Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Komikslandia

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
grafika: 9/10
muzyka: 6/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 12 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 217
Średnia: 7,64
σ=1,58

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Aoi Bungaku Series

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2009
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 青い文学シリーズ
Gatunki: Dramat
zrzutka

Sześć lektur z kanonu literatury japońskiej, pięcioro reżyserów i jedno anime… Co z tego wyszło?

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Z informacji, jakie posiadam, pierwszą próbą zekranizowania ważniejszych dzieł japońskiej literatury w postaci antologii jest, pochodzące z 1986, Seishun Anime Zenshu. Wśród autorów, których prace wzięto na warsztat, znajdują się m.in. Yukio Mishima, Yasunari Kawabata, Souseki Natsume czy Ougai Mori (jak również inni znani pisarze). Niedawno podobną próbę podjęło też studio Madhouse, sięgając po dwie powieści i cztery opowiadania (Ningen Shikkaku i Hashire, Melos! Osamu Dazaia, Kokoro, czyli Sedno rzeczy Sousekiego Natsume, Sakura no Mori no Mankai no Shita Ango Sakaguchiego oraz Jigokuhen, czyli Piekieł wizerunek niezwykły i Kumo no Ito Ryuunosuke Akutagawy), które niewątpliwie należą do tzw. kanonu. Nad każdą częścią czuwała inna ekipa (pomijając Piekieł wizerunek niezwykły i Kumo no Ito, które postanowiono w specyficzny sposób połączyć w jedną całość), przez co ma się wrażenie, iż równie dobrze każdą z historii można by obejrzeć osobno. Postanowiono jednak zrobić z tego jeden serial, a to niestety bardzo utrudnia ocenę końcową całości.

Powiem szczerze, iż nie mam pojęcia, jakie kryterium przyjęli twórcy przy doborze materiału na to anime, gdyż pomijając fakt bycia klasykami japońskiej literatury nowożytnej i powojennej, zbyt wiele tych dzieł nie łączy. Pociągnęło to za sobą bardzo drastyczne zmiany w klimacie wraz z każdą nową historią. Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, ponieważ w ostatecznym rozrachunku owa różnorodność jest jedną z nielicznych zalet tego anime jako całości. Zapoznawszy się z pierwowzorami, muszę stwierdzić, iż właściwie żadne z pięciorga reżyserów nie zdecydowało się na idealnie wierną ekranizację, a większość bez skrupułów dodawała „coś” od siebie – z różnym skutkiem, jak można się domyślić. Diametralnie różny poziom tych adaptacji stanowi właśnie główny problem w mojej ocenie Aoi Bungaku. Najchętniej napisałabym pięć różnych recenzji albo omówiła każdą historię osobno, ale efektem byłby monstrualnych rozmiarów elaborat, którego zapewne nikt by nie przeczytał. Ograniczę się więc do ogólnej opinii, która, mam nadzieję, da w miarę przejrzysty obraz całości.

Sposób, w jaki poszczególni twórcy „rozprawili się” z posiadanym materiałem, jest naprawdę różny. Ningen Shikkaku, na które przeznaczono najwięcej, bo aż cztery odcinki, opowiada historię niezwykle wrażliwego i nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie młodego mężczyzny. Problem w tym, że nacisk położono na zupełnie inne wydarzenia i całość ma wydźwięk niekoniecznie pokrywający się z oryginalnym. Nadal jednak przy tym, co zrobiła ekipa odpowiedzialna za Kokoro, takie drobne uchybienia Morio Asace można wybaczyć. Natomiast odpowiedzialny za najbardziej znaną powieść Sousekiego Natsume zespół zawiódł na całej linii. Mój żal i gniew jest tym większy, iż książka ta spodobała mi się najbardziej i po cichu liczyłam na chociaż poprawną ekranizację. Powinna mnie już ostrzec informacja o tym, że na całość liczącą ponad sto stron przeznaczono zaledwie dwa odcinki. To jednak był dopiero początek tragedii, ponieważ najgorszy okazał się sposób, w jaki skompresowano opowieść. Jak wygląda ten przepis na sukces? Wyciąć dwie trzecie całej historii (głównym wątkiem jest przyjaźń studenta i starszego od niego mężczyzny, nazywanego Sensei – ten fragment po prostu pominięto), wybrać samo mięsko (trzecią i najważniejszą część książki, opowiadającą o przeszłości tego Senseia i wyjaśniającą postępowanie bohaterów) i dołożyć drugie tyle od siebie, tworząc bardzo naiwny scenariusz rodem z opery mydlanej. Tak też właśnie uczyniono, pozbawiając Kokoro oryginalnego przesłania, które naprawdę zmuszało czytelnika do refleksji, a tymczasem anime… no cóż. Podobnie ofiarą wyobraźni padły również opowiadania Ryuunosukego Akutagawy (jedno z nich opowiada o szansie, jaką po śmierci dostaje pewien przestępca, a drugie przedstawia Yoshihide, malarza – szaleńca, który dostaje od władcy zlecenie – w oryginale ma stworzyć wizerunek piekła, w anime zaś królestwa). Doceniam pomysłowość w połączeniu obu w jedną całość, jednak sposób przedstawienia historii i wizja królestwa, jaką roztoczyła Atsuko Ishizuka, poraziła mnie głównie swoją tandetą (wydźwięk końcowy też diabli wzięli i pozostały tylko ogólne, dostatecznie mocno przekształcone założenia). Nie zawahano się wepchnąć współczesnych akcentów do Sakura no Mori no Mankai no Shita (opowieść o żyjącym w górach prostym, ale w istocie dobrym Shigemaru, który zauroczony tajemniczą Akiko całkowicie się zmienia i powoli zaczyna popadać w szaleństwo), lecz w gruncie rzeczy całość jest tak odrealniona, że można ten zabieg wybaczyć, gdyż ogólny sens oryginału został zachowany. Ofiarą inwencji twórczej padło również Hashire, Melos (Osamu Dazai wykorzystał tu grecki mit i późniejszą balladę Friedricha Schillera, opowiadające o sile przyjaźni Melosa i Selinentiusa, wystawionej na ciężką próbę. Reżyser z kolei dobudował do tego opowiadania własną historię o młodym pisarzu, który w szkolnych latach również miał przyjaciela, ale…), które w całości zmieściłoby się zapewne w niecałych dziesięciu minutach anime, ale na tę historię poświęcono całe dwa odcinki. Powiem tak… Książka ofiarą, reżyser – drapieżnikiem, lecz drapieżnikiem z pomysłem! Za to kilkustronicowe maleństwo wziął się zespół pod kierownictwem Ryousukego Nakamury (reżysera, który zadebiutował rok wcześniej ekranizacją Mouryou no Hako) i muszę powiedzieć, że spisał się na medal. Krótkie opowiadanie obudowano historią, która klimatem i kreacją świata przedstawionego bardzo przypomina wspomniany wcześniej debiut pana Nakamury. Sam pomysł jest naprawdę prosty i w rzeczywistości stanowi wariację na temat oryginalnego Hashire, Melos!, ale sposób, w jaki przedstawiono emocje bohaterów, okazał się bezbłędny.

Abstrahując od pierwowzorów (nie sądzę, żeby wszystkim chciało się je czytać), i tak mamy do czynienia z sześcioma odrębnymi historiami. Jednak mimo różnic fabularnych obecne są podobne motywy: psychodeliczny klimat, swoista makabreska, a momentami wręcz groteska. Są to dramaty, które w każdej opowieści dotyczą czego innego. Oczywiście nie wszystkie reprezentują taki sam poziom. W jednym przypadku wystarczyło odpowiednio ukazać proste emocje i problemy bez uciekania się w pseudogłębię, a już w drugim ekipa starała się pokazać wszystko tak fajnie, że wyszło strasznie kiczowato, tandetnie i płytko.

Za największą zaletę serii bezapelacyjnie uznaję oprawę graficzną. Studio Madhouse już nie raz udowodniło, że potrafić przyrządzić dla widza niezwykle wykwintną ucztę dla oczu i tym razem również nie zawiodło. Mimo że za projekty postaci i animacje były odpowiedzialne różne osoby, żaden z zespołów nie zawiódł pod tym względem. Odpowiednia kolorystyka, zapierające dech w piersiach krajobrazy i przede wszystkim pomysłowość w większości odpowiadają za niesamowity klimat poszczególnych scen. Czy będą to niepokojące wizje bohatera, widok kwitnącej wiśni, czy wreszcie niezwykły obraz piekła – wszystko to zachwyciło mnie… Z dwoma małymi wyjątkami – Jigokuhen i Kokoro. Wizja królestwa okrutnego władcy przeładowana jest kolorami i ozdobami, ogromne parady to istny cyrk na kółkach, który zamiast mnie zachwycić, wywołał jedynie uśmiech politowania. Być może tak chciano ukazać króla, jednak poziom tandety i dziwactwa zdecydowanie przekroczył pewne granice. W drugim przypadku przeraziłam się, widząc projekt postaci K’a. I znowu być może intencją twórców było nadanie mu odpychającego wyglądu, ale naprawdę przesadzili. W niektórych scenach jego wykrzywione pod dziwnym kątem oczy sprawiały, iż bardziej przypominał on kosmitę albo jakiegoś mutanta niż człowieka… Do samej animacji bardzo trudno się przyczepić, gdyż ruchy bohaterów są naprawdę płynne, a ich mimika niezwykle bogata.

Ścieżka dźwiękowa może niekoniecznie na długo zapisze się w mojej pamięci, ale ma w sobie trochę uroku. Naprawdę dobrze pełni rolę tła dla wydarzeń i podkreśla klimat poszczególnych scen. Problem polega na tym, że jest jej po prostu za mało. Występują tu utwory elektroniczne jak i klasyczne (głównie solówki pianina). Wyjątkiem jest dwuodcinkowe Hashire, Melos!, które może pochwalić się o wiele bogatszym repertuarem – jednakże tkwi tu pewien haczyk. Wykorzystane melodie są bardzo ładne, raczej spokojne i melancholijne, ale… pochodzą ze ścieżki dźwiękowej do Mouryou no Hako. Naprawdę zastanawia mnie fakt, dlaczego człowiek, który skomponował tak ładne utwory, nie mógł wymyślić innych. Niechby już nawet były podobne, ale żeby z lenistwa wykorzystywać to, co już się zrobiło… Nieładnie, oj nieładnie. Zapewne gratką dla niejednego fana będą niezwykle urocze piosenki w wykonaniu Nany Mizuki, która również użyczyła głosu głównej bohaterce Sakura no Mori no Mankai no Shita. Na liście płac pojawiają się mniej lub bardziej znane nazwiska seiyuu, z których przez całość przewija się Masato Sakai, wcielający się w role głównych bohaterów poszczególnych historii. Zabieg ten nie do końca się udał, gdyż o ile jego głos, owszem, pasował do młodego i wrażliwego Youzou (Ningen Shikkaku), to do potężnego jak dąb Shigemaru już niekoniecznie.

Z pewnością nie będę polecać tej serii wszystkim miłośnikom literatury japońskiej, gdyż sposób, w jaki zaadaptowano całość na potrzeby własnej wizji, niekoniecznie wszystkim musi się spodobać. Ci, którzy nie oczekują wiernych ekranizacji i wykażą się pobłażliwością dla różnych, dziwnych pomysłów, mogą spróbować, być może się nie zawiodą. Studio Madhouse postanowiło spróbować czegoś nowego i chwała im za to, jednak nie we wszystkim zachowano umiar i ostatecznie z układanki wyszedł dość nietypowy i bardzo nierówny stworek, którego trudno polecić jakiejś konkretnej grupie. Widzowie lubiący eksperymenty, nieco (lub nawet bardzo) odrealnione opowieści, groteskę, makabrę i szeroko pojętą psychodelię mogą sięgnąć po Aoi Bungaku z zastrzeżeniem, że nie wszystkie historie prezentują równy poziom. Nie jest to również czysta rozrywka, więc fani liczący na relaksujący seans mogą spokojnie sobie to anime podarować.

Enevi, 10 kwietnia 2010

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Madhouse Studios
Autor: Ango Sakaguchi, Osamu Dazai, Ryuunosuke Akutagawa, Souseki Natsume
Projekt: Kubo Tite, Takeshi Konomi, Takeshi Obata
Reżyser: Atsuko Ishizuka, Morio Asaka, Ryousuke Nakamura, Shigeyuki Miya, Tetsurou Araki
Muzyka: Hideki Taniuchi, Shuusei Murai