Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 8/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 11 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,64

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 278
Średnia: 6,72
σ=1,6

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Avellana)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Yumekui Merry

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 13×25 min
Tytuły alternatywne:
  • Dream Eater Merry
  • 夢喰いメリー
Tytuły powiązane:
Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Yumekui to istota z japońskiego folkloru – pożeracz złych snów, przedstawiany często w postaci tapira. Nieduża i sympatyczna seria, znacznie bardziej udana niż wynikałoby to z jej zapowiedzi.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Elle S.

Recenzja / Opis

Nastoletni Yumeji Fujiwara musi mieć jakiś niezwykły dar, bo bez tego nie byłoby serii anime. W tym przypadku nasz protagonista obdarzony jest zdolnością widzenia ludzkiej aury, na podstawie której potrafi przewidzieć, co danej osobie będzie się śniło. Warto jednak podkreślić, że jego przepowiednie nie sprawdzają się w 100%, a niezwykłe umiejętności to raczej ciekawostka niż coś, w co jego koledzy wierzą naprawdę. Yumeji, poza tym, że mieszka z przyjaciółką z dzieciństwa, Isaną (i jej ojcem), prowadzi w zasadzie całkowicie zwyczajne życie. Tylko jego własne sny stają się coraz bardziej niespokojne – czy to, co go w nich ściga, na pewno jest tylko wytworem umysłu? Senne demony potrafią otwierać własne wymiary, nazywane „snem na jawie”, i poszukują „naczyń” – ludzi, którzy mogą stać się ich nosicielami. Ale Yumeji całkowicie przypadkowo spotyka Merry Nightmare – demona zabłąkanego w świecie ludzi bez własnego „naczynia” i poszukującego drogi powrotnej do rodzinnego świata. Czy dar Yumejiego będzie mógł jej w tym pomóc?

Wszystko to nie wróży niestety najlepiej pod względem oryginalności: życzliwy światu bohater, przyjaciółka z dzieciństwa, tajemnicza i niezwykła nieznajoma, która przy pierwszym spotkaniu dosłownie spada mu na głowę… Jeśli dodamy do tego, że znakomitą większość obsady serii stanowią panie, otrzymujemy obraz haremówki nr 879667 i w zasadzie wiemy, czego się dalej spodziewać. W tym przypadku – całkowicie niesłusznie, ponieważ Yumekui Merry pokazuje, że anime może być naprawdę znacznie lepsze niż suma jego części składowych.

Największa w tym chyba zasługa scenariusza, opartego na mandze Yoshitaki Ushikiego. Tempo rozwoju wydarzeń pozostaje wyrównane przez całą serię, nie grzęznąc w połowie w „zapychaczach” i nie szarpiąc gwałtownie w końcówce. Przy tym, co ważne, faktycznie można tu mówić o rozwoju wydarzeń – scenariusz jest skonstruowany inteligentnie, a autor doskonale wie, które karty należy w danym momencie wykładać, a które – trzymać przy orderach. Początkowo zapowiadający się schemat złego „demona tygodnia” szybko okazuje się nie taki prosty, ale szczególnie spodobało mi się, że nie odbywa się to metodą jednorazowego stwierdzenia, że wszystko, co wiedzą bohaterowie, jest nieprawdą. Przeciwnie: mimo wszystko nie zdradzę za wiele, jeśli uprzedzę, że w zasadzie informacje, jakimi dysponują, są od początku poprawne, tylko niepełne lub interpretowane w niewłaściwy sposób. Kolejne odcinki po kawałeczku przesuwają pierwotne założenia, dochodząc do… Nie, tego już pisać nie będę, to rzecz do samodzielnego stwierdzenia dla zainteresowanych. Nieźle wybrnięto także z problemu „niezakończonej mangi” – główny wątek pozostaje wprawdzie niezamknięty, ale znaleziono dobre miejsce do postawienia kropki, a pokazanych wydarzeń wystarczyło akurat na trzynaście odcinków, bez konieczności sztucznego wypychania serii wypełniaczami.

Każda postać z osobna, wypreparowana ze scenariusza i rozpatrywana sama w sobie, sprawia wrażenie szalenie sztampowe. Yumeji jest spokojny i miły, Merry „tsunderowata”, Isana słodka i opiekuńcza… I tak dalej. Trudno byłoby mi ich bronić jako oryginalnych i silnych osobowości – a jednak wypadają znacznie lepiej, niż się spodziewałam. Przede wszystkim dlatego, że ich charaktery pozostają spójne, składają się z pasujących do siebie i uzupełniających się cech, a nie elementów akurat potrzebnych scenarzyście – a także dlatego, że nie zostały przerysowane. Przyznaję, że Yumeji wypada stosunkowo blado, brakuje mu tej przekory i lekkiej złośliwości, jakie stały się ostatnio modnym dodatkiem do „panów na haremach”. Jednocześnie jednak potrafi działać w sposób zdecydowany, nie wpada w panikę i generalnie widać, że te jego spokój i życzliwość naprawdę są częścią jego charakteru, a nie tylko wygodnym wabikiem na panie. Merry z kolei broni się tym, że przy wszystkich typowych zagrywkach w rodzaju ofukiwania się na pomoc z jednej strony, a łakomstwa z drugiej, pozostaje osóbką dziką i zdeterminowaną – Yumejiego szanuje, ale nie darzy zaślepionym uwielbieniem. Z kolei słodka Isana w pierwszej chwili sprawiła, że jęknęłam głośno, ale bardzo szybko okazało się, że moje obawy były nieuzasadnione, a jej obecność w serii nie sprowadza się do polewania wszystkiego miodem i farbowanym lukrem. To samo można powiedzieć o dalszych postaciach, których przedstawić nie mogę, żeby nie zdradzić zbyt wiele – pozostają zaskakująco dobrze wyważone i sprawdzają się w rolach, w których zostały obsadzone. Rozczarowały mnie może troszeczkę nieco zbyt czarne charaktery ostatecznych antagonistów w tej serii – ale też pozwoliło to na zarysowanie wyrazistego finału, bez rozmywania się w niedopowiedzeniach i dwuznacznościach.

Kilka razy przywołałam słowo „haremówka”, więc warto może dodać, że brak tego wyróżnika nie jest przypadkowy. To prawdopodobnie jeszcze jedna cecha, która utrzymuje tę serię na poziomie – owszem, obsada jest w przeważającej mierze żeńska, a w centrum wydarzeń pozostaje nasz bohater. Jednakże pokazane tu panie mają zdecydowanie lepsze rzeczy do roboty niż wzdychać do niego – i to całkiem dosłownie lepsze, bo fabuła po prostu nie zostawia im czasu na bezproduktywne wzdychanie czy też miotanie się w jakichś mniej lub bardziej idiotycznych miłosnych podchodach. Nie próbowano nawet forsować nasuwającego się na początku trójkąta Merry – Yumeji – Isana, wyraźnie kładąc nacisk na relację Yumejiego z przybyszką z krainy snów, a Isanę pokazując bardziej jak jego siostrę (w prawdziwym, a nie „odmiennym kulturowo” znaczeniu tego słowa). Oczywiście może to rozczarować amatorów romansów, ale jak pisałam – fabuła spokojnie broni się i bez wątków sercowych, które tylko niepotrzebnie by ją rozmywały.

Tak naprawdę jednak Yumekui Merry ujęło mnie jedną rzeczą, której nie pożyczało sobie z innych tytułów – klimatem. Owszem, zdarzają się tu bardzo pożądane (i sympatyczne) lżejsze sceny, a nawet elementy fanserwisu (choć zapewne nie tyle, żeby nasycić jego amatorów), jednakże nie da się ukryć, że wydarzenia w głównym wątku fabularnym trudno byłoby nazwać optymistycznymi. Już wyjściowe położenie bohaterów dalekie jest od komfortowego, a im głębiej wchodzimy w świat tej serii, tym mniej oczywiste mogą się stawać dokonywane wybory. Do tego anime porusza bardzo łatwy do zepsucia wątek „snów” w znaczeniu ambicji, dążeń i marzeń życiowych. O dziwo, potrafi jednak uniknąć z jednej strony ugrzęźnięcia w pesymistycznym marazmie, a z drugiej – zalania mdłym patosem, stawiając na znacznie bardziej wyciszony i kameralny ton opowieści. Zachowuje też przyzwoity poziom ostrożnego optymizmu – rzeczy bardzo złe nie zdarzają się przede wszystkim dzięki bohaterom, którzy zawsze starają się działać w taki sposób, żeby do nich nie dopuścić.

Jak na serię z niewielkim budżetem, Yumekui Merry radzi sobie naprawdę dobrze, wykorzystując w odpowiedni sposób dostępne środki. Projekty postaci są dość zwyczajne, ale szkicowane nieco uproszczoną kreską, odmienną od tej, jaką widujemy chociażby w adaptacjach gier eroge. Podobały mi się trochę jakby „kocie” oczy niektórych bohaterek, na przykład Merry i Chizuru; inne panie z kolei, w największym stopniu Isana i Yui, sprawiały wrażenie bardziej typowych kawaii dziewcząt, ale na szczęście nie rumieniły się co chwila i nie krygowały bezustannie przed widzem i całym światem. Niesamowicie odpowiadał mi natomiast sam świat przedstawiony – nie widać tu typowych dla „tańszych” produkcji sterylnych powierzchni i nieskazitelnych przestrzeni. Kamienie są chropowate, deski zagloniałe i spękane, bruk podniszczony, a metalowe barierki – pociemniałe i pordzewiałe. Domyślam się, że takie „skorodowanie” świata to po prostu rezultat odpowiednio zastosowanych tekstur, nie zmienia to jednak faktu, że mnie taki efekt niezwykle odpowiada, a przy okazji sprawia, że Yumekui Merry staje się może nie perełką wizualną, ale z pewnością tytułem przyjemnym dla oka. Warto wspomnieć także o „snach na jawie”, otwierających się wymiarach, do których wkraczają bohaterowie – są one zróżnicowane i fantastyczne, chociaż zwykle nie starano się stawiać na przesadną psychodelę i groteskę. Zazwyczaj narzekam na brak dobrego oświetlenia jako podstawowy wskaźnik niskiego budżetu, tu jednak zrobiono z tego element konwencji. Nie tylko sceny w półmroku, ale nawet te dziejące się w biały dzień wydają się lekko przygaszone, jak wtedy, kiedy wyjdziemy w słoneczny dzień na ulicę w zbyt ciemnych okularach. Ta sama konwencja pozwala bronić pustego tła wielu ujęć, pozwalającego na oszczędniejszą animację. Postarano się za to przy scenach walk – także trochę „oszukiwanych”, ale wystarczająco dynamicznych, żeby sprawdzić się w tego rodzaju serii, niebędącej przecież wysokobudżetowym shounenem.

Rola Merry Nightmare jest pierwszą znaczącą rolą w dorobku Ayane Sakury. Mam co do niej trochę mieszane uczucia. Z jednej strony poradziła sobie bardzo dobrze, z drugiej strony od początku do końca miałam wrażenie, że doskonale znam ten głos – co oznacza, że musi brzmieniem lub manierą bardzo przypominać którąś inną seiyuu (chociaż dokładniej nie potrafię tego przyszpilić). Dla osób, które pamiętają Nobuhiko Okamoto jako Acceleratora w Toaru Majutsu no Index może być zaskoczeniem obsadzenie go w roli wyciszonego Yumejiego – brzmi jednak dobrze, może też i dlatego, że jego głos jest odpowiednio męski. Warta wzmianki jest także Kana Ueda (Rin z Fate/stay night, Yumi z Maria­‑sama ga Miteru, tytułowa bohaterka Saki) w trudnej do zagrania, niezwykle oszczędnej roli Chizuru Kawanami. Jouji Nakata (tytułowy bohater Hrabiego Monte Christo, Alucard z Hellsinga i Folken z Vision of Escaflowne) wciela się w tajemniczego i niejednoznacznego Johna Doe, natomiast Kenji Fujiwara (Ladd z Baccano!, Hughes z Fullmetal Alchemist, Holland z Eureka Seven) dostał niewielką, ale bardzo wdzięczną rolą ojca Isany i opiekuna Yumejiego. Muzyka pasuje – nie zwraca uwagi, nie przeszkadza, po prostu jest. Od początku do końca nie przekonałam się do piosenki przy napisach końcowych, Yume to Kibou to Ashita no Atashi w wykonaniu Ayane Sakury. Niezwykle za to spodobała mi się czołówka: zarówno dynamiczna (pasująca nawet bardziej do przygodowego shounena) piosenka Daydream Syndrome Mariny Fujiwary, jak i towarzysząca jej animacja – szczególnie pokazana przez ułamek sekundy sekwencja, w której Merry „rozsypuje się” w serię zatrzymanych obrazów.

Jeśli wolno mi pobawić się w proroka, przypuszczam, że Yumekui Merry może pozostać serią niedocenioną. W premierowym dla siebie sezonie – zimą 2011 – została przyćmiona przez inne produkcje: pod względem psychodeliczno­‑mrocznego klimatu nie wytrzymywała porównania z Mahou Shoujo Madoka Magica, a w kategorii „haremówki z zakręconymi mocami” trudno byłoby zagrozić Kore wa Zombie Desuka?. W zestawieniu z rozpiętością i gwałtownością skali emocjonalnej tej pierwszej serii i radosnym szaleństwem drugiej, Yumekui Merry jest tytułem wyciszonym i niepozornym, przez to właśnie atrakcyjnym, ale trudno zauważalnym. Swoją pozycję i niepowtarzalność buduje wyłącznie na klimacie, korzystając z bardzo klasycznych rozwiązań fabularnych (chociaż unika większości najczęstszych błędów scenariuszowych) – dlatego ma nikłe szanse podobać się tym, którzy poszukują nietypowego podejścia do znanych wątków. Wreszcie samo zawiązanie fabuły, będące bez wątpienia jej najsłabszym punktem, szybko odstraszy osoby, które odłożą tę serię jako kolejną haremówkę, gdzie nieudacznikowi spada z nieba niezwykła panienka.

Na przekór temu wszystkiemu napiszę jasno: mnie się podobało. Podobał mi się klimat, przenikanie snu i rzeczywistości, spokojni bohaterowie. Jednocześnie nie każdemu polecałabym tę serię, doskonale świadoma, że nawet spora część moich znajomych zniechęci się od początku tym, co dobrze znane, i nie dotrwa do momentu, kiedy fabuła pozbiera się i zademonstruje przemyślaną konstrukcję. Czy zainteresuje was świat, do którego zaprowadzi was Pożeraczka Snów Merry? Na to pytanie, niestety, nie umiem odpowiedzieć.

Avellana, 10 kwietnia 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: J.C.STAFF
Autor: Yoshitaka Ushiki
Projekt: Masahiro Fujii
Reżyser: Shigeyasu Yamauchi
Scenariusz: Hideki Shirane
Muzyka: Keiichi Oku