Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Copernicon 2017 - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 7/10 grafika: 8/10
fabuła: 4/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 173
Średnia: 6,25
σ=1,98

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek, Grisznak)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Hoshizora e Kakaru Hashi

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Bridge to the Starry Skies
  • 星空へ架かる橋
Gatunki: Komedia, Romans
zrzutka

„Na co mi harem jak mam brata”, czyli kolejny animowany artbook pełen bishoujo, z shotaconem w roli bonusu. Mocno przeciętna seria dla najbardziej zagorzałych fanów haremówek.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Kazuma i Ayumu to bracia, którzy z wielkiego miasta trafiają na zapadłą japońską prowincję. Jednakże nie kłopoty związane z adaptacją miastowych do życia na wsi będą tematem tej historii. To nie stanowi bowiem żadnego problemu, zwłaszcza że chłopcy mają zapewniony pobyt w hoteliku związanym niegdyś z ich rodziną. Obaj szybko odnajdują przyjaciół i przyjaciółki (ze szczególnym uwzględnieniem tych drugich) i tak zaczyna się niczym niezmącona sielanka. Niezmącona? No nie do końca. W otoczeniu Kazumy pojawia się bowiem błyskawicznie stadko ślicznych dziewcząt, które z różnych przyczyn lgną do niego jak szpilki do magnesu. Chłopak w zasadzie powinien cieszyć się pięknym życiem władcy haremu i przebierać w chętnych dziewojach. Ale po co mu harem, skoro ma brata?

Czego jak czego, ale haremetek w Hoshizora e Kakaru Hashi mamy istne zatrzęsienie. Ui to typowa do bólu główna bohaterka haremówki, ani toto bystre, ani rozgarnięte, a interesujące niczym etykietka na butelce wody mineralnej. Jest słodziutka, naiwna, wstydliwa – ot, marzenie klasycznego otaku. Jedyne, czym się wyróżnia, to pochłanianiem wielkich ilości pożywienia, które niechybnie idą w biust (bo nie w mózg…). Jej najlepsza psiapsiółka, Ibuki, to charakterne dziewczę, trochę za mało choleryczne jak na tsundere, ale na tle Ui wyróżnia się wyraźnie posiadaniem czegoś, co dałoby się nazwać osobowością. Madoka to absolutnie kanoniczne miko, w dodatku z wstrętem do mężczyzn, naturalnie poza Kazumą. Hina to o rok starsza uczennica, która po drobnym nieporozumieniu na początku anime przez pół serii łazi za bohaterem, nosząc się z zamiarem przelec… pardon, przeproszenia go. Koyori spełnia funkcje małpowatej lolitki, acz od klasycznych przedstawicielek tego gatunku jest trochę starsza. Zadaniem jej starszej siostry, Tsumugi, jest machać na lewo i prawo biustem oraz dobrymi radami. Trzecia z sióstr, Kasane, to lokalna plotkara i maszyna do wymyślania różnych dziwnych planów. Tylko na co komu harem, kiedy ma się brata…

Mamy więc harem w komplecie, mamy potencjalnego sułtana, tylko… no właśnie, szkopuł w tym, że Kazuma lepiej by się nadawał na pilnującego haremu eunucha niż na korzystającego z jego uroków pana, wzywającego swe kobiety samczym głosem Erica Adamsa z Manowar, śpiewającego „Woman, be my slave!!!”. Co i rusz kolejna dziewczyna startuje do niego, wplątując go w swoje kłopoty, którym naturalnie nasz bohater dzielnie stawia czoła. A trzeba przyznać, że wyzwania przed nim stawiane godne są herosów – wyścig w dziwnych strojach, pogodzenie skłóconej z ojcem koleżanki, pocieszanie przeżywającego gorycz porażki dziewczęcia – Herakles ze swoimi dwunastoma pracami się chowa. Po rozwiązaniu każdej sprawy bohaterka zaciąga Kazumę w romantyczne miejsce, szykuje się romantyczne wyznanie, po czym… „No to teraz będziemy przyjaciółmi, prawda?”. Dotyczy to i tak tylko części panienek, bo na resztę… nie starczyło już czasu. Hoshizora e Kakaru Hashi liczy tylko dwanaście odcinków. Wyjąwszy wprowadzenie i finał, zostało może osiem czy dziewięć na pozostałe wątki. Mało? No mało. Ale to jeszcze i tak nic. Nawet nasz eunuch coś tam jednak do kobiety poczuje. Do której? Na to pytanie odpowiada właściwie opening, a jak on by kogoś zostawił w niepewności, wystarczy pierwszy odcinek i wszystkie wątpliwości się rozwieją. Na cały zasadniczy wątek romantyczny zostawiono jeden odcinek finałowy plus drobniutkie urywki w pozostałych. No bo po co więcej, kiedy ma się brata…

Niewątpliwą nowością, jeśli chodzi o haremówki, jest obecność wzmiankowanego już kilkakrotnie młodszego braciszka Kazumy – Ayumu. Fani zwrócili uwagę na tę postać od samego początku. Graficznie jego projekt jest niebezpiecznie bliski shotaconom, jego zażyłość z bratem podkreślono w sposób cokolwiek śliski w takich produkcjach (wspólne spanie, wspólne kąpiele, przebierania w damskie ciuszki), a jakby tego było mało, w openingu Ayumu pojawia się w sekwencji, która prezentuje kolejne haremetki. Widać dożyliśmy czasów, w których zwykły fanserwis ecchi (w Hoshizora e Kakaru Hashi mieszczący się w normie) to za mało, by przyciągnąć widza, więc sięga się po coś więcej. Można się domyślać, że postać Ayumu miała zwrócić uwagę żeńskiej widowni (bo jeśli męskiej, to zaczynam się bać…). Problem polega na tym, że haremówki nie są raczej seriami dla dziewczyn, a te, które cieszą się sympatią płci pięknej, to produkcje nastawione nade wszystko na romans. A tu romansu za bardzo nie ma, bo po co komu romans, kiedy ma się brata…

I w zasadzie tu tkwi mój główny zarzut w stosunku do Hoshizora e Kakaru Hashi. Seria została chamsko upchnięta w dwunastu odcinkach, poszczególne wątki gniotą się jak pasażerowie Polskich Kolei Państwowych, a finałowy wątek zostaje wyciągnięty nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki. Naprawdę trudno to anime nazwać romansem, a jeżeli już, to jednostronnym, bo przez 90% czasu antenowego obserwujemy, jak kolejne panny robią maślane oczy do Kazumy, po czym dostają kosza. Autentycznie, liczyłem na to, że w ostatnim odcinku wszystkie porzucone dziewczyny pójdą na karaoke śpiewać Un garçon pas comme les autres (Ziggy) Celine Dion, czyli piosenkę opowiadającą o kobiecie nieszczęśliwie zakochanej w geju. Osobiście zdecydowanie wolę, gdy wątek miłosny jest klarowny od początku (czy może najdalej od połowy), zaś reszta serii służy temu, by go rozwijać (jak choćby w pierwszej serii Nogizaka Haruka no Himitsu). Bo powiedzmy sobie szczerze, takie finałowe „Ojej, to ja cię jednak kocham!” wypada nieprzekonywająco. To, że tą „główną” pozostaje dziewczę o inteligencji płyty chodnikowej i powabie rozdeptanego ślimaka, nie ułatwia sprawy. Ale po co komu jakieś cycate idiotki, kiedy ma się brata…

Pod względem projektów postaci Hoshizora e Kakaru Hashi mieści się idealnie w tej samej konwencji ekranizacji gier eroge, którą obserwujemy od wielu, wielu już lat i gdzie próżno szukać jakichś rewolucji. W zasadzie to, co kiedyś widzieliśmy w takich seriach, jak np. To Heart czy Onegai Teacher widzimy także i tutaj. Owszem, podrasowane i odpicowane, ale bez większego problemu dałoby się wymienić obsady tych serii miejscami. Nie mam nawet z tego powodu pretensji – taki gatunek, taka konwencja. Zresztą, powiedzmy szczerze – to nie postaci (a przynajmniej nie wszystkie) są głównym problemem Hoshizora e Kakaru Hashi. Poza Ui żadna z pań nie była jakąś szczególnie irytująca kretynką, która w turnieju „Minimum w Rozumie” przegrałaby z amebą, a zwycięstwo w teleturnieju „Debiliada” miałaby w kieszeni. Nawet ten Ayumu to obiektywnie patrząc sympatyczna postać, podobnie narwany kumpel Kazumy – Daigo. Projekt hoteliku, w którym mieszkają bracia, był wzorowany na autentycznym miejscu, co wywołało pewne problemy. Właściciele początkowo cieszyli się reklamą, ale kiedy dowiedzieli się, że anime oparte jest o grę eroge, wystosowali oficjalny protest, prosząc fanów, by nie odwiedzali ich hotelu. Opening wpada w ucho, nie przeczę, ale słodziutki szczebiot, jakim jest śpiewany, przywodzi na myśl różowy tort z zieloną polewą i wisienką na czubku. Dziecko śpiewające opening do Domowego Przedszkola w czasach mojego dzieciństwa dawało więcej czadu. Ending wylatuje z kolei z głowy niemal natychmiast. Ale na co komu jakieś piosenki, kiedy ma się brata…

Dobra haremówka i słabiutki romans – tak można by najkrócej podsumować Hoshizora e Kakaru Hashi. Do tego dorzućmy ryzykowny fanserwis w postaci Ayumu, relatywnie niedużą ilość ecchi i dostajemy serię, o której zapewne za miesiąc­‑dwa nikt nie będzie już nawet pamiętał. To taka absolutnie przeciętna strefa średnia, ani Premier League, gdzie biją się produkcje Kyoto Animation czy Love Hina, ani też trzecia liga, w której przebiera nóżkami Yosuga no Sora. Po prostu przeciętniak – a na co komu przeciętność, kiedy ma się… sami wiecie, co.

Grisznak, 2 lipca 2011

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Doga Kobo
Autor: feng
Projekt: Haruo Oogawara
Reżyser: Takenori Mihara
Scenariusz: Gou Zappa