Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

10/10
postaci: 10/10 grafika: 8/10
fabuła: 9/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

9/10
Głosów: 2 Zobacz jak ocenili
Średnia: 9,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 12
Średnia: 6,83
σ=1,34

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Sulpice9)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ishura

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2024
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 異修羅
Postaci: Magowie/czarownice; Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Świat alternatywny; Inne: Magia
zrzutka

Pora na wyłonienie najsilniejszego, odsłona kolejna? Oj, jak bardzo jesteście w błędzie… Czyli jedno z najlepszych, a zarazem najbardziej niedocenianych anime ostatnich sezonów.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Zanim przejdę do rzeczy, pozwolę sobie na osobisty wtręt, bo myślę, że jest ciekawy – jeśli jednak kogoś nie interesują moje wywody, niech przejdzie do drugiego akapitu. Gdy brałam się za oglądanie anime z zimy 2024, moje zainteresowanie Ishurą było praktyczne zerowe. Nie żeby anime mnie odstraszało gatunkowo czy co, zwyczajnie nie zarejestrowałam jego obecności w sezonie; inna sprawa, że nastawiłam się na seans tylko kilku konkretnych serii, całą resztę ignorując, nawet gdyby któraś produkcja zbierała zewsząd świetne recenzje. Wszystko zmieniło się nagle, gdy pewnego dnia przypomniałam sobie pewien plakat i zapowiedź jakiegoś anime. Jakiego, skąd ten plakat, długo nie mogłam dociec, aż dzięki uporczywemu przeszukiwaniu internetu znalazłam odpowiedź – tym anime było właśnie Ishura. Z zaciekawieniem rozpoczęłam seans, w którym szybko, mówiąc kolokwialnie, przepadłam. Teraz dziękuję sobie, że nie zignorowałam uporczywego obrazu, bo w ten sposób odkryłam znakomity tytuł. Ale po kolei.

Oto ginie władca demonów. Chociaż ta wieść przynosi wszelkim rasom radość i ulgę, wiąże się też z paroma niewiadomymi. Jak doszło do pokonania największego wroga świata? Czy niebezpieczeństwo na pewno raz na zawsze minęło? I przede wszystkim – kogo imię należy teraz wysławiać? Personalia bohatera, który zmierzył się z władcą demonów i zwyciężył, pozostają bowiem nieznane, a i samemu zainteresowanemu nie spieszy się, żeby się ujawnić. Z drugiej strony zwycięzcę wypadałoby należycie uhonorować, skoro zaś konkretny osobnik się nie pojawia, może wybrać takiego wśród najsilniejszych z najsilniejszych, w formie lubianej przez łaknącą widowiska publikę, czyli poprzez turniej.

Od razu muszę doprecyzować opis serii, bo po części mija się z prawdą. Inaczej, bardziej pokrywa się ze streszczeniami, jakie widnieją w internecie, niż z tym, co rzeczywiście prezentuje anime, co prawdopodobnie stanowi jedną z dwóch głównych przyczyn, dlaczego Ishura spotkało się niesłusznie ze średnim przyjęciem. Owszem, herosi o różnych mocach, zręczności i sposobie walki występują, owszem, co rusz wspomina się o pokonanym władcy demonów i zbliżającym się turnieju, jednak pierwszy sezon (kontynuację zapowiedziano od razu po emisji) koncentruje się na innym wątku, aczkolwiek nie bez związku z szykującymi się zawodami. W fantastycznym świecie ostało się jedno królestwo, Aureatia, którego pozycji zagraża szykujące się do ogłoszenia niepodległości księstwo Lithia, utworzone przez byłą urzędniczkę Aureatii, Taren Roztropną. Wkrótce między dwiema stronami wybucha konflikt zbrojny, w którym – a jakże – biorą udział także niezwykle silne jednostki z różnych krain. Bo co może być lepszą sposobnością do sprawdzenia swoich umiejętności przed wejściem na arenę niż właśnie wojna? (Od razu dodam, że dosyć upraszczam, w przypadku niektórych bohaterów znalezienie się w centrum działań wojennych wynika z czegoś innego niż „pragnę pokazać swoją moc!”)

Zamiast zatem turnieju herosów otrzymujemy coś w rodzaju jego przedsmaku; tę część Ishury najlepiej nazwać podbudową pod nadchodzące wielkie widowisko. To już stawia anime znacznie wyżej od przeciętnych turniejówek, które po kilku odcinkach wstępu i przedstawienia bohaterów (a czasem i bez tego) przechodzą do turniejowego mięska. Widać, że autorowi light novel przyświecał ambitny cel stworzenia złożonej opowieści, studio Passione zaś poszło tym tropem, w miarę wiernie adaptując oryginał – omawiany sezon objął pierwszy tom powieści. Jako wielbicielka powolnego budowania historii i prezentowania świata przedstawionego jestem wielce ukontentowana; anime nie wypadłoby tak wyśmienicie, gdyby zdecydować się na spore cięcia i uproszczenia, tak aby przejść jak najszybciej do decydujących starć – a potrafię sobie wyobrazić, jak bardziej niecierpliwi twórcy wypuszczają typową reklamę powieści…

Brak turniejowych walk nie oznacza braku emocji ani skazania widza łaknącego rozrywki na nudę. Choć w szerokiej skali fabuła anime prezentuje się dosyć prosto, to poszczególne wątki kryją w sobie wiele zwrotów akcji i niuansów. Twórcy zgrabnie poruszają się między perypetiami licznych bohaterów, w odpowiednich momentach ujawniając powiązania między nimi lub po prostu kolejne rewelacje. Przy czym nie podają owych informacji wprost, jak na dłoni, więc uwaga przy oglądaniu jest bardzo wskazana (sama wiele smaczków wyłapałam dopiero za drugim razem). Jak na czasy wojenne przystało, nie brakuje też politycznych intryg, szpiegowania, tajemnych misji, nieoczywistych sojuszy; słowem, dzieje się wystarczająco dużo, aby zaciekawić widza. Ponadto, szykując się na seans, należy się przygotować na wiele długich rozmów między bohaterami, którymi seria stoi nie mniej niż widowiskowymi walkami. I co najważniejsze, nie są to ani nudne, ani niewiele wnoszące do fabuły wymiany zdań, ani też tani sposób na podawanie widzom kluczowych informacji (na zasadzie: rozmówcy dobrze o czymś wiedzą, ale widz nie wie, więc musi to wybrzmieć).

W seriach turniejowych, gdzie wyłania się najsilniejszego, mamy zazwyczaj jednego protagonistę plus kilku jego bliższych i dalszych towarzyszy oraz rzecz jasna szereg pobocznych postaci służących głównie po to, żeby bohater miał komu obić twarz. Podążamy zatem za jedną postacią i kibicujemy jej w osiągnięciu upragnionego celu (chyba że nie wzbudzi naszej sympatii – wtedy pozostaje kibicować któremuś z przeciwników). Jeśli ktoś przystępuje do seansu Ishury bez przygotowania, za takiego protagonistę uzna pojawiającego się w pierwszym odcinku Soujirou Yagyuu, chłopaka o niezwykłych szermierczych umiejętnościach, względnie studentkę z miasta Nagan, Yuno, z którą Soujirou połączył okrutny los. Tyle że już w kolejnym uwaga skupia się na innych bohaterach, a w kolejnych na następnych i następnych, innymi słowy grono ważnych postaci bardzo się rozrasta. Znajdziemy wśród nich zarówno potencjalnych uczestników turnieju, jak i osoby w taki czy inny sposób z nimi powiązane. Do pierwszych zaliczają się m.in., oprócz wspomnianego Soujirou, dwie wywerny, Alus i Regnejee, oraz elfia dziewczynka z odległej wioski, Kia, do drugich zaś kilku oficjeli Aureatii (Hidow, Harghent) czy też niewidoma młoda dama z Lithii, Curte. Wprowadzenie bohaterów serii trwa prawie połowę sezonu i to druga główna, moim zdaniem, przyczyna przeciętnego odbioru anime. Przeznaczać kilka odcinków na introdukcję w sezonie, który przecież, jak napisałam, sam w sobie jest wstępem do zasadniczej historii, rzeczywiście brzmi ryzykownie, ale z drugiej strony czy próba upchnięcia tego w krótsze ramy czasowe nie skończyłaby się przypadkiem większą porażką? Myślę, że odpowiedź jest oczywista.

Stworzyć prawie dwudziestoosobową obsadę to jedno, poprowadzić ją tak, żeby każda postać coś znaczyła dla historii, nie wywyższając jednej nad drugą, to co innego. A proszę wierzyć, ta sztuka twórcom udała się wybornie. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć anime (fakt, nie widziałam w swoim życiu jeszcze bardzo dużo…), które by tak jednakowo traktowało swoich bohaterów. Tu naprawdę trudno wskazać jedną postać czy dwie­‑trzy postaci i nazwać protagonistami, resztę zaś wrzucić do worka z napisem „drugi i trzeci plan”. Ba, jeszcze w trakcie pisania recenzji zastanawiałam się, czy całą grupę zaliczyć do grona bohaterów głównych czy uznać za role drugoplanowe – granice w Ishurze są bardzo płynne. Mimo że mówimy o zaledwie dwunastoodcinkowym anime, każda postać otrzymała wystarczająco dużo czasu antenowego, abyśmy zarówno mogli ją dobrze poznać, jak i zobaczyć w akcji, przy czym twórcy bynajmniej nie spieszą się, żeby odbębnić jeden wątek i przejść do następnego. Co więcej, nie ma tu postaci sztampowych, jednowymiarowych czy chociaż takich, które mogłyby odstawać na minus od pozostałych. Oczywiście nie oznacza to z góry sympatyzowania z całą grupą (zauważyłam na przykład dość nieprzyjemne komentarze o Yuno), nie można jednak zarzucić twórcom prezentowania przeciętnych kreacji.

Ishura bez wątpienia jest paradą potężnych bohaterów o zdolnościach tak niezwykłych, że pokonanie ich staje się niemożliwością – jedynie między sobą mogą toczyć (w miarę) wyrównane pojedynki. Motyw nadmiernie potężnej postaci wydaje się już na tyle w anime i w mangach przeżuty, że trudno wymyślić coś interesującego, a przy tym nie popaść w przesadę ani nie pójść w stronę parodii. Tymczasem Ishura udowadnia, że da się wykreować intrygujących herosów i bynajmniej nie trzeba do tego nie wiadomo jak wymyślnego sposobu. W dużej mierze odpowiedź na pytanie, dlaczego na takiego Soujirou czy poczciwego kleryka Kuze dobrze się patrzy, zawarłam w akapitach poświęconych obsadzie – po prostu są świetnie napisanymi, pełnokrwistymi postaciami, mającymi swoje wady czy słabe strony. Seria z nikogo nie robi ani chodzącego ideału, ani parszywego typa, choć niekiedy tak na pierwszy rzut oka może się wydawać. Znakomity przykład stanowią wspomniane wcześniej wywerny. Jedna miłuje swobodę i niezależność, druga zaś służy ludziom i nie stroni od wykorzystywania swojego roju. Pozornie ich ocena wygląda na oczywistą, do czasu, aż twórcy zgrabnie przełamią szlachetność jednego i narowistość drugiego stworzenia, udowadniając, że od sympatii do nienawiści (i na odwrót) do bohaterów jest krótka droga.

W zbliżającym się turnieju równie istotną rolę, co herosi, mają odegrać ich towarzysze pełniący rolę kogoś w rodzaju (nieoficjalnych) mecenasów czy opiekunów. I tak na przykład Soujirou towarzyszy Yuno, która obiecuje prowadzić chłopaka do kolejnych godnych przeciwników. Z kolei Kia może liczyć na wsparcie nauczycielki, Elei. Para nowych przyjaciół (z ewentualną furtką na romans) oraz uczennica i mistrzyni? Nie bardzo, bo prawdziwe intencje pań są dalekie od szlachetnych… Mnie najlepiej się patrzyło na duet Alus­‑Harghent, mimo że anime na tym etapie dość enigmatycznie przedstawia ich relację. To niedopowiedzenie nie irytuje jednak, wręcz przeciwnie, intryguje, skąd taki a nie inny stosunek wywerny do oficjela Aureatii. Tak czy inaczej, w Ishurze nie ma „przyjemnych” duetów, co w przyszłości może zaowocować ciekawym rozwojem wydarzeń – turniejowe walki z pewnością nie będą się toczyć jedynie na arenie.

Nie każdego widza musi interesować, czy heros jest dobrze napisaną postacią, czy ma ciekawego towarzysza itp.; ważniejsze, czy się dobrze bije i czy ma nietuzinkowe moce, czyli czy jest na co popatrzeć. Tak, zdecydowanie jest – bohaterowie Ishury równie ciekawie, jak od strony osobowościowej, wypadają od strony bitewnej. Twórcy wykreowali bardzo różnorodne style walki, są tu osoby biegłe w broni białej i w magii; obdarzone wyostrzonymi zmysłami czy wspomagane przez tajemnicze siły. Także rozpiętość gatunkowa prezentuje się imponująco, gdyż obok ludzi, wywern czy elfów zobaczymy upiory i szkieletory; ogromnymi mocami dysponują zarówno bardzo młode osoby, jak i dorośli, kobiety i mężczyźni. Mówiąc wprost, dla każdego coś miłego. A to jedynie początek, kolejni śmiałkowie czekają na wprowadzenie do historii (zapowiedziani zresztą częściowo już w pierwszym odcinku). „Na papierze” wszyscy prezentują się idealnie i dopiero skonfrontowanie bohaterów ze sobą nawzajem ujawnia wyższość jednych nad drugimi, nieco w myśl powiedzenia „trafiła kosa na kamień”. Sporą frajdę sprawiało mi zastanawianie się – i czytanie komentarzy osób, których podobnie jak mnie wciągnęła seria – kto przeciw komu byłby mocniejszy? Czy Soujirou potrafiący przeciąć mieczem praktycznie wszystko poradziłby sobie na przykład ze sprytnym i trzeźwo oceniającym sytuację Dakaiem? Czy posługujący się wieloma broniami Alus miałby coś do powiedzenia w walce z dysponującą bardzo intrygującą zdolnością Kią? Kto byłby w stanie pokonać Kuzego, który najniebezpieczniejszy się staje właśnie wtedy, gdy ktoś próbuje go zabić? Na część rozważań seria daje odpowiedź, na inne przyjdzie nam poczekać do kontynuacji. Starcia nie zawsze zostają rozstrzygnięte, czasem ktoś woli odpuścić (bynajmniej nie ze strachu przed przeciwnikiem); inna sprawa, że nie każde spotkanie wojowników oznacza walkę. Większość pojedynków jednak się odbywa i kończy wyłonieniem zwycięzcy i przegranego, gdy zaś mowa o przegranych… Nie bez powodów wcześniej napisałam o „potencjalnych” zawodnikach turnieju, nie każdemu bowiem będzie dane rzeczywiście stanąć przed wielotysięczną widownią.

Seria urzeka nie mniej na polu budowania świata przedstawionego, bardzo odmiennego od przeciętnych krain fantasy. Przede wszystkim jest namacalnie mroczny i okrutny, o czym się przekonujemy – a dokładniej mówiąc przekonuje się Yuno – już w pierwszym odcinku. Odpowiadając na jedno z pytań zadanych w drugim akapicie: wraz z upadkiem władcy demonów zło bynajmniej całkowicie nie zniknęło ze świata, ba, nie wydaje się, żeby przybrało mniejszą skalę, co ze zgrozą uświadamia sobie pod koniec serii jedna z bohaterek. Wojny domowe, zniszczenia całych miast, różnorakie potwory – mieszkańcy Aureatii dalej żyją w strachu i nawet największy turniej herosów niewiele zmieni. O okrucieństwie świata dobitnie świadczy liczba zgonów i nie chodzi mi jedynie o cywili i żołnierzy w konflikcie między Aureatią a Lithią. W Ishurze naprawdę nie ma nietykalnych postaci…

Świat Ishury jest okrutny, ale też, a może nawet bardziej, tajemniczy. Zastanawiający jest chociażby fakt, że praktycznie nic nie wiadomo o władcy demonów poza tym, że był (i był prawdziwy, w przeciwieństwie do tak zwanych „samozwańczych władców demonów”). Aura tajemnicy wokół tej postaci oraz wspomniane na początku recenzji nieznane okoliczności jej pokonania sprawiają, że jawi się dużo groźniej niż gdyby nadać jej konkretny kształt, powiedzmy rogatego potwora. Jeszcze mniej wiadomo o głównym herosie, ba, pojawiają się nawet sugestie, że również może już nie żyć.

Obok przedstawicieli typowych ras jak smoki i elfy Aureatię zamieszkują inteligentne mandragory i wywerny; szczególnie te drugie odgrywają ważną rolę w historii. Jeszcze ciekawiej wygląda kwestia bohaterów z innego świata. Motyw przeniesienia został wykorzystany odświeżająco normalnie – mieszkańcy Aureatii wiedzą, że przebywają wśród nich obcy przybysze, ale nie traktują ich – i tak samo seria ich nie traktuje – szczególnie wyjątkowo. Aż mi się zamarzyło obejrzenie isekaja w takim stylu.

Pod względem grafiki i animacji seria prezentuje się bardzo dobrze, a niekiedy wręcz znakomicie – niektóre sceny walki olśniewają płynnością ruchu i pięknie nasyconymi barwami. Z drugiej strony nie brakuje też starć toczących się w wygodnej ciemności, chociaż na szczęście twórcy nie popadają w przesadę i wtedy również da się łatwo śledzić wydarzenia na ekranie. Słyszałam głosy, jakoby średni odbiór anime wiązał się z częstym używaniem CGI. Cóż, rzeczywiście animacji komputerowej jest sporo, korzysta się z niej chociażby przy wywernach i szkieletorze Shalku, ale nie razi na tyle, żeby utrudnić seans. Projekty postaci są takie, jakie lubię najbardziej – ładne, różnorodne, a przy tym nieprzerysowane.

Gdybym miała wskazać jeden element, w którym Ishura radzi sobie gorzej, byłaby to muzyka. „Gorzej” nie znaczy jednak źle, po prostu ścieżka dźwiękowa całościowo nie zachwyca, co najwyżej można wyróżnić kilka ciekawszych motywów. Natomiast pod względem dopasowania do wydarzeń czy podkreślenia klimatu trudno się do czegokolwiek przyczepić. Szkoda, że nie postarano się przy piosenkach tematycznych, brzmiących jak w pierwszej lepszej przygodówce – całe szczęście, że można je pomijać. Nieoglądanie endingu jest nawet o tyle wskazane, że zdradza walczące duety.

Twórcy nie wyróżnili żadnego bohatera również pod względem głosowym – do całej głównej obsady zatrudniono seiyuu z najwyższej półki. Wśród pań usłyszymy m.in. Reinę Uedę, Aoi Yuuki czy Romi Park, wśród panów natomiast Juna Fukuyamę, Nobuhiko Okamoto czy Tomokazu Sugitę. Nie muszę przekonywać, że każdy zagrał na bardzo dobrym, o ile nie znakomitym poziomie, dzięki czemu obserwowanie bohaterów jest jeszcze ciekawsze.

Jest coś satysfakcjonującego w fakcie, że gdy niemal wszyscy zachwycali się kilkoma popularnymi tytułami, samemu znalazło się w sezonie prawdziwą perełkę. Jednocześnie czuję żal, że Ishura nie zdobyło należytego rozgłosu i spotkało się raczej ze średnim przyjęciem. Poniekąd to rozumiem – seria nie należy do łatwych w odbiorze, wymaga skupienia i podążania za wieloma bohaterami, a do tego nie do końca daje to, co zapowiada w opisach, nie mówiąc o bardzo długim wstępie wprowadzającym postaci. Jeśli ktoś nastawiał się wyłącznie na niezobowiązującą rozrywkę z pojedynkami herosów, oglądanie w zamian politycznych intryg i wojennych zawieruch z niespiesznie toczącymi się dialogami przyjmie raczej bez entuzjazmu. Z drugiej strony byłoby ogromnym błędem nie docenić, że seria oferuje znacznie więcej, a co najważniejsze, nie ponosi porażki z powodu wygórowanych ambicji. Zamiast kolejnej turniejówki oglądamy bardzo przemyślany, porządnie skonstruowany wstęp do dłuższej historii nieskupiającej się tylko na wątku zawodów. Zamiast pokazu supermocy i wszelakich technik łamania kończyn prezentowanych przez grupę odmiennych pod każdym możliwym względem bohaterów śledzimy losy wielowymiarowych, niesztampowo napisanych postaci, które nierzadko łączą skomplikowane relacje. Zamiast sztampowych dekoracji fantasy mamy klimatyczny, mroczny świat zbudowany według konkretnych, konsekwentnych reguł i skrywający wiele tajemnic. Innymi słowy, nie patrzeć na oceny popularnych portali, tylko oglądać! Teraz, gdy wyszedł cały sezon, seans powinien być dużo łatwiejszy. Sama widziałam serię dwa razy i o ile po pierwszym seansie nie byłam do końca przekonana co do wystawionej najwyższej noty (mógł mną kierować nadmierny entuzjazm itp.), o tyle po drugim moje wątpliwości zostały całkowicie rozwiane. A nawet jeśli nie zamierzacie sprawdzać, czym tak zachwyca się recenzentka, przynajmniej posłuchajcie dobrej rady – nie ignorujcie nagłych przebłysków intuicji, bo a nuż los stawia przed wami jedną z najlepszych serii w waszym życiu.

Patka, 21 kwietnia 2024

Recenzje alternatywne

  • Sulpice9 - 2 kwietnia 2024
    Ocena: 8/10

    Szaleńcza batalia między herosami, z wojną i intrygami politycznymi w tle. Znakomite dark fantasy, w którym piękno szczegółu przysłaniają drobne niedociągnięcia szerokiego kadru. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Passione
Autor: Keiso
Projekt: Hiroya Iijima, Kanta Suzuki, Kureta, Seiji Handa, Tatsuya Fukushima, Youko Kikuchi, Yuka Takashina
Reżyser: Fujiaki Asari, Hironori Aoyagi, Takahiro Majima, Takeo Takahashi, Takuya Asaoka, Yuuki Ogawa
Scenariusz: Kenta Ihara
Muzyka: Masahiro Tokuda