Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Zapraszamy na Discord!

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

3/10
postaci: 3/10 grafika: 4/10
muzyka: 3/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 7
Średnia: 7
σ=1,6

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Melmothia
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kirei ni Shite Moraemasu ka

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2026
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Wash It All Away
  • 綺麗にしてもらえますか.
Widownia: Seinen; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Miało być lekkie anime obyczajowe, a jest budząca zażenowanie seria lekkich obyczajów.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Atami to miasteczko w prefekturze Shizuoka, jeszcze nie aż tak daleko od Tokio, ale wystarczająco blisko turystycznego smakołyku, jakim jest Park Narodowy Fuji­‑Hakone­‑Izu. W tej niezbyt zabytkowej, ale urokliwej mieścinie znajduje się profesjonalna pralnia, w której niestrudzona Wakana Kinme jest gotowa usunąć każdy brud. W zasadzie jedyna ciemna plama, z którą nie może sobie poradzić, tkwi w jej umyśle, bowiem młoda kobieta nie jest w stanie przypomnieć sobie czegokolwiek sprzed ponad dwóch lat. Mimo tego problemu stara się prowadzić w miarę normalne życie, poświęcając się pracy i budując relacje z mieszkańcami (którzy ewidentnie też nie znają jej z przeszłości).

Zarówno ramy fabularne, jak i zapowiedzi sugerowały proste iyashikei (obyczajową serię „kojącą”) o młodej kobiecie i jej małomiasteczkowej codzienności. Do tego przed seansem pierwszego odcinka dowiedziałem się, że manga znakomicie się sprzedawała (już została ukończona) i ma bardzo dobre recenzje. Zatem miałem wobec tego tytułu pewne oczekiwania, możliwe, że nieco zawyżone. Niestety, już pierwszy odcinek skutecznie przekonał mnie, że mamy do czynienia z kandydatem na największe rozczarowanie sezonu. Co gorsza, wraz z kolejnymi epizodami utwierdzałem się w tej opinii.

Cóż takiego sprawiło, że ta seria tak bardzo mnie rozczarowała? Jedno słowo – fanserwis. Jeżeli w pierwszym odcinku anime o kobiecie prowadzącej pralnię co najmniej trzy razy pomyślałem sobie „kurczę, coraz dziwniejsze te wstępy do porno…” to coś zdecydowanie poszło nie tak. Albo gorzej – jest dokładnie tym, czym miało być. Jednak o tym trochę później.

Zanim się rozkręcę, ważna adnotacja. Choć bardzo mi daleko do bycia miłośnikiem fanserwisu, to mogę go zrozumieć i zaakceptować, jeżeli tylko posiada artystyczne uzasadnienie. Np. w Ijiranaide, Nagatoro­‑san ładnie podkreśla charakter „końskich zalotów” w wykonaniu protagonistki i jej koleżanek; w Boku no Hero Academia szafowanie urodą rozmaitych bohaterek podbija ich rankingi popularności, co jest niegłupim komentarzem do współczesnego seksualizowania rozmaitych aspektów codzienności; Rokudou no Onnatachi ma fanserwisową scenę, która była dla mnie jedną z lepszych humoresek 2023 roku. Ba, abstrahując już od anime, jestem wielkim fanem Kabaretu Starszych Panów, co z automatu powinno mnie osłonić przed oskarżeniami o przesadną artystyczną pruderię (jak ktoś nie kojarzy utworów duetu Wasowski i Przybora z bardziej pikantnych elementów, to polecam posłuchać piosenek Portugalczyk Osculati, Kapturek 62 lub Jakże ściana ta cienka).

Skoro nie oburzam się serialem z powodu fanserwisu per se, to na czym polega mój problem? Ano na tym, że anime tak naprawdę nie oferuje niczego innego. Kirei ni Shite Moraemasu ka ma tak symboliczną linię fabularną, że wydarzenia dałoby radę ścisnąć do odcinka, może dwóch. Jasne, iyashikei nie jest od tego, by szastać wielowątkowymi opowieściami, ale „coś” zwykle udaje się wprowadzić. Ostatni raz nawiązuję do innych serii fanserwisowych – Ruri no Houseki to równie naładowana wiadomo czym seria, a jednocześnie potrafiąca znaleźć miejsce na postacie i zbiór geologicznych ciekawostek. Choć nie przepadam za tym tytułem, to przynajmniej go szanuję. Tu z kolei mamy pustkę, której ogrom podbija notoryczne eksponowanie wdzięków bohaterki.

Jak może się domyślacie, Wakana Kinme nie należy do najbardziej wycyzelowanych protagonistek sezonu. Za to została starannie przygotowana przez dział marketingu, by opchnąć jak najwięcej gadżetów. Narysowano ją jako słodką, niewinną i hojnie obdarzoną przez naturę niewiastę, która uwielbia gorące źródła – czyli hobby doskonale sprawdzające się do demonstrowania negliżu. To oczywiście byłoby zdecydowanie za mało na dwanaście odcinków, więc scenariusz co rusz podsuwa kolejne pomysły na nowe dwuznaczne sceny. Te zaś w swojej fanserwisowej ostentacji bywają wręcz zabawne. Lojalnie uprzedzam, że od teraz będą spojlery, aczkolwiek podkreślam, że złożoną intrygą seria nie grzeszy. Chyba że ktoś lubi sam wygrzebywać radosne głupotki fabularne. Na przykład pewnego dnia starsze klientki przychodzą do pralni, lecz znajdują zakład zamknięty na cztery spusty. Wakana wywiesiła kartkę, że tego dnia jest nieczynne. W normalnym świecie ludzie zakładają, że po prostu coś niespodziewanego musiało wypaść właścicielce i rozważają inny termin. Ewentualnie, jeśli są z nią w dobrych stosunkach, to dzwonią do niej lub piszą SMS­‑a z prośbą o kontakt. Co robią panie w tym serialu? Oczywiście proszą o pomoc młodego mężczyznę, by wlazł na drzewo i włamał się do mieszkania nad pralnią, by sprawdzić, co się dzieje. Logiczne, prawda? Przynajmniej „dzięki temu” mogliśmy być świadkami, jak młody mężczyzna znajduje ładną panienkę śpiącą w sugestywnych pozach.

I tak to się toczy – a to odcinek, w którym nasza radosna gapa nie umie prowadzić mediów społecznościowych, więc znajome dzieciaki zakładają jej konto z obowiązkową fanserwisową sesją zdjęciową. Innym razem biuro promujące region zaprasza ją do udziału w reportażu reklamującym okolicę, również z udziałem fotografa, tym razem w towarzystwie koleżanki, bo przecież tak jest dwa razy lepiej (przynajmniej marketingowcy z serialu kombinują podobnie jak pracownicy studia). Jak już nie ma pomysłów, to zawsze można zrobić kilka (a nawet kilkadziesiąt) tendencyjnych kadrów. Fanserwis nie ogranicza się tylko do cielesności, Wakana ma też odpowiedni „profil psychologiczny”: pomimo epatowania seksapilem jest niewinna jak lilia, uwielbia dzieci i słodkie zwierzęta, boi się rozmaitych rzeczy (np. piorunów, co dało okazję do zrobienia całego odcinka, w którym potrzebuje mocnego męskiego ramienia), nigdy nie stroi fochów, i tak dalej, i tak dalej…

O ile Wakana to według mnie wyśmienicie zaprojektowany produkt, o tyle sama wszystkich fanserwisowych sfer nie wypełni. Wsparcia udziela jej przede wszystkim najlepsza przyjaciółka i klientka, Asami Yagara. Apetyczna mężatka (aż dziw, że nie wdówka – choć oczywiście pana Yagary nie poznamy) uzupełnia fanserwis serii o atrakcyjną starszą koleżankę, która niewinność już dawno temu pożegnała i za bardzo za nią nie tęskni. Pamiętacie, jak wspomniałem, że serial od samego początku zawiera pikantne elementy? Pierwsza rozmowa Asami i Wakany brzmi jak z jakiegoś anime na literę H. Ponadto mamy jeszcze pełną werwy licealistkę­‑chłopczycę Kuriru Wakasagi i Ukę Hatsuayu, nieśmiałą pracownicę agencji turystycznej (taką, która czeka, aż ktoś ją uratuje i obroni).

Z dodatków mniej oczywistych dostajemy jeszcze grupę uroczych dziewczynek, które pomagają Wakanie i mają masę świetnych pomysłów, jak lepiej ją sprzedać, to znaczy lepiej wypromować jej social media. Poza krecią robotą jako prowodyrki kolejnych sugestywnych zdjęć, młodociane koleżanki Kinme sprawiają wrażenie, jakby grały na ojcowskich uczuciach panów przed ekranami. Jednak najważniejszym punktem fanserwisowego tła jest główny bohater reprezentujący płeć brzydką, licealista Kyuushou Ishimochi. Przyznam, że w czasie seansu poczułem się młodszy, bowiem serial stworzył postać rodem sprzed dekady lub dwóch. Czyli cudownie bezbarwnego bohatera, którego wewnętrzna pustka jest tak duża, że każdy może sobie wyobrazić siebie na jego miejscu. A jego spotkania z Kinme to epizody wdzięczne, bo przecież co rusz poczciwy chłopak natrafia na przyjaźnie do niego nastawioną, ładną panią. W dodatku dobrze wychowaną, z własnym biznesem i taką, którą lubi mama.

Pod kątem technicznym wypada to wyjątkowo słabo. Kreska jest bardzo prosta i skupiona na eksponowaniu żeńskich atutów. Dostajemy nieciekawe lokacje, nieciekawe projekty postaci i krzywizny, a do tego ogromną ilość równie nieciekawych, nieruchomych kadrów. Jakakolwiek ekspresja ogranicza się do scen, w których protagonistka ma być urocza. Muzyka jest jeszcze gorsza, co oznacza, że prezentuje się naprawdę fatalnie, bo mierny soundtrack zwykle ignoruję. Kompozycje grzeszą niewiarygodną powtarzalnością i odnoszę wrażenie, jakby wklejano je na ślinę, by zamaskować symboliczne udźwiękowienie lub wspomóc równie nieudolną pracę seiyuu. Skoro o nich mowa – Sayumi Suzushiro dostała wreszcie swoje pięć minut; to jej trzecia główna rola w tym sezonie. Powiedzmy, że cieszy mnie, iż zagrała jeszcze dwie inne, zdecydowanie lepsze postacie (zwłaszcza wyśmienitą Miyu Suzuki w rewelacyjnym Seihantai na Kimi to Boku). Reszta drugiego planu trzyma poziom od równie rutyniarskiego, po sztuczny do granic możliwości, jakby te postacie odgrywało AI.

Czy w tym serialu jest cokolwiek, co uważam za dobre? Nie. Czy są może chociaż elementy przyzwoite albo znośne? Tak, uczciwość każe mi wymienić kilka aspektów. Po pierwsze, cieszę się, że anime pośrednio podkreśla, że Wakana jest pełnoletnia (ba, ma nawet ukończone dwadzieścia lat), więc przynajmniej unikamy takiego rodzaju zgorszenia. Po drugie, w ostatnich odcinkach wreszcie zaczyna się coś dziać (choć nie spodziewajcie się konkluzji). Po trzecie, anime raz lub dwa nawet nieźle punktuje głupotki współczesności – np. gdy bohaterka zdobyła popularność za sprawą rekomendacji internetowej celebrytki, z trudem realizowała kolejne zamówienia, bowiem klienci wysyłali jej brudne ciuchy aż z drugiego końca kraju. Absurdalne? Tak. Jednak mogę uwierzyć, że takie rzeczy mają miejsce. Raz lub dwa dostaniemy też wskazówki na temat usuwania uporczywych plam, aczkolwiek nie oczekujcie serii­‑poradnika. Muszę też przyznać, że serial przynajmniej nie kreuje złych wzorców i znam zdecydowanie gorsze serie, zatem do tej magicznej, najgorszej ligi jeszcze trochę zostało.

Omawiając ten serial, nie mogę odpuścić jednego tematu. Jeżeli ktoś zastanawia się, dlaczego nie porzuciłem serii już po pierwszym odcinku, to mam proste, choć trochę niezręczne wyjaśnienie. Chciałem stworzyć recenzję „ku przestrodze” dla osób szukających rekomendacji podobnym kluczem co ja, bo jak wspomniałem, komiks osiągał wyśmienite wyniki sprzedaży. Z tego powodu dopowiedziałem sobie, że pewnie oryginał musi być ciekawszym albo przynajmniej bardziej niewinnym obyczajowym iyashikeyem. Jednak pod koniec sezonu rzuciłem okiem na oryginał i… pierwsze rozdziały wyraźnie sugerują, że anime to stosunkowo wierna adaptacja. Co więcej, dowiedziałem się również, że serialowe Kirei ni Shite Moraemasu ka ma bardzo oddane grono fanów, wychwalające tę serię jako kojącą i poprawiającą nastrój. To prowadzi do dość kłopotliwego pytania – a może jednak to ze mną coś jest nie tak? Rozważając dłużej temat, uświadomiłem sobie, że „za moich czasów” (powiedzmy, w okolicach 2012, kiedy zacząłem przygodę z anime) ten serial według mnie bezproblemowo dostałby tag „ecchi”. Obecnie zaś w przypadku serii, w której bohaterkę rysują co rusz w sugestywnych pozach, temat nieskromności nie jest prawie w ogóle dyskutowany.

To łączy się z innym zagadnieniem. Dość często konsultuję seriale przed recenzją i koledzy nieznający tytułu zapytali mnie, dlaczego ktoś, kto przygotował taki opasły katalog fanserwisowych „wspaniałości”, nie zdecydował się na bardziej śmiały projekt. Skoro już i tak większość serialu zajmuje szafowanie wdziękami protagonistki, to może trzeba było zrobić anime +18. Na początku przytaknąłem na taki pomysł, estetycznie wydawało się to bardziej spójne. Natomiast po dłuższym zastanowieniu i przejrzeniu forów internetowych chyba zrozumiałem, na czym polega metoda. Bazując na rozmaitych komentarzach, odnoszę wrażenie, że jest nisza, którą Kirei ni Shite Moraemasu ka zdaje się wypełniać. Istnieje grupa społeczna potrzebująca fanserwisowej serii, ale jeszcze nie takiej, by stać się anime otwarcie dla dorosłych. Dla takich osób przesadą by było pokazanie narysowanej nagiej kobiety, bo to „nie wypada”, ale już sugestywne obrazki stanowią akceptowalną formę. Tak więc, może po prostu ja zrobiłem się za stary i ten anime­‑pociąg mi już odjechał? Dla innych to będzie jedynie urocza seria obyczajowa, tylko lekko pieprzna.

Mimo wszystko nie mam zamiaru wstrzymywać swojej złej opinii. Nawet jeśli mam inny pogląd na fanserwis, to lista wymienionych wad pozostaje długa i trudna do usprawiedliwienia. Fabuły praktycznie nie ma, bo prawie wszystko służy komercyjnej słodyczy. Bohaterowie są totalnie nijacy i w ogóle się nie zmieniają. Technicznie brzydkie to i słabo zagrane, zaś jak na serię turystyczno­‑prowincjonalną zadziwiająco mało tu lokalnych atrakcji. Jedynie miejscowe gorące źródła dostają reklamę, choć nie wiem, ile w tym chęci promocji Atami, a ile zademonstrowania sceny w samym ręczniku. Seansu zdecydowanie nie polecam.

Sulpice9, 13 kwietnia 2026

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Okuruto Noboru
Autor: Mitsuru Hattori
Projekt: Azuma Tozawa
Reżyser: Kenta Oonishi
Scenariusz: Touko Machida
Muzyka: Eri Chichibu