x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Zaczynam się nudzić. Po 80 odcinku.
W życiu codziennym unikam takich ludzi, bo psują mi krew i sprawiają, że nóż się w kieszeni otwiera, więc najazd takowych babeczek w anime, to już dla mnie całkowita przeginka. Jestem dopiero na 80 odcinku, a już naliczyłam
co najmniej 6 takich postaci kobiecych. Aczkolwiek niektórzy bohaterzy męscy też mają wyraźne tendencje w tym kierunku (Kouga, Naraku). I jeszcze te głupie, tak bardzo głupie przemowy! „Teraz cie wykończymy, przygotuj się na śmierć, poznasz moją moc, wasze życie zaraz będzie moje…” blablabla! Powtarzane aż do znudzenia, ileż można? Człowiek z jednej strony ma ochotę w trakcie takiego napuszonego monologu pójść sobie zrobić herbatę, a z drugiej przywalić bohaterowi najbliższym świecznikiem. Czy coś.
Twórcy się zdecydowanie trochę za bardzo rozwinęli pod tym względem.
To anime ma wiele, wiele zalet (pierwsze z brzegu: pozytywni bohaterzy są świetnie wykreowani, Kagome to jedna z najlepszych postaci kobiecych z jaką się spotkałam, humor jest genialny, a Sesshoumaru jest fantastycznie złożoną postacią) ale niestety ma też kilka wad, które uwidaczniają się wraz z rozwojem akcji i kolejnymi odcinkami.
Na początku byłam „Inuyashą” urzeczona i miałam ochotę z miejsca wystawić 10/10. Aktualnie jestem przy 80 odcinku i na ten moment ocena spadła o całe dwa oczka. Zaczynają mnie powoli męczyć te ciągłe walki (spoko, ja wiem, że to serial akcji, ale przydałaby się chwila oddechu) i ogólne wykorzystywanie wciąż i wciąż tych samych schematów. Owszem to anime i tak pozostaje wybitne w swojej klasie, ale nie zmienia to faktu, że wydaje się za długie i brakuje mi w nim większej ilości luźniejszych odcinków, które pełniłyby role przerywników. A tzw. wrogowie są w większości tworzeni na jedno kopyto, wszyscy z tą samą nużącą manią wielkości. No i ten romans też by się mógł trochę bardziej posunąć do przodu, bo na razie zatrzymał się na stałym poziomie.
Przewrotnie – mimo wszystko nadal kocham to anime miłością wielką. Chwilami się nudzę, irytują mnie wyżej wymienione zachowania, ale i tak nie mam zamiaru go porzucić. Bo miejscami prezentuje tak wysoki poziom, że czuje, że jest jeszcze nadzieja, że mnie zaskoczy i wybrnie ze schematów.
Oby tak było. :)
Re: Ktoś, cokolwiek?
Re: Różowe policzki
Ogólnie ta seria to jedna wielka katastrofa, ale oglądam to by się bezlitośnie śmiać ze wszystkich klisz, schematów i logicznych dziwadeł. Powiem jedno – nawet dla niemal kompletnego laika w kwestii piłki nożnej (znam tylko naprawdę podstawowe zasady tej gry) widoczny jest brak realizmu podczas meczy. W sumie to brak realizmu i logiki czy to w zachowaniach bohaterów, czy w samej fabule to taka największa przywara tej serii. Jedna z wielu.
A tak poza tym to miałam chwilami wrażenie, że oglądam przygotowania do maratonu, a nie grę zespołową. Czy oni naprawdę pierwszy mecz rozegrali bez wcześniejszej wspólnej gry, czy mi się tylko wydawało?
Ze wszystkimi Twoimi zarzutami się zgadzam, ale ja jeszcze nie jestem gotowa porzucić tej serii. Mam ochotę jeszcze trochę się pośmiać z tej porażki jaką jest główny bohater. „Będę biegał, tylko to mogę zrobić! Przydam się drużynie, wybiegam kurde zwycięstwo! A nie chwila, właśnie odkryłem, że nie tylko bieganie jest ważne, gole też trzeba strzelać!” (no normalnie eureka) Ja już jestem chyba za stara i za zgryźliwa :D bo mnie ta historia od zera do bohatera nie wzrusza, tylko śmieszy (ten moment gdy w bodajże drugim odcinku kapitan drużyny stwierdza, że widzi w Tsukushim przyszłego kapitana! Tak bardzo typowe -_-).
Także jeszcze chwilę przy niej wytrwam. Na razie ma ode mnie jakieś 3‑4 na 10.
radość!
Pierwsza seria była zabawną, interesującą obyczajówką, z rozwijającymi się postaciami i z w sumie nawet dość oryginalnym głównym wątkiem. Tutaj te postaci zaliczają totalny regres, a Rikka jest tego najlepszym przykładem. Gdzieś tam w którejś ze scen bohaterowie zastanawiają się dlaczego Rikka od razu dogadała się z siedmioletnią córką szefa Touki. Moja odpowiedź – dlatego, że są dokładnie na tym samym poziomie emocjonalnym! Główny bohater musi być chyba albo jakimś świętym, albo cierpieć na poważne psychiczne problemy, albo mu miłość kompletnie padła na mózg skoro jest w związku z taką osobą. Co jest w Ricce ciekawego poza wątpliwie interesującym syndromem gimbusa? Nic. Wszystkie dramaty jakich doświadczyła, a które wypadły przekonująco w pierwszym sezonie i umotywowały jej postępowanie, w tym sezonie zostały zapomniane, zepchnięte na drugi plan przez idiotyczne, dziwaczne walki magów i bełkotliwe monologi. To nie godna podziwu wyobraźnia, ale zwyczajne urojenia i niedojrzałość.
Dodatkowo wątek miłosny już właściwie w ogóle nie jest wątkiem miłosnym, bo pierwsze co się rzuca w oczy, to to, że relacja głównych bohaterów przypomina relację rodzeństwa. Nie sądziłam, że jakiekolwiek anime zdoła pokonać Kimi ni Todoke pod względem żółwiego tempa rozwijającego się romansu, ale o to jest! Złoto wędruje do Rikki i Yuuty!
Trochę wbrew samej sobie – żal mi głównego bohatera. Mam dla niego wiele sympatii, bo często zachowuje się bardzo racjonalnie i nawet całkiem dojrzale (na tle całej reszty), ale z drugiej strony jego chęć wejścia w relacje z Rikką jest kompletnie niezrozumiała, zaś jego zachowanie w stosunku do niej czasem wręcz absurdalne! Nie raz, nie dwa złapałam się na myśli, że lepiej by wyszedł na związku z tą czerwonowłosą panną, która według mnie przejawiała już niekiedy oznaki wychodzenia z trybu gimbusa (tylko ten idiotyzm z Yuutą ją zahamowywał).
Prawdę mówiąc nie chce mi się bardziej rozpisywać na ten wad tego anime, bo wiele osób już od nich wspominało, czy to Avellana w recenzji, czy Kysz w komentarzach poniżej.
Zmęczyła mnie ta seria i lekko zirytowała (pewnie denerwowałaby mnie bardziej gdybym nie przewijała tych kretyńskich pojedynków, które w pierwszej serii pojawiały się jako zabawny i ciekawy przerywnik, zaś w drugiej już tylko wywoływały chęć maniakalnego wciskania ikonki z symbolem X. Ogólna ocena ode mnie to 3, może 4 na 10. Za grafikę, sporadycznie (!) za humor, za Toukę…
A, jeszcze jedna rzecz, która mnie dość mocno uderzyła, a mianowicie – wizyta w oceanarium. Ja wiem, że dla tej części świata normą jest pozbawianie wolności delfinów (tak jak i coroczna rzeź delfinów w zatoce Taiji) ale fakt, że nawet w anime pokazuje się wątpliwą frajdę z tresowania tych zwierząt (i jeszcze ta kręcąca się w kółko foka w pomieszczeniu o wielkości pudełka od zapałek! Czy ktoś zwrócił na to uwagę?) i to w pewnym sensie obnoszenie się z bestialskim męczeniem zwierząt dość mocno mnie ubodło.
Re: po 4 epizodzie
po 4 epizodzie
No ale przynajmniej 4 odcinek był lepszy niż 3, dostaliśmy trochę wyjaśnień w kwestii Pana‑Zielone‑Włosy aka „Nie‑Mogę‑Z-Tobą‑Być” (ta młodzież. taaaaka dramatyczna :D) i jakąś w miarę sensowną kontynuację tego wątku. Będę nadal oglądać, bo pozostaje wiecznym fanem Kuro (ludzie z dachów spadają, krew się leje hektolitrami, miotły szaleją, a Kuro sobie dalej spokojnie wisi wczepiony w ramię Mahiru i powiewa beztrosko ogonkiem :D). W zasadzie jestem ciekawa jak to się dalej rozwinie. Oby było bardziej komicznie niż dramatycznie, bo ten dramat na razie trochę słaby.
jeden z najbardziej uroczych kotów w anime
Poza tym Kuro jest absolutnie cudowny, ten typ znudzonego, zdystansowanego bohatera lubię najbardziej :D Intrygujące, że zarówno w postaci kota, czy wampira, sprawia wrażenie absolutnie uroczego. Mam jednak nadzieje, że w przyszłych odcinkach będzie więcej dialogów między nim, a Mahiru. Co do projektów postaci, to całe szczęście, oczy od patrzenia nie bolą, ogólnie graficznie nie powala, ale jak dla mnie, plasuje się w średniej. Na plus, że wizerunek biszy nie jest przesadzony (w niektórych seriach to biszowanie wypada wręcz karykaturalnie ;p). Ogólnie na razie zapowiada się dobrze, zobaczymy, czy utrzymają dobrą passę, czy coś sknocą po drodze.
Sam pomysł zjadania książek mógłby być ciekawy, ale niestety mam wrażenie, że twórcy zabili cały potencjał. Oglądam dalej, ale nie wiem jak długo wytrzymam to ostre stężenie kiczu.
Humor i gagi sytuacyjne są momentami wręcz powalające, właśnie dlatego, że oparte na takim fajnym dystansie i
ironii. Tanaka jest przeuroczy, miło wreszcie zobaczyć bohatera, który nie biega, nie skacze i na nic się
nie sili. Ma cudowne, spokojne podejście do świata i fajnie słucha się jego uwag czynionych z pozycji cichego, inteligentnego obserwatora. W tej serii nie pojawia się też żaden kretyński motyw pt. „Tanaka musi się zmienić i stać się bardziej aktywną jednostką”. Nie, to wręcz – podana z wielkim mrugnięciem w stronę widza – apoteoza bierności. I czemu nie? Skoro lubi takie życie i nikomu nie szkodzi, to dlaczego miałby się zmieniać? Kiedy myślę o Tanace od razu mam też miłe skojarzenie i na myśl nasuwa mi się świetna „Hyouka” i jej główny bohater Houtarou. Na szczęście (UFF!) w tym anime nie zaserwowano nam dla kontrastu tak irytującej postaci jaką była Chitanda.
Żadnych głębszych wątków romantycznych jak na razie nie zaobserwowałam (jestem po 10 odcinku i jednostronnej miłości Okularnicy do tego nie zaliczam) i może i dobrze. Świetnie się jednak bawię oglądając wszelkie interakcje między Tanaką i Ohtą i czynione z przymrużeniem oka przez twórców aluzje co do tego, że pasują do siebie niczym mąż i żona (np. Tanaka: „Chciałbym, żeby Ohta był moją żoną” w domyśle: mógłby mnie wszędzie nosić :D). I poważnie jeżeli chodzi o jakiś romans to oni dwoje by do siebie bardziej pasowali niż ktokolwiek inny w tym anime. :) Jak cudownie, że Ohta w pełni akceptuje „statyczną” osobowość Tanaki i w ogóle nie próbuje go na siłę zmieniać!
Mam nadzieje, że to się nie skończy jakimś dziwacznym wątkiem Tanaka‑Shiraishi, bo jakoś mam wrażenie, że zepsułoby to tą serie.
Podoba mi się również grafika. Jej oszczędność jest zdecydowanie na plus, podkreśla klimat tej serii. Eteryczny, bladolicy i delikatny Tanaka, rozczulający wizerunek Miyano, czy absolutnie cudowna Echizen i jej rumieńce i długie spódnice – jednym słowem jestem na tak.
Polecam, ode mnie 8/10 z gwiazdką do ulubionych. To ciepłe, lekkie, totalnie urocze okruchy życia z dużą ilością scen komediowych i świetnymi, wielowymiarowymi postaciami. Aż by się chciało kolejny sezon.
Fabularnie to anime też raczej leży, bo sama idea, że ojciec żenił się 6 razy (i rozwodził się zaraz po spłodzeniu dziecka) by stworzyć sobie syna, który będzie ulepiony z innej gliny niż typowy wywyższający się szlachcic sprawia, że momentalnie zaliczam facepalm. Ten film powinien nosić podtytuł „trudy rozmnażania”. Tyle się ojciec starał, a i tak nie wyszło!
Nie warto tego oglądać. Bo im dalej w las pełen bishów, tym gorzej. Inne wady tej produkcji wymieniła już koleżanka w poście niżej także ja sobie daruje. Dodam tylko jeszcze, że graficznie też ta seria jakoś specjalnie nie zachwyca. Jest jakoś tak…zwyczajnie nudno.
Od siebie dodam, że świat by nie stracił gdyby ta produkcja nie powstała. To anime należy do rodzaju tych, których się już po paru dniach nie pamięta. Owszem całkiem ładna grafika (chociaż profile postaci to mały, szpetny koszmar), ale tak poza tym… właściwie co? No właśnie nic. Schemat, nuda, nijakość. Jeżeli jednak ktoś potrzebuje się, że tak powiem „docukrzyć”, to można ewentualnie obejrzeć, ale jakiś większych treści, ciekawych dialogów i fabuły, która nie jest prosta jak drut, niech się lepiej nie spodziewa.
Re: Kubeł na śmieci & jego pani
Tak, czy owak nie dam rady tego dłużej oglądać. Niedawno widziałam „True Tears” i to wyczerpało mój limit cierpliwości dla kiepskich serii. Poza tym jeszcze jedna sprawa – nie wiem gdzie jest cała ta domniemana komedia? W trzech odcinkach nie znalazłam ani jednej sceny, która mogłaby być zabawna. Chyba, ze twórcy uważają, że nieustanne okładanie innych, głupie wrzeszczenie i grożenie im śmiercią jest zabawne, wtedy pozostaje mi tylko pogratulować im poczucia humoru.
Wracając jeszcze jednak do kwestii motoru. Cały ten motyw jest nadzwyczaj kretyński! kliknij: ukryte Brat Noe, który sam ukręcił sobie pętle na szyje mówiąc, że zrobi dla Hiromi wszystko (znowu tanie sztuczki twórców) w związku z tym zamiast popukać się czoło i zapakować wariatkę w kaftan bezpieczeństwa zgadza się wsiąść na motor w środku zimy i pojechać „tam gdzie nie ma śniegu” (za to z pewnością tam gdzie żyją twórcy głupich, łzawych harlequinów). Oczywiście rozbijają się, a motor się pali. Mało tego, ta scena jest ukazana tak nierealistycznie, że widzowi nie pozostaje nic innego jak parsknąć histerycznym śmiechem pt. „dlaczego ja to w ogóle jeszcze oglądam?!”
Odnośnie bohaterów – na początku to Noe najbardziej mnie irytowała, bo odniosłam wrażenie, że twórcy na siłę starają się przedstawić ją jako oh‑jakże‑oryginalną osobowość, ale w miarę postępowania akcji odkryłam, że Noe przy Hiromi jawi się jako opoka mądrości i normalności. W kwestii Noe drażniło mnie też z początku to, kliknij: ukryte że nie mogła pojąć tego, że ktoś jej nie chce, a jej zachowanie jest zwyczajnie natrętne. Do tego jeszcze motyw starszego brata, który wręcz wymusił na bohaterze tę relacje. „Jeśli nie spotkasz się z Noe przestane spotykać się z Hiromi”. Przepraszam, czy osoby, które to wymyśliły przedawkowały brazylijskie telenowele?
Mimo tego jakoś się jednak do tej bohaterki przekonałam i fragmenty z nią uznaję za najfajniejsze. Hiromi, to osobna para kaloszy. Straszna sztywniara i antypatyczny charakter. Kiedy w którymś z ostatnich odcinków kliknij: ukryte sama stwierdziła, że staje się coraz gorszą osobą, miałam ochotę złożyć jej owacje na stojąco za porażającą przenikliwość. Poza tym niemal w ogóle jej nie poznajemy i do końca serii jawi się raczej jako papierowa, sztuczna i negatywna postać. Pytanie roku co główny bohater w ogóle w niej widział i dlaczego ją wybrał. Ich relacja została przedstawiona skrajnie nierealistycznie. kliknij: ukryte Dialogi ograniczały się do „wchodzę, wychodzę, wróciłem, witaj w domu” i tak aż do znudzenia! Mieszkamy w jednym domi, nic o Tobie nie wiem, ale jestem w tobie zakochany/a. Widz jednak nie dostaje żadnego konkretnego wyjaśnienia skąd ta miłość właściwie się wzięła i co takiego zobaczyli w sobie bohaterzy, że pod koniec przysięgają sobie miłość do grobowej deski mimo, że wygląda to tak jakby byli dla siebie kompletnie obcymi osobami.
Podobnie zresztą przynajmniej początkowo wygląda relacja bohatera z Noe, ale na szczęście potem się nieco pogłębia. kliknij: ukryte Jednak na początku uczucia bohatera w stosunku do Noe bardzo szybko się zmieniają i w zasadzie nie ma to żadnego wytłumaczenia. Z dna na dzień ni z tego ni z owego Shinichirou nagle zaczyna się nią interesować i nawet mówi jej że ją kocha. Co to w ogóle ma być? Jakiś rozwój psychologiczny by się przydał? wczoraj go irytowała, dzisiaj ja kocha? Mimo tej pierwotnej nielogiczności potem staje się oczywiste ze między bohaterem, a Noe jest dużo ważniejsza więź, bo to ona go inspirowała i nakłaniała do „latania”. Dlatego co najmniej zagadkowe jest dlaczego twórcy sprawili, że skończył z tak płytką i nijaką osobą jaką jest Hiromi.
Słabo wypadają również postaci drugoplanowe – plączący się po obejściu chłopak, przez pół serii zastanawiałam się kto to w ogolę jest. Głupiutka, słabo zarysowana przyjaciółka Hiromi. kliknij: ukryte Skrajna niedojrzałość Aiko gdy obarcza bohatera winą za rozpad związku – scena kompletnie oderwana od rzeczywistości. Przedstawienie relacji w rodzinie bohatera leży i kwiczy. Nie wiem czy chcieli sportretować totalnie dysfunkcyjną rodzinę, czy po prostu im nie wyszło. Nie otrzymujemy odpowiedzi na pytanie dlaczego syn nie pomyślał o tym by zapytać ojca o całą tę sprawy z siostrą, ani dlaczego ojciec od razu nie wyjaśnił mu szczegółów, tylko zbył go krótką odpowiedzią.
Luk logicznych, gaf fabularnych i przedramatyzowanych zagrań jednak nie koniec. kliknij: ukryte Motyw bójki w bodajże 9 odcinku – dlaczego pobito głównego bohatera? Za Hiromi? Naciągane! Motyw bijatyki między dziewczętami – żenujący pomysł! Scena w której Noe wtyka palec w plaster na nosie bohatera – idiotyczne! Największe zaś stężenie głupoty to anime osiągnęło, gdy bohater zaczął niszczyć napisaną przez siebie książkę, którą miał pokazać ojcu i jak wynika z fabuły zaprezentować na rozmowie w wydawnictwie. Ja rozumiem nastoletni dramatyzm, ale może jednak trochę rozsądku zamiast przesadnych gestów?
Realizm? Jaki realizm? Chyba iście harlequinowy. To jedna wielka wydmuszka. Śliczna grafika, pretensjonalne refleksje, a w środku pustka.
„Kiedy jest czas na łzy? Kiedy twoje serce drży.” Chryste panie, normalnie głębia kałuży. A takich banałów jest w tym anime pełno. Mój ulubiony dialog :
kliknij: ukryte - Wcale nie zachowujesz się okropnie. Jesteś wspaniała.
- To dlatego, że uprawiam sport.
Dno. Czuję się zażenowana.
Przykro mi. Nawet metafora kogutów i świetna grafika tego szajsu nie ratują. Napisałam tak długi komentarz, bo może ktoś go przeczyta i to go powstrzyma przed traceniem czasu na to „dzieło”. Ja żałuje, że go straciłam.
kliknij: ukryte "- O, Myiamoto, przynajmniej z Tobą wszystko w porządku!
– Oczywiście, że ze mną w porządku. Ale z Japonią już nie jest tak w porządku. Osiągamy już limit zadłużenia… "
dosłownie doprowadził mnie do łez. Cudowny humor, twórcy zdecydowanie wiedzą jak rozbawić widzów :)
W sumie to naprawdę zaczyna mnie zastanawiać jak rozwiąże się ten miłosny wielokąt (zakład, że w następnym sezonie pojawi się kolejna dziewczyna? :D) i kogo w końcu wybierze Raku. Jeśli Onodere to chyba osobiście wybiorę się do Japonii i odnajdę tego kto to narysował. Ona jest najgorszym wyborem z możliwych. Chociaż nie, zapomniałam przecież o „idealnej narzeczonej”! Chryste, żeby zmarnować dziesięć lat życia, by stać się wzorową żoną dla swojego wybranka i po drodze kompletnie zagubić samą siebie, to trzeba mieć nieźle ekhem porobione w głowie.
Wracając jednak do Onodery – twórcy serwują nam tu dość interesujący motyw. Mamy bowiem wybrankę idealną, śliczną, eteryczną księżniczkę, do której nasz bohater może sobie po cichu wzdychać, całując ziemie po której stąpa. Ona z kolei szaleńczo kocha swojego rycerza mimo, że nie jest w stanie zamienić z nim dwóch słów bez nieustannego buraka na twarzy i maniakalnego jąkania. No normalnie wielka miłość. Szkoda tylko, że kompletnie nierealna. Oni razem to jedna wielka masakra. Przede wszystkim mam wrażenie, że są zakochani wyłącznie w swoich fasadach. Przecież prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiają! Sama Onodera pod koniec pierwszego sezonu podzieliła się widzami głęboką myślą: „zostałam z nim sama. skończyły nam się tematy. o czym mam z nim rozmawiać?! co teraz?!” Kiedy zostają sam na sam rozmowa kompletnie się nie klei i nikt mi nie wmówi, że to przez tę wielką miłość, która odbiera im dech. Na litość boską znają się od bodajże drugiej klasy gimnazjum i nadal się nie ogarnęli? Oni po prostu nie mają o czym ze sobą rozmawiać i kompletnie nie ma między nimi chemii. Ostatni odcinek pierwszego sezonu doskonale to ukazuje: teatralna, udramatyczniona miłość. Najpierw mamy Raku i Chitoge w szalonej, współczesnej, ale jakże naturalnie wypadającej wersji Romea i Julii (jak niesamowicie trzeba być zgranym by coś takiego odstawić?), a potem Raku i Onodere posługujących się słowami Szekspira, bo własnych (dosłownie) zabrakło.
To takie piękne wyidealizowane uczucie – pierwsza miłość, którym często żyją nastolatki i to właśnie serwują nam twórcy. Coś co w ogóle nie wypali w prawdziwym życiu. Coś z czego się wyrasta. Prawdę powiedziawszy, że tak wkroczę na głębokie i ciemne wody, :D oni wydają się być zakochani w marzeniu o osobie, a nie w rzeczywistym człowieku.
Dużo realniej wypada relacja Raku z Chitoge – zaczynają od przyjaźni, a ta powoli zmienia się w coś większego. Chitoge gdy tylko zdała sobie sprawę ze swoich uczuć, postarała się wybadać sprawę i dostała swoją (bolesną :D) odpowiedź. Zuch dziewczyna! Z kolei Raku wprawdzie nadal tkwi w miłosnym zamroczeniu nieszczęsną Onoderą, ale mam wrażenie, że cała troska jaką prezentuje względem Chitoge może mieć głębsze dno, którego nasz kochany głąb jeszcze nie wyczuwa. Bez problemu ze sobą współpracują i genialnie improwizują, co oznacza, że się wzajemnie uzupełniają i nadają na tych samych falach.
Naprawdę mam nadzieje, że twórcy tego nie skopią i zaserwują nam jakieś racjonalnie brzmiące rozwiązanie.
Nie będę tu już klecić zdań, powiem tylko, że najbardziej ze wszystkich bohaterów lubię Raku. To naprawdę jeden z najlepszych męskich bohaterów jakich zdarzyło mi się oglądać.
A tak swoją drogą, to ja i tak najbardziej kibicuje Tsugumi :D Strasznie mnie ujęła jej normalność, zdroworozsądkowe podejście i dojrzałość.
jak wymyślić najgłupszy tytuł wszechczasów i nie poczuć się zażenowanym