, by w jakimkolwiek momencie zasady gry były dla kogoś niezrozumiałe.

„Ale o co chodzi z tymi rodzicami?” – pomyśleli czytelnicy nieobeznani z serią, nie dostawszy w akapitach poświęconych fabule i bohaterom najmniejszych wyjaśnień. Co się odwlecze, to nie uciecze, pora więc przyjrzeć się drugiej stronie anime, dodam – bardziej znaczącej niż ta sportowa. Nie, nie napiszę, że rywalizacja na korcie jest jedynie dodatkiem bądź dopełnieniem głównej historii, a tag „sportowe” jest przypisany do serii tylko dla formalności. Hoshiai no Sora jak najbardziej traktuje o sporcie, z tym że na pierwszy plan wysuwa się w nim dramat. Czy raczej dramaty, a jeszcze konkretniej – dramaty rodzinne. Wspomniałam już o wątku Yuuty, także się do tej kategorii zaliczającym, ale poza nim różnymi problemami obarczeni są… hm, prawie wszyscy? Naprawdę, prościej by było wymienić te postaci (nie mówię, rzecz jasna, o pobocznych), którym Akane nie przypisał przykrej historii z udziałem rodziców. Z klubowych chłopaków na dobrą sprawę tylko jeden ma niebudzących zastrzeżeń opiekunów, u pozostałych zaś matka lub ojciec wykazują, bez wchodzenia w szczegóły, bardziej lub mniej nieodpowiednie zachowania wobec swojego dziecka. Wyjątek stanowi Rintarou Futsu, którego rodzicom trudno coś zarzucić, ale i w jego wątku nie brakuje złych wibracji. Również życie Kanako nie wydaje się do końca przyjemne. By dopełnić obrazu omawianej kwestii, trzeba wspomnieć o przewodniczącej samorządu szkolnego, Kinuyo Kasudze, i jej relacjach z mamą i babcią. Chyba o nikim nie zapomniałam? Rodziców i innych bliskich bohaterów można zatem uznać za pewnego rodzaju bohatera zbiorowego. Osobno większości postaci z tej grupy nie da się nazwać oryginalnymi, zresztą pokazywane są zwykle w pojedynczych scenach w kolejnych odcinkach. Na wyróżnienie zasługują jedynie ojciec Makiego i matka Toumy, którzy pojawiają się regularnie, tym samym też ich kreacje zostały lepiej ukazane. Obrane tematy, m.in. nierozumienia pasji dziecka czy problem nadmiernej kontroli, same w sobie nie są złe, w tak dużej ilości jednak na zaledwie dwanaście odcinków sprawiają wrażenie przerysowanych.

Niestety, nadmiar dramatu to nic w porównaniu z największą słabością anime będącą powodem rozczarowania wielu widzów. Czytający niniejszą recenzję zostaną ostrzeżeni – nie zdziwię się, jeśli ktoś wcześniej zainteresowany tytułem postanowi odpuścić sobie seans. Powiedzieć, że seria nie domyka niektórych wątków, byłoby mijaniem się z prawdą. Ona żadnego nie kończy i nie podsumowuje. Dobrze, od biedy można uznać część sportową za w miarę zgrabnie zamkniętą, wątki bohaterów jednak nie znajdują rozwiązania, a całość urywa się tak, jakby po dwunastym odcinku czekał kolejny. I tak rzeczywiście początkowo miało być – autor rozplanował anime na dwadzieścia cztery odcinki, jednak ostatecznie otrzymał o połowę mniej czasu. Sprawiło to, że znajdziemy tu szereg scen, do których później się nie wraca i nie kontynuuje z łatwego do domyślenia się powodu. Może to frustrować widzów, którzy oczekują wyjaśnienia danej kwestii, ale muszą obejść się smakiem, gdy po np. pełnym napięcia zakończeniu odcinka w kolejnym odchodzi się od tego wątku na rzecz innych wydarzeń.

W serii dominują delikatne, pastelowe kolory. Projekty postaci są proste, ale w miarę różnorodne – kłopot miałam jedynie z dwójką bohaterów, Rintarou i Nao, którzy długo mi się mylili (ba, myślałam, że to jedna postać). Najbardziej jednak podobała mi się animacja. Po którymś tam razie zdałam sobie sprawę, że patrzenie na chłopców wykonujących pełne zamachy rakietą jest w pewien sposób odświeżające. Ogólnie mecze wyglądały przyzwoicie, nie jakoś bardzo widowiskowo, a i uproszczeń czy oszczędności nie brakowało, ale nie polegały na ciągłym pokazie slajdów czy skupianiu się na nieistotnych elementach. Muzyka została właściwie dopasowana do wydarzeń. Zarówno opening (Suisou śpiewane przez Megumi Nakajimę), jak i ending (Kago no Naka no Bokura wa, wykonywane przez AIKI z zespołu bless4) to pogodne kompozycje z miłą dla oka animacją (aczkolwiek ta towarzysząca piosence końcowej zyskała sławę z mniej chwalebnych powodów). W anime słyszymy kilku bardzo znanych i utalentowanych seiyuu, m.in. Natsukiego Hanae, Yoshitsugu Matsuokę, Takahiro Sakuraia czy Toshiyukiego Toyonagę, których grze, podobnie jak i grze pozostałych aktorów, trudno coś zarzucić. Zwłaszcza pierwszy z wymienionych (m.in. Tanjirou Kamado z Kimetsu no Yaiba, Ken Kaneki z Tokyo Ghoul) wypada świetnie jako pewny siebie Maki.

Szkoda – to krótkie słowo co rusz przychodziło mi do głowy podczas pisania recenzji. Hoshiai no Sora mogło być przyjemnym tytułem z sympatycznymi bohaterami, niebojącym się jednocześnie poruszać trudnych tematów. Wątki sportowe, choć niezbyt oryginalne i zaskakujące, także mogły się podobać. Niestety, choć tytuł polubiłam, nie jestem w stanie szczerze go komukolwiek polecić, ponieważ wiem, że rekomendowałabym serię przedramatyzowaną i urwaną. Co prawda nie każdemu musi to przeszkadzać, a pojawienie się drugiego sezonu nie wydaje się zupełnie niemożliwe, niemniej omawiane tutaj dwanaście odcinków na chwilę obecną słabo się broni. Mimo to, zgodnie ze swoimi odczuciami, wystawiam całkiem dobrą ocenę i jednocześnie trzymam kciuki, by Kazuki Akane kiedyś zaprezentował pozostałą część historii – bo co jak co, ale zarówno widzowie, jak i seria na to zasługują.

Ancietejka, 4 lutego 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: 8bit
Autor: Kazuki Akane
Projekt: Itsuka, Yuuichi Takahashi
Reżyser: Kazuki Akane, Kazuo Miyake
Scenariusz: Kazuki Akane
Muzyka: jizue