Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 5/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 11
Średnia: 7,45
σ=1,3

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Melmothia
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Wandance

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2025
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ワンダンス
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Chłopak poznaje dziewczynę, której największą pasją jest taniec współczesny. Dołącza zatem do tego samego klubu, gdzie odkrywa w sobie wybitne talenty choreograficzne. Uroczy romans i fajna historia obyczajowa, której najbardziej problematyczny element stanowią… sceny taneczne.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Kaboku Kotani jest uczniem pierwszej klasy liceum. Stara się prowadzić w miarę normalne życie, nieco zmącone wrodzoną nieśmiałością związaną z problemami z jąkaniem. Pewnego dnia natrafia na trenującą w samotności układ dziewczynę, która z miejsca podbija jego serce (nawet jeśli on sam myśli, że to jedynie fascynacja jej swobodą w wyrażaniu siebie poprzez taniec). Gdy dowiaduje się, że Hikari Wanda, bo tak nazywa się owo dziewczę, zapisała się do klubu tanecznego, pomimo niechęci do bycia na świeczniku decyduje się dołączyć do tego samego kółka.

Przed rozpoczęciem analizy tej sympatycznej serii dwa ważne ogłoszenia. Po pierwsze, recenzja została stworzona przez osobnika, który może się pochwalić co najwyżej znośnym wykonaniem poloneza na studniówce. Po drugie, w kategorii „ulubione tańce filmowe” mój gust skłania się bardziej ku klasycznym scenom ze złotej ery Hollywood lub baletowym produkcjom Michaela Powella i Emerica Pressburgera (Czerwone trzewiki, Opowieści Hoffmanna) niźli współczesnym dziełom o hip­‑hopie, house i innych modnych podopiecznych Terpsychory. Wiem, nikt nie prosił mnie o biografię, ale istnieją dwa powody, dla których zdecydowałem się o tym wspomnieć. Przede wszystkim, zdaję sobie sprawę z istnienia wielkich miłośników tańca i tych lojalnie uprzedzam, że moja niekompetencja na tym polu może im podnieść ciśnienie (za co z góry przepraszam). Drugi powód, równie istotny – jeśli wy również macie podobne doświadczenia na tym polu co ja, to istnieje spora szansa, że to anime miło was zaskoczy. Choć tańce stanowią tu bardzo istotny element fabuły, jest to także zaskakująco przyjemna historia miłosna i dobra seria obyczajowa.

Siłą Wandance są bardzo udane, bardzo odświeżające w swojej prostocie relacje międzyludzkie. Jasne, całość okraszono współczesną, romantyczną atmosferą szkolnych anime, ale podstawa to motyw stary jak świat. Chłopak poznaje dziewczynę, ona należy do nieco innej społeczności, on postanawia więc opuścić swoją strefę komfortu i dołączyć do jej otoczenia. Żadnego udawania, że Kaboku od zawsze marzył o tańcu albo opowieści o serii przypadków, które magicznie połączyły dwie pozornie obce sobie dusze. Główny bohater mniej lub bardziej skutecznie stara się dotrzeć do Wandy, a ta powoli i bez zbędnych dramatów wprowadza go do swojego światka. Teoretycznie nie powinienem zdradzić, jak to się skończy, jednak podejrzewam, że bazując na podanych informacjach, domyślacie się pointy. I wcale tego nie traktuję jako zarzut. Przeciwnie – hormony buzują bez zbędnej teatralności i szantaży emocjonalnych, mamy dużo ładnych, drobnych gestów i kilka świetnych scen poświęconych miłości dwojga nastolatków. Co do tego ostatniego, to nawet posunę się do stwierdzenia, że Wandance zawiera mój ulubiony romantyczny moment w anime A.D. 2025 (hasłowo – mam na myśli scenę z parasolem). Bardzo prosta, ładnie wyłamująca się schematom i, ku mojemu niemałemu zdziwieniu, elegancko nawiązująca do klasyki włoskiego kina, depresyjnego filmu Umberto D. (istnieje szansa, że to przypadek, ale nie będę narzekać).

Ta urocza relacja nie zaprezentowałaby się tak zgrabnie, gdyby nie bohaterowie. Kaboku w bardzo ciekawy sposób balansuje między superprzystojniakiem rodem z shoujo a typowym dla shounenowej publiki przeciętniakiem, z którym młodzieńcy mogą się utożsamiać. Duża w tym zasługa oryginalnej koncepcji związanej z jąkaniem się protagonisty. W czasie seansu nie myślałem, że dostajemy kolejny obiekt westchnień dla płci pięknej, lecz nastolatka z problemami, który dzielnie usiłuje dostosować się do społeczeństwa. Co bardzo istotne, nawet przed rozpoczęciem nauki tańca całkiem nieźle sobie radzi: ma kolegów, ludzie od niego nie stronią, zaś kiedy ponosi towarzyskie porażki, podejmuje kolejne próby. Jego postawa to ładna i godna pochwały lekcja.

Jest jeszcze jeden istotny element, o którym warto wspomnieć – mniej więcej w połowie serialu wprowadzono dość krótką scenę, w której bohatera nachodzą brudne, małostkowe myśli, za które (na szczęście) szybko sam się karci. Zabieg dość ryzykowny, ale według mnie opłacalny. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu Kaboku może z tego powodu wydawać się odpychającym bohaterem. Jednak uważam, że to dowód na człowieczeństwo postaci. W chwilach paniki lub w obawie o śmieszność niejeden z nas wypowiada lub formułuje w głowie coś nikczemnego. Dzięki tej scenie wiem, że młody tancerz zachowuje się jak japoński licealista z krwi i kości, a nie smutny chłopak, którego jedyną cechą definiującą jest wada wymowy.

Wanda to może nie aż tak ciekawa postać i miejscami balansowała na granicy statusu bohaterki­‑trofeum. Na szczęście ostatecznie udało jej się uniknąć tego losu. Gdybym miał wyróżnić czynnik decydujący, dlaczego bohaterka zaskarbiła sobie moją przychylność, to wskazałbym ponownie na prostotę. To zwyczajna dziewczyna, która uwielbia tańczyć i wie, czego chce. Na tej niezbyt skomplikowanej filozofii udało się zbudować jej nienapuszoną pewność siebie, która nie wymaga dowodzenia swoich zalet, bo opinia otoczenia nie może zachwiać jej poczuciem własnej wartości. Poza tym odnoszę wrażenie, że jest to ten typ postaci, który nie opowiedział wszystkiego o sobie i jeszcze kilku ważnych rzeczy dowiemy się o niej w potencjalnej kontynuacji.

Wspomniałem o atrakcyjnych bohaterach, którzy uniknęli roli „produktów”, warto więc dodać, że fanserwisowego mizdrzenia tutaj nie doświadczymy. Owszem, mamy tu całą masę bohaterów narysowanych w taki sposób, że część publiki płci obojga może narzekać na nadmiar przesadnie atrakcyjnych modeli, przekładający się na „wyidealizowane oczekiwania”, ale to przecież anime o tańcu. Skoro wszyscy są wysportowani, to chyba nic dziwnego, że cała ferajna składa się z mniej lub bardziej urodziwych postaci, prawda?

Poza tym Wandance zaskoczyło mnie klasyfikacją gatunkową, gdyż poszczególne elementy serialu zdają się wręcz krzyczeć, iż będzie to stereotypowy shounen. Pierwszym takim zwiastunem jest obsada drugoplanowa. Przewodnicząca klubu On Miyao to niby słodkie i wyluzowane dziewczę, lecz w czasie treningu prezentuje najwyższy profesjonalizm, zaś dla swoich podopiecznych stanowi niemałe wsparcie (jak wypada mądremu senseiowi). Dawny członek klubu, Iori Itsukushima, to pozornie zimny twardziel reprezentujący popularną kliszę geniusza trzymającego wszystkich na dystans. Dostajemy też krótki epizod o relacjach jednej z głównych postaci z przedstawicielem starszego pokolenia, który dzielił te same marzenia, ale proza życia ostatecznie przekreśliła jego dążenia. Zaś w trakcie pojedynków tanecznych wśród adwersarzy znajdziemy ekscentrycznego i niebudzącego sympatii mocarza, który (niczym shounenowy zabijaka) mierzy się z rywalami po to, by w końcu znaleźć godnego przeciwnika. Prócz niego poznamy też zimnego profesjonalistę, który zachwyca umiejętnościami, ale gdzieś w tej rywalizacji zatracił radość z wykonywanego zajęcia.

Pojedynki taneczne to już w ogóle pozorna apoteoza shounenowych klisz. Scenariusz stosuje podobną sztuczkę, co w głośnym w swoim czasie Shokugeki no Souma – z dziedziny, której raczej nie kojarzymy z „bitewniakami” (tutaj w tańcu, we wspomnianym anime jest to gotowanie), kreujemy pojedynki między rywalami niczym w Rycerzach Zodiaku lub w szkolnych zawodach w Boku no Hero Academia. Nie brakuje monologów wewnętrznych, zszokowanej publiczności, faworytów, którzy niesłusznie nie docenili nowicjusza, wspomnień z przeszłości, pełnych napięć rozmów pomiędzy etapami, milczących, ale mądrych i uczciwych jurorów, emocjonalnej gry psychologicznej między rywalami, najlepszych występów w dotychczasowej karierze… Ba, wprowadzono nawet trio uczennic, które komentują każdy specjalny atak, to znaczy każdy specjalny układ choreograficzny z odpowiednim wyjaśnieniem, dlaczego jest tak niesamowity.

Dlaczego pomimo tak wyraźnie widocznych shounenowych klisz zgadzam się z ogólnie przyjętą klasyfikacją gatunkową, jaką w tym przypadku jest seinen? Moim zdaniem klucz do tej zagadki tkwi w dystansie, z którym reżyser podchodzi do całego projektu. Serial sprawia wrażenie, jakby nie tyle opowiadał historię japońskim licealistom, ile odnosił się do wspomnień dorosłych Japończyków lub próbował przybliżyć codzienność ich pociech lub dużo młodszego rodzeństwa. Czy to źle? Jako osoba dwa razy starsza od bohaterów nie będę narzekać. Tym bardziej że nawet jeśli seria jest reżyserowana z pewnym dystansem, to uważam, iż ma szacunek do prezentowanych postaci, unikając przy tym niepotrzebnego protekcjonalizmu. Dobrze to oddaje finał – zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może być on nieporozumieniem, jednak według mnie odzwierciedla charakter dzieła. Reżyser Wandance próbuje podkreślić, że nie jest ważne, „jak wielki poziom osiągniesz”, tylko co daje uczęszczanie na zajęcia sceniczne (taniec, konkursy recytatorskie, teatr) nawet dla szeregowego artysty. Stawką nie jest wielka kariera i splendor, a przyswojenie zdolności społecznych, nabycie ogłady i samoakceptacja. Co anime bardzo skutecznie demonstruje.

Inna rzecz, która moim zdaniem udała się nad podziw, to ogranie niektórych schematów. O ile wydarzenia są tak typowo shounenowe, że aż w parodystyczny sposób przewidywalne, o tyle reakcje bohaterów, ich konfrontacje z niektórymi problemami lub stosunki z otoczeniem zdają się wyłamywać z gatunkowego gorsetu, próbując stworzyć coś nowego. Warto też wspomnieć, że serial nie próbuje na siłę odhaczyć odpowiednich „punktów z listy” – np. kiedy dochodzi do ważnych romantycznych gestów, to z następnymi decyzjami bohaterów możemy spokojnie poczekać. Z tego powodu po seansie całości bardzo doceniam, że w pojedynkach tanecznych nie poświęca się tyle miejsca na zaloty (zarówno na pierwszym, jak i drugim planie). Miłość miłością, ale są chwile, kiedy trzeba wziąć się za inne sprawy.

W tym momencie muszę też, niestety, sformułować moje dwa większe zastrzeżenia do scenariusza. Choć seria ładnie ogrywa niektóre klisze, to jednak jest ich tutaj nieco za dużo. Nawet jak na japoński szkolny romans miejscami byłem o wiele za daleko przed scenariuszem. Drugi, trochę poważniejszy mankament – nie podoba mi się, że Kaboku robi aż tak duże postępy w tak krótkim czasie. To znaczy, oczywiście demonstrują to z lekkim dystansem i jestem ogromnym fanem tego, jak wykorzystano ten motyw w ostatnim odcinku. Poza tym, jak wspomniałem dwa akapity wyżej, w większości przypadków seria dobrze broni tezy, że ważniejsza jest praca nad samym sobą niż osiągnięcie niewiadomo jakiego poziomu. Nie zmienia to faktu, że według mnie trochę przesadzili. Tym bardziej że jeżeli powstaną następne sezony, to w tym tempie Kaboku będzie reprezentował kraj na Igrzyskach Olimpijskich za dwie, góra trzy odsłony.

Z ważnych elementów pozostaje jeszcze kwestia układów tanecznych i ten element wzbudza niemało kontrowersji. Na początek kilka plusów – rysownicy przygotowali bardzo ładną choreografię, bazując na występach prawdziwych zawodowców, a studio dobrało znakomity soundtrack (tzn. na tego typu muzyce totalnie się nie znam, ale moim zdaniem świetnie pasuje do występów). Niestety, są to modele 3D, które najdelikatniej mówiąc, średnio komponują się z całą resztą. Po internecie krążą dość przychylne opinie, jednak wiele komentatorów nie może zdzierżyć efektu końcowego i nie ukrywam, że ich rozumiem. Sam potrzebowałem czasu, by się do nich przekonać i prawdopodobnie gdyby nie znikoma konkurencja w sezonie, pewnie odpuściłbym seans. Ostatecznie przyzwyczaiłem się do koncepcji, ale zdaję sobie sprawę, że jeśli taniec nawala w serii o tańcu, to gdzieś podjęto niewłaściwą decyzję artystyczną.

Z innych kwestii technicznych, seria może pochwalić się ciekawymi, choć dość specyficznymi projektami postaci, ładną kolorystyką i interesującym wykorzystaniem lokacji – akcja rozgrywa się w Saitamie, na obrzeżach tokijskiej aglomeracji. Z jednej strony nie czułem jeszcze, byśmy byli na głębokiej prowincji. Z drugiej zaś daleko już od wielkiego miasta a ekipa mogła sobie rysować piękne góry piętrzące się w głębi kraju. Jedynie szkoda, że seria boryka się z ogromnymi problemami w postsynchronach – niektóre sceny (zwłaszcza w pierwszej połowie serialu) mają co drugie zdanie źle zmontowane, z pustymi „kłapami” lub zbyt późno rozpoczętymi zdaniami. Szczerze mówiąc, mnie akurat bardziej irytował ten mankament niż jakakolwiek sztuczność scen tanecznych. Wciąż nie jest to najgorszy montaż dźwięku ostatnich lat (Otonari no Tenshi­‑sama ni Itsunomanika Dame Ningen ni Sareteita Ken pod tym kątem zawiesiło bardzo, bardzo nisko poprzeczkę), ale efekt końcowy zdecydowanie mi się nie podoba.

Ścieżka dźwiękowa może nie zachwyca, ale ewidentnie pasuje do całości (myślę, że fani współczesnego brzmienia mogą ocenić ją nawet wyżej). Producentom udało się znaleźć świetny zestaw seiyuu o różnym stopniu doświadczenia. Kaboku przemawia głosem Koukiego Uchiyamy, który zyskał popularność rozmaitymi rolami od znanych łotrów (Shigaraki w Boku no Hero Academia) po amantów (Yamada w Yamada­‑kun to Lv999 no Koi o Suru). Aktor bardzo dobrze poradził sobie z niełatwym zadaniem zwyczajnego, mierzącego się z trudnościami nastolatka, który nie boi się spełniać swoich marzeń. Równie ciekawie prezentuje się Hina Youmiya – jeszcze nie tak okrzepła artystka, która poza znaczącymi rolami w Shoushimin Series (Yuki Osanai) i Ars no Kyojuu (Kuumi) wciąż jest chyba najbardziej znana z kreacji Anny Yamady w Boku no Kokoro no Yabai Yatsu. Ciekawa rzecz, choć obie bohaterki mają kilka punktów wspólnych (są nieco tajemniczym obiektem westchnień głównego bohatera, o prostym, życzliwym charakterze), to jednak seiyuu wykonała kawał dobrej roboty i nie ma mowy o powtórce z rozrywki. Na drugim planie usłyszymy kilkoro sławnych artystów (Ayaka Suwa, Toshiki Masuda, Yuuma Uchida) i zarówno oni, jak i mniej znani aktorzy mogą mówić o sukcesie.

Moja ostateczna ocena serialu jest zdecydowanie pozytywna, choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu pasek z punktami będzie przesuwać się w rozmaite strony w zależności od tolerancji na nietypowe sekwencje taneczne. Ja bawiłem się zaskakująco dobrze i choć anime miewa lepsze i gorsze momenty, to doceniam tę niewymuszoną zwyczajność i prostotę.

Sulpice9, 18 stycznia 2026

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Cyclone Graphics, Madhouse Studios
Autor: Coffee
Projekt: Satoshi Tasaki, Taiki Imamura
Reżyser: Michiya Katou
Scenariusz: Michiya Katou