Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 5/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 44
Średnia: 6,55
σ=2,02

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kamichama Karin

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2007
Czas trwania: 26×24 min
Tytuły alternatywne:
  • かみちゃまかりん
Tytuły powiązane:
Gatunki: Przygodowe, Romans
Widownia: Shoujo; Postaci: Magical girls/boys, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Bogowie…? A skąd, dobrze znane magical girls. W końcu skądś trzeba brać te moce.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Pierwsza scena wrzuca nas od razu w sam środek akcji. Oto urocze dziewczę odkrywa złe „coś”, co zdaje się należy pilnie zwalczyć. Z pomocą przychodzi jej reszta drużyny, w osobach trzech przystojnych kawalerów. Cała czwórka pospiesznie transformuje w magical girlsowe formy bojowe i przystępuje do rozwiązywania problemu, który wygląda jak kolejny „potwór tygodnia”. Tym razem jednak coś idzie bardzo nie tak…

Cięcie – i oto jesteśmy zupełnie gdzie indziej. Samotna dziewczynka imieniem Karin stoi nad grobem swojego jedynego przyjaciela – kotka imieniem Shii. Wychowuje ją szorstka ciotka, rodziców nawet nie pamięta. Ma tylko pamiątkę po matce – dziwny pierścionek, z którym nigdy się nie rozstaje. Oczywiście nie jest to zwyczajna błyskotka, a Karin czeka całkowita zmiana dotychczasowego smutnego życia. Wyląduje bowiem w pięknej posiadłości w Tokio, której gospodarzami są jej rówieśnik, Kazune Kujou, oraz jego kuzynka Himeka. Będzie chodzić z nimi do szkoły i… Ale zaraz, nie to jest najważniejsze! Pierścień umożliwia Karin transformację w „boginię”, obdarzając ją mocą samej Ateny. Podobną mocą, pochodzącą dla odmiany od Apolla, dysponuje także Kazune. A te moce będą niestety bardzo potrzebne – Kirio Karasuma, „w cywilu” przewodniczący samorządu szkolnego, potrafi zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Jego celem jest osłabienie mocy Kazune i Karin – a pośrednio także Himeki. Bo trzeba wam wiedzieć, że w domu Karasumów mieszka „druga Himeka”.

Chaotyczność powyższego akapitu wynika z równie chaotycznego zawiązania fabuły – które i tak streściłam w dużym uproszczeniu. O co więc tak naprawdę chodzi? Ano w pierwszym rzędzie o tajemnicę, dotyczącą przeszłości bohaterów, ich mocy i – przede wszystkim – samej Himeki. W drugim niestety – o pokazanie magical girls (tym razem, w ramach równouprawnienia, także magical boys) transformujących dzięki mocy czegoś tam i walczących o coś. A w tle – o pokazanie szkolnego życia i stopniowego formowania się więzi przyjaźni – i nie tylko przyjaźni. Otrzymany koktajl wstrząśnięto jednak o kilka razy za dużo. Rozumiem, że kończą się pomysły na „źródła mocy”, ale jednak mieszanie do tego greckich (a czasem rzymskich, co za różnica) bogów dało efekty zdecydowanie zbyt komiczne. Szczególnie Atena powinna pożyczyć od tatusia piorun i piżgnąć nim celnie w osobę, która wykoncypowała sobie jej wersję odzianą w mnóstwo różowych falbanek. Okazuje się, że jednak Saint Seiya pod tym względem nie było najgorsze. Pytanie tylko, po co ta cała wielka zabawa. Paradoksalnie bowiem jest to seria magical girls, która… skorzystałaby na wywaleniu z niej sporej części głównego wątku.

Już tłumaczę, proszę się nie burzyć. Przyznam uczciwie, że z adaptacji twórczości Koge Donbo, autora mang Di Gi Charat, Pita­‑Ten i Little Snow Fairy Sugar, znam tylko animowaną adaptację tej ostatniej. To jednak wystarczy, by zauważyć, że obie te serie mają podobny mocny punkt: rzadką umiejętność ciepłego i jednocześnie komicznego pokazania „zwyczajnego życia”, okraszonego szczyptą niezwykłości. Owe szkolne perypetie w Kamichama Karin są zdecydowanie najbardziej udaną częścią. Dodając do tego powolne odsłanianie tajemnicy przeszłych wydarzeń, można by stworzyć rzecz naprawdę dobrą. Ale przecież magical girls muszą się bić! Dlatego mamy okazję śledzić serię kolejnych potyczek z Kirio – tak naprawdę rozgrywających się bez większego sensu i (przynajmniej na oko) wyłącznie „o pietruszkę”, bo jednak trudno poważnie traktować groźbę utraty życia przez którąś ze stron. Już naprawdę „potwór tygodnia” byłby lepszym rozwiązaniem!

W dodatku niestety całość jest straszliwie wręcz niespójna. Przede wszystkim odnosiłam wrażenie, że owych „elementów układanki” przewidziano za mało na te 26 odcinków – stąd niemal do końca absolutnie nic nie wiadomo. Albo raczej – absolutnie nic nie wie bohaterka, której nikt o niczym nie informuje, bo i po co – jeszcze przypadkiem miałaby jakiś pomysł, albo przynajmniej wiedziała, co tak naprawdę robi. Rzadko kiedy zdarza się, żeby seria tak bardzo cierpiała na brak „komunikacji wewnętrznej”: czyli tego, żeby bohaterowie raz usiedli spokojnie i zebrali do kupy wszystkie fakty. Rozumiem, że mogą nie mieć ochoty dzielić się wiedzą z „czarnymi charakterami” (choć akurat tutaj to także miałoby sporo sensu) – trudno jednak uzasadnić tę powściągliwość w przypadku osób nie tylko zaprzyjaźnionych, ale wręcz bliskich. Chociaż inaczej wszystko pewnie za szybko by się rozwiązało… Ktoś może złośliwie powiedzieć, że wyciąganie przy każdym zwrocie akcji jakiegoś deus ex machina powinno być w przypadku takiej serii zalecane – trudno jednak nie stwierdzić, że komuś po prostu zabrakło pomysłu na bardziej finezyjne rozwiązania. Poza tym całość żałośnie płacze o ciąg dalszy. Przepraszam, spodziewaliście się może, że w którymś momencie fabuła dotrze do jakiejś klamry, wyjaśniającej ową pierwszą scenę? O, szalenie nam przykro… Owszem, możemy tam rozpoznać zarówno Karin, jak i Kazune, ale moce, którymi się posługują, odbiegają od tych, których używali później (wcześniej?). Pozostałych dwóch panów także można zidentyfikować – to dość istotny bohater drugoplanowy, Michiru Nishikiori, oraz pojawiający się epizodycznie nastoletni piosenkarz. Kiedy i dlaczego zyskali takie moce? Co w ogóle wtedy się stało i jaki związek miało z resztą akcji? Kim są tajemniczy „podróżnicy w czasie”, na których kilka razy natykają się bohaterowie? Cóż, odpowiedzi na te pytania znajdują się w sequelu… mangi. W anime natomiast tylko i wyłącznie dodają kilka dziur do fabuły. W dodatku niepotrzebnych – bo wydaje mi się, że można by z nich bez większej szkody zrezygnować nawet mając w perspektywie drugą serię.

Jeśli Kamichama Karin ma szanse się podobać – to właściwie głównie dzięki bohaterom. Są dokładnie tacy, jak być powinni, pełni dobrej woli, ale nieporadni w uczuciach, nie zawsze umieją przekazać to, co czują… Ale przy tym są pełni uroku osobistego i (to pasuje także do pojawiających się tu panów, nie wyłączając Kirio) słodcy. Na plus należy zapisać, że choć sceny romantyczne i wzruszające mogą się czasem wydać przesadzone, to przynajmniej komediowe są w dobrym gatunku – śmieszą, ale nie ośmieszają postaci. Niestety krytyczne oko i tu dostrzeże wady. Przede wszystkim tytułowa bohaterka jest, jeśli próbować zanalizować jej zachowanie, osobą śmiertelnie i nieodwracalnie głupią, niezdolną do jakiegokolwiek rozumowania czy połączenia w całość faktów. Jest to najwyraźniej „wypadek przy pracy” – jak sądzę, Karin miała być łatwowierna i naiwna, ale pełna ciepła i szlachetności. Problem polega na tym, że tak naprawdę jej przydatność dla fabuły bywa silnie dyskusyjna – przez większość czasu bardziej przeszkadza niż pomaga (choć wpływ na to bez wątpienia ma wspomniany wyżej brak komunikacji). Kazune jest, jaki być powinien – czyli na przemian szorstki i ciepły, skrywający swoje tajemnice i starający się ochronić znajdujące się pod jego opieką dziewczęta. Himeko jednoznacznie denerwowała mnie każdym swoim odezwaniem – jej seiyuu manierę „powolnego mówienia” doprowadziła do absurdu. Z kolei Michiru łatwo zyskiwał sympatię widza, pewnie po części dlatego, że w jego rolę wcielił się świetny Akira Ishida (m.in. Xelloss ze Slayers). Także to była jednak postać poprowadzona niekonsekwentnie i wbrew początkowemu wrażeniu niemająca żadnego pomysłu na swoją rolę w całej tej sałatce. Z innych postaci drugoplanowych zdecydowanie na plus wyróżniało się rodzeństwo Karasuma – Kirio i Kirika, natomiast większość „szkolnych kolegów” bohaterów stanowiła mało interesujące tło.

Grafika jest bardzo mocno nierówna – jednak ją akurat oceniałabym trochę powyżej przeciętnej. Projektów postaci nie zamierzam komentować – ich słodkość jest w pełni zamierzona, a jeśli komuś taki styl nie odpowiada, prawdopodobnie nie powinien zbliżać się do większości produkcji zaliczanych do magical girls. Trzeba jednak napisać, że bohaterowie są zróżnicowani, a dobór kolorów (szczególnie czystych odcieni oczu) jest bardzo atrakcyjny. Moją uwagę zwróciły też tła – mocne, grube akwarele chwilami sprawiają wrażenie umownych dekoracji, ale doskonale pasują do tej opowieści, a ktoś, kto odpowiadał za dobór kolorów, zasłużył na brawa. Rzadko kiedy zdarzało mi się widzieć takie połączenie nasyconych barw, które nie zamieniałoby się w pstrokaciznę. Kwitnące drzewa śliwy w pierwszym odcinku zachwyciły mnie, ale i potem nie brakowało elementów, na których warto było zawiesić oko. Obowiązkowe komputerowe efekty magiczne zostały zgrabnie wkomponowane w całość. Niemniej jednak tu też nie mogę ograniczyć się do pochwał. Cięcia budżetowe to rzecz straszna i to one zapewne odpowiadały za nagłe zmiany rysunku – w niektórych ujęciach twarze bohaterów zmieniały się i upraszczały, a kolory „spłaszczały” do kilku niedbale nałożonych odcieni. Podobnie było z tłami – chwilami widziałam nieciekawe i właśnie płaskie obrazki, sprawiające wrażenie mało udanej przymiarki do fanartu. Stale denerwowała mnie jedna rzecz: „druga Himeka” w towarzystwie Kirio i Kiriki była wzrostu kilkuletniego dziecka – podczas gdy Himeka jako taka owszem, była od nich trochę niższa, ale tak, jak uzasadniałaby to niewielka różnica wieku. Co więcej, „druga Himeka” w zestawieniu albo z Himeką, albo z Karin, nagle stawała się ich wzrostu… Muzyka w tle odcinków była poprawna – zaryzykowałabym twierdzenie, że nawet dobra, klasyczne instrumenty zawsze pasują – ale jednak nie sądzę, żeby sama ścieżka dźwiękowa tej serii mogła kogoś przyciągnąć. Obie piosenki przy napisach końcowych nie zwróciły mojej uwagi – w odróżnieniu od Ankoku Tengoku w czołówce, które brzmiało, jakby ktoś bardzo nieudolnie próbował udawać Ali Project (czołówki m.in. do Rozen Maiden i Avengera). Ku mojej szczerej zgrozie okazało się, że naprawdę jest to Ali Project… Poprzestańmy więc na stwierdzeniu, że ten utwór raczej nie zajmie poczesnego miejsca w ich dyskografii.

Najpoważniejszym problemem z recenzowaniem Kamichama Karin jest to, że właściwie wszystkie istotne dla fabuły informacje podawane są w samej końcówce serii. Stąd też bardzo trudno tu omówić przekonująco liczne usterki fabuły, które spychają tę pozycję z kategorii „ciekawa rozrywka” do kategorii „jeśli obejrzało się już wszystko inne”. Ta seria bez wątpienia ma pewien potencjał, który jednak w znakomitej większości marnuje. Ma też jednak swoje zalety: przede wszystkim urodę plastyczną oraz sympatycznych bohaterów. Jeśli (w co wątpię) seria druga nie tylko powstanie, ale też przekonująco połączy wszystkie urwane wątki, całość będzie zasługiwała na wyższą ocenę. Ze względu na brak śmielszego fanserwisu i stonowaną przemoc byłaby to propozycja dla widzów młodszych – gdyby tylko mieli cień szansy na połapanie się w fabule. W obecnej formie polecam jednak tylko amatorom wszelkich magical girls, najlepiej jeszcze bez bardzo długiego stażu. Jeśli ktoś zechce po prostu przyjąć na wiarę podane wyjaśnienia (które niczego nie wyjaśniają) i popatrzeć na rozterki bohaterów – ta seria ma szanse mu odpowiadać.

Avellana, 15 marca 2008

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Satelight
Autor: Koge-Donbo
Projekt: Kenji Shinohara
Reżyser: Takashi Annou
Scenariusz: Yuuko Kakihara
Muzyka: You Tsuji

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Kamichama Karin - artykuł na Wikipedii Nieoficjalny pl