Anime
Oceny
Ocena recenzenta
6/10| grafika: 8/10 | |
| muzyka: 6/10 |
Ocena redakcji
brakOcena czytelników
Kadry
Top 10
Awajima Hyakkei
- Scenes from Awajima
- 淡島百景
- Awajima Hyakkei (Komiks)
Sceny z życia uczennic i absolwentek japońskiego konserwatorium. Świetnie zbudowana, skrajnie liryczna szklarnia emocjonalna i… niestety, nic więcej.
Recenzja / Opis
Zazwyczaj na początku staram się przedstawić główne postacie i pierwsze wątki, które będą miały dalszy wpływ na rozwój fabuły. Sęk w tym, że Awajima Hyakkei ma dość specyficzną strukturę. Anime opowiada o losach dziewcząt i kobiet, które uczą się lub uczyły w prestiżowym konserwatorium (szkole wokalnej) Awajima. Jesteśmy świadkami ich licznych perypetii (zazwyczaj od jednej do trzech na odcinek), które początkowo mogą sprawiać wrażenie chaotycznie porozrzucanych, jednak przedstawione wydarzenia ostatecznie zaczynają się łączyć w całość. Tyle.
Przyznaję, że zainteresowałem się tym tytułem z bardzo konkretnego powodu – od prawie 25 lat opera zajmuje pierwsze miejsce w moim artystycznym rankingu. Od 2011 prowadzę o niej bloga, poświęcając jej ponad 700 wpisów. I nie ukrywam, że miałem cichą nadzieję na stworzenie kiedyś recenzji anime, które opowie właśnie o tej wspaniałej sztuce. Choć wolałbym, żeby było inaczej, nie ona stanowi danie główne serii.
Motywem przewodnim anime są wyraziste uczucia i niepokoje, z którymi konfrontują się nasze bohaterki. Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli wspomnę, że w fabule dominują introwertyczne postacie, które przez lata (a w przypadku starszych bohaterek – przez dekady) tłumiły w sobie rozmaite pragnienia i żale, zaś ich analiza będzie najważniejszym zasobem scenariusza. Jak możecie się domyślić po wystawionej ocenie, Awajima Hyakkei nie rzuciło mnie na kolana. Jednak według mnie istnieje konkretna grupa docelowa, która powinna być zachwycona seansem – jeżeli znajdziecie w tym huraganie emocji przekonujący motyw lub opowieść, która odniesie się do waszej wrażliwości, to bardzo prawdopodobne, że właśnie odkryliście anime roku. Rzecz jasna nie ma w tym niczego złego, każdy lubi japońską animację z innych powodów.
Uważam, że Awajima Hyakkei to seria, która w bardzo specyficzny sposób prezentuje uczucia i dzięki temu może zyskać grono wiernych fanów. Mimo to, gdy spróbowałem przeanalizować tę serię jak nośnik kultury przeznaczony dla mniej zaangażowanego emocjonalnie odbiorcy, bez trudu wyłapałem rozmaite niedociągnięcia.
Moja pierwsza wątpliwość dotyczy sposobu ukazywania przemyśleń i konfliktów. Zdecydowana większość emocji zostaje przedstawiona ze skrajnie subiektywnej perspektywy. Na przykład w pewnym odcinku poznajemy Asami Oukubo, która ma dość trudne relacje z rodzicami, gdyż jej rodzina należy do lokalnego zgromadzenia religijnego. Cały epizod skupia się na jej poczuciu niepewności, wyobcowania, a nawet zażenowania wynikającego z wyznania krewnych. W porządku, takie rzeczy mogą mieć miejsce. Jednak nie podoba mi się, że tak naprawdę nie wiem, na ile problem jest „obiektywnie” prawdziwy, a na ile wyolbrzymiony. Jesteśmy chociażby świadkami sceny, gdy rodzice Asami rozważają, czy ich dziecko powinno udać się na festyn, który organizowany jest w innej świątyni. Tylko że zanim zdążyłem to sobie przetrawić, oni już podjęli decyzję, że jak najbardziej może. Ba, nawet zezwolili córce na uczęszczanie do oddalonego od domu elitarnego konserwatorium, gdzie będzie narażona na konfrontację z innymi poglądami i wyznaniami. Z drugiej strony, już sama sugestia ewentualnego trzymania córki pod kluczem jest nieco niepokojąca. Na późniejszym etapie odcinka jest dość podobnie. Niby pojawiają się dodatkowe informacje, że rodzice podejmują kontrowersyjne decyzje, tylko że znów jesteśmy świadkami tych scen z perspektywy Asami. Chciałbym poznać szerszy kontekst społeczny (zwłaszcza w tak poważnym temacie), by móc sobie wyrobić własną opinię, ale na tym polega specyfika tej serii. Emocje bohaterów danego odcinka stanowią motyw przewodni i to jedyna wizja, którą dostaniemy. Jeśli dla was taka liryczna szklarnia jest czymś pięknym, to doskonale rozumiem i szczerze się cieszę. Natomiast moim zdaniem było tu miejsce i okazja, by wprowadzić to mityczne „coś więcej”.
Prowadzenie opowieści przez pryzmat psychiki bohaterek drażni mnie z jeszcze jednego powodu – ponieważ przez większość seansu nie czułem, bym dotrzymywał towarzystwa postaciom, a tylko ich uczuciom, to kiedy ich wątki powracały, gubiłem się w narracji. Na potrzeby recenzji przeprowadziłem eksperyment – powtórzyłem jeden z odcinków i następnego dnia spróbowałem go odtworzyć w głowie. Pamiętałem poszczególne kadry, nastrój, natomiast gdybym miał zrobić charakterystykę postaci, to byłoby trudniej. Owszem, to bardzo ładnie stworzone nośniki idei, ale jako „ludzie” mnie nie przekonują. Ciekawa rzecz, że na stronie internetowej serii zamieszczono oficjalny diagram relacji między uczennicami i absolwentkami. To miły gest, aczkolwiek wydaje mi się, że od tego serial ma reżysera, żeby ten ukazał wydarzenia i stosunki między postaciami w sposób zrozumiały i klarowny. Z drugiej strony, ponieważ bohaterki (i bardzo rzadko – bohaterowie) spełniają wyznaczoną im przez reżysera rolę, trudno mi marudzić, więc postanowiłem wstrzymać się również od oceny za postaci.
To wszystko łączy się z innym problemem strukturalnym – Awajima Hyakkei dość rzadko pozwala sobie na humor i lżejszą atmosferę. Jasne, nie oczekiwałem po tym serialu pogodnej sielanki lub komedii, jednak według mnie anime za często buduje narrację na wysokim C. Trochę mnie to męczy, tym bardziej że przecież życie to nie tylko wielkie konflikty, ale też nieco humoru, zabawy, a czasem nawet nudy. Nie twierdzę, że nie ma tu jakichkolwiek pogodniejszych scen (np. odcinek ósmy jest nieco lżejszy), za to zdecydowanie chciałbym ich więcej.
Nie pomaga też zlekceważony wątek operowy. Na plus policzę serii, że dość szybko rozwiewa wątpliwości – to będzie anime o uczuciach odmienianych przez wszystkie przypadki, a artystyczne okoliczności jako takie można wyrzucić do kosza. Mimo to uważam, że jest tu kilka rzeczy, do których można się przyczepić, nawet stosując taryfę ulgową. Po pierwsze, to niejako „zmarnowana szansa”. Pomimo całej mojej bezbrzeżnej miłości do tego gatunku muzycznego, przyznać muszę, że najlepsze lata ma on już za sobą – zarówno w kwestii poziomu wykonawczego, jak i przede wszystkim popularności. Dziwi mnie, że nie wprowadzono współczesnego przemijającego statusu opery jako pretekstu do podbudowywania dramatu. Świetnie to zrobił Dustin Hoffmann w filmie Kwartet, gdzie emerytowani soliści przeżywali podwójne upokorzenie – jako odsunięci na społeczny margines mieszkańcy domu starców oraz artyści wykonujący niegdyś uwielbianą sztukę, która obecnie prawie nikogo nie interesuje. Szkoda, że serial nie spróbował wprowadzić podobnej analogii. Nawet więcej, Awajima Hyakkei wręcz naraża się na śmieszność, bowiem prawie w ogóle nie uwzględnia zmian społecznych w sztuce. Zarówno starsze panie, jak i ich wnuczki traktują karierę wokalną z podobną czcią, zupełnie jakby opera była wciąż ulubienicą mas.
Kolejne niedociągnięcie wątku sztuki wokalnej wynika z przypisanej przez anime roli – przez cały serial nie mogłem odpędzić się od wrażenia, że opera została sprowadzona do statusu artystycznego trofeum gwarantującego uwielbienie publiczności i wewnętrzne katharsis. Oczywiście, pod pewnymi względami to działa – łatwiej zrozumieć, skąd w bohaterkach tyle nabrzmiałego żalu, agresji, poczucia bezradności i zazdrości. To, co mnie nie przekonuje, to reżyseria. Przez dwanaście odcinków, ilekroć pojawia się potencjał, byśmy choć trochę wyszli poza ramy tezy „opera to taki teatr ze śpiewami, więc traktujcie ją tak samo”, serial szybciutko wraca na z góry upatrzone pozycje. Zastanawiam się, czy ekipa produkcyjna rozumie, co to w ogóle jest ta opera i nie boi się, że ktoś ich przyłapie na tej niewiedzy. Szczególnie mocno mnie to zabolało, gdy dowiadujemy się o przygotowaniach do spektaklu Romeo i Julia. Tutaj aż się prosiło, by dodać jakąkolwiek wzmiankę o operze Vincenza Belliniego, gdzie kompozytor przypisał partię werońskiego kochanka kobiecie (tzw. „rola spodenkowa”). Niestety, nam musi wystarczyć opowieść o uczennicy, która wciela się w rolę Romea, budząc przy tym zachwyt (a może i coś więcej?) swoich koleżanek.
Pozostaje trzeci, chyba najłatwiejszy do wyjaśnienia problem – oprawa muzyczna. W lirycznym serialu o dziewczętach z konserwatorium nie mamy ani jednego operowego utworu. Tylko na początku serialu jesteśmy świadkami próby, podczas której wykonano fragment arii koncertowej, Caro, mio ben (i wraca ona w późniejszych epizodach). Dziwnie się czuję, skoro na przykład w anime Girls und Panzer (czyli serii szkolnej opowiadającej o czołgistkach) mamy więcej odniesień do muzyki klasycznej niż tu. Nie wspomniałem o jeszcze jednej wadzie – o ile charakter utworu pasuje do historii, o tyle jego wykonanie jest zwyczajnie złe. Pomimo intensywnych prób nie znalazłem nazwiska solistki, ale prezentuje ona wręcz podręcznikową ingolatę (czyli nienaturalne tworzenie ciemnych tonów), skutkiem czego nawet młoda kobieta skrzeczy niczym zasuszona babinka. Co więcej, nawet gdyby machnąć ręką na jakość wokalu, to głos śpiewaczki całkowicie różni się od jej partii mówionych. Zatem dostaliśmy dosłownie kilka minut muzyki klasycznej i nawet taka odrobina nie została wykonana jak należy. Jeżeli kogoś zainteresowało Caro, mio ben, to można znaleźć nagrania tej arii w wykonaniu takich tuz jak Montserrat Caballe, Ezio Pinza i Luciano Pavarotti.
Choć operą jestem rozczarowany, to samo anime bardzo podoba mi się pod kątem graficznym. Nieco staroświecka kreska połączona ze spokojnym tempem i przygaszoną paletą kolorów kojarzy mi się z kinem Isao Takahaty (choć może raczej wypadałoby wspomnieć o Yasujirou Ozu, wybitnym reżyserze i idolu założyciela studia Ghibli). Jak na tak olbrzymią ilość bohaterek, seria nie boi się stworzyć bardziej „japońskich” postaci – prawie wszystkie są ciemnookimi brunetkami, zatem zrezygnowano z prostych projektów, gdzie protagonistkę wystarczy rozpoznać po kolorze włosów i ekscentrycznej fryzurze. I chociaż czasem potrzebowałem czasu by rozgryźć, kto jest kim (jak wspomniałem, fabuła nie pomaga), to mimo wszystko całkiem dobrze zróżnicowano tak liczną społeczność. Poza tym, pomimo moich utyskiwań wokalnych, konwencjonalna muzyka w serialu zdecydowanie się broni.
Zatem czy polecam to anime? Tym razem odpowiedź zdecydowanie brzmi: „to zależy”. Jeżeli szukacie serii emocjonalnej, nastawionej na melancholijny i oniryczny nastrój, bez wnikania w szczegóły danych spraw, to istnieje niemała szansa, że to będzie satysfakcjonujący seans. Niestety, uważam, że pozostali nie mają tu czego szukać, a w samej serii nie brakuje wad. Mimo wszystko, im dłużej pracuję nad tym tekstem, tym życzliwiej myślę o tym anime. Oczywiście skłamałbym, twierdząc, że to moja czołówka sezonu. Natomiast jest to seria wierna swojej wizji i to zdecydowanie szanuję. Nie mogę pominąć wyjątkowego aspektu oprawy muzycznej, bowiem operowego maniaka rozczarowanie podejściem do tematu boli podwójnie, ale podejrzewam, że ten aspekt prawie nikogo nie interesuje. W związku z tym ostatecznie wystawiam neutralną szóstkę i uważam, że każdy będzie przesuwał swój pasek z oceną w zależności od tego, na ile przekona go ta specyficzna kreacja postaci – równie szczodra w okazywanych uczuciach, jak skąpa w informacjach, które mogłyby pozwolić nam na wyrobienie własnej opinii.
Twórcy
| Rodzaj | Nazwiska |
|---|---|
| Studio: | Madhouse Studios |
| Autor: | Takako Shimura |
| Projekt: | Kunihiko Hamada |
| Reżyser: | Morio Asaka |
| Scenariusz: | Yasuhiro Nakanishi |
| Muzyka: | Takahiro Obata |

