Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Festiwal Fantastyki Twierdza - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 6/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

6/10
Głosów: 9 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 96
Średnia: 6,8
σ=1,3

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Gingitsune

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2013
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • ぎんぎつね
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen; Postaci: Kapłani/kapłanki religii wschodnich, Uczniowie/studenci, Youkai; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Sympatyczna bohaterka, jej sympatyczni przyjaciele i ich sympatyczne przygody, czyli przepis na serię poprawną, choć do bólu mdłą.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Makoto Saeki przychodzi na świat w rodzinie kapłanów opiekujących się świątynią bóstwa Inari. W każdym pokoleniu rodzi się osoba obdarzona Wzrokiem – wyjątkową umiejętnością dostrzegania głosicieli, czyli nadprzyrodzonych istot będących łącznikami między bogami a ludźmi. Jak długo jednak żyje osoba obdarzona Wzrokiem z poprzedniego pokolenia, tak długo ta z kolejnego nie zyskuje tego daru. Z tego też powodu Wzrok otrzymują zazwyczaj ludzie w pełni dorośli. Nieco inaczej stało się w przypadku Makoto, która w wieku zaledwie czterech lat straciła matkę – dotychczasową przedstawicielkę rodziny widzącą głosicieli. Dziewczynka dziedziczy niezwykły dar i tak właśnie w jej życiu pojawia się Gintarou, lisi duch, który opiekuje się świątynią Inari. Makoto ze względu na swój wiek szybko przywiązuje się do Gina i w przeciwieństwie do dojrzałych kapłanów, nie traktuje go z nabożnym szacunkiem należnym bóstwu – wręcz przeciwnie, jest wobec niego bezpośrednia, śmiała, droczy się z nim i chętnie okazuje mu swoją sympatię. Kolejne dni w świątyni Inari upływają pod znakiem rzetelnej pracy i radosnych zabaw.

Jako zdeklarowana fanka serii obyczajowych z elementami japońskiego folkloru i gościnnymi występami różnego rodzaju youkai, z radością i stanowczo zbyt wysokimi oczekiwaniami wyglądałam premiery Gingitsune. Liczyłam na pogodną i ciepłą opowieść, idealną na ponure jesienne wieczory. I faktycznie, jako sympatyczny ocieplacz tytuł ten sprawdza się całkiem nieźle. Problem jednak polega na tym, że wszystko jest tu tak miłe, urocze, ugrzecznione, mięciutkie, puszyste i bezproblemowe, że aż nudne. To największa wada tej serii, której niestety nie potrafię jej wybaczyć. Przyjrzyjmy się jednak po kolei wszystkim aspektom tej historii…

Fabuły jako takiej Gingitsune nie posiada. Jest to seria złożona z jedno-, dwuodcinkowych miniaturek, tworzących poszczególne epizody – przy czym określenia tego używam zdecydowanie na wyrost, gdyż trudno na serio dyskutować o fabule odcinka, którego oś dramatyczną stanowi odnalezienie zagubionego kotka lub wybór odpowiedniego krawatu na prezent urodzinowy dla ojca. Właśnie tego typu problemami raczy nas świat przedstawiony. Oczywiście trudno zarzucać serii należącej do gatunku „okruchy życia”, że nie oferuje widzom emocjonujących pojedynków, nieprzewidywalnych zwrotów akcji czy przebiegłych antagonistów pragnących przejąć władzę nad światem. Nie o to jednak się upominam.

Po tytule tym spodziewałam się, że będzie czymś pomiędzy słodko­‑naiwnym Kamisama Hajimemashita a spokojnym i refleksyjnym Natsume Yuujinchou. Niestety, w przeciwieństwie do obu tych serii, Gingitsune nie było w stanie wykreować postaci, których losami widz mógłby się przejąć. Wszystkie one zostały spłaszczone przez swoje grzeczne, pełne cnót charaktery, a przez to doprowadzone do granic sztuczności. Wystarczy spojrzeć na samą Makoto. Główny bohater to postać wokół której koncentruje się akcja – stanowi on jej centrum, często też przyczynę, z powodu której takie a nie inne wydarzenia mają miejsce, posuwając tym samym fabułę naprzód. Tymczasem, gdyby Makoto w Gingitsune zabrakło, niewiele by się zmieniło. Stanowi ona przykład protagonistki kompletnie zbędnej dla rozwoju wydarzeń. Poza tym, że od czasu do czasu poszturcha się z Gintarou, jej rola sprowadza się wyłącznie do pełnienia funkcji nieudolnego negocjatora we wszelkiego rodzaju sporach między innymi bohaterami. Naturalnie, jest przy tym urocza, słodka, sympatyczna, serdeczna i… takich epitetów można by dołożyć jeszcze kilka. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli główna bohaterka odgrywa tak marginalną rolę w serii, której stanowić powinna centrum, to coś jest nie tak.

Pozostałe postaci również cierpią na chroniczny brak osobowości. Ojciec Makoto to wzorcowa ciepła klucha, która po kilku odcinkach zaczyna irytować nieschodzącym z twarzy uśmiechem. Obie przyjaciółki dziewczyny, choć z początku mają prezentować się jako charakterne i uparte, szybko zrzucają te maski i stają się równie bezbarwne, jak główna bohaterka. Satoru, którego ojciec Makoto przyjmuje pod swój dach, prezentuje się o tyle ciekawiej, że zmiana miejsca zamieszkania i nowe warunki, w których przebywa, pozwalają mu na pewien rozwój, co na tle innych postaci jest już sporym osiągnięciem.

Najlepiej w tym gronie wypadają chyba nadprzyrodzeni bohaterowie – wspomniany już Gintarou oraz Haru, maleńka głosicielka, która przybywa do świątyni Inari wraz z Satoru. Gin to typ postaci naburmuszonej, która z dystansu obserwuje ludzi i ich poczynania. Cechuje go duża mądrość życiowa nagromadzona przez stulecia, jest przy tym jednak niezwykle leniwy i niechętny do angażowania się w jakiekolwiek przedsięwzięcia, które wymagają od niego opuszczenia murów świątyni. To na pewno postać, która wyróżnia się na tle innych, przyznam jednak, że po kilku odcinkach mrukliwa postawa Gintarou też zaczęła mnie nużyć. Podobnie rzecz ma się z Haru. Ta młodziutka lisia głosicielka o ognistym temperamencie urozmaica akcję, głównie z uwagi na nietypowy duet, jaki tworzy z tak różnym od niej Gintarou. Choć dogryza Makoto i Ginowi, tak naprawdę jest łagodna i spragniona czułości, co demaskuje jej zachowanie wobec Satoru, za którym najpewniej poszłaby na koniec świata, gdyby zmusiły ją do tego okoliczności. Po pewnym czasie jednak i jej postawa, typowa dla klasycznej tsundere, zaczyna się nudzić.

Niestety brak dobrze wykreowanych postaci, które w toku akcji przechodziłyby jakąś przemianę lub przynajmniej w jakikolwiek sposób by się rozwijały, jest bardzo poważną wadą tej serii. Dodatkową bolączką, w naturalny sposób wynikającą z tego faktu, jest brak udanych relacji między bohaterami. Makoto teoretycznie zyskuje nowe przyjaciółki, dziewczyny jednak nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego, w efekcie więc cała ich przyjaźń wydaje się wątkiem doklejonym do opowieści na siłę. Również z Satoru, z którym mieszka pod jednym dachem, zbyt wiele jej nie łączy – można wręcz odnieść wrażenie, że chłopak traktuje ją jak zło konieczne, z którym musi koegzystować i dzielić przestrzeń życiową. Jeśli dołożymy do tego wszystkiego bezcelową fabułę, składającą się z banalnych i nudnych perypetii tychże bohaterów, wyjdzie nam zupełnie nijakie widowisko. Jeśli już coś ratuje tę serię, to jej klimatyczność wynikająca z wplecenia w akcję folkloru związanego z wierzeniami szintoistycznymi. Osoby zainteresowane tematem mogą przy okazji poznać kilka interesujących, nienachalnie przedstawionych ciekawostek na temat życia codziennego w świątyniach szintoistycznych oraz organizowanych w ich obrębie obrządków religijnych.

Na temat strony technicznej Gingitsune mogę powtórzyć to samo, co przy omawianiu treści – jest poprawnie, ale mdło. Grafika jest mocno uproszczona i niestety nużąco statyczna. Na plus należy policzyć pejzaże, które niekiedy prezentują się naprawdę estetycznie, widać jednak, że produkcji tej serii nie towarzyszył zbyt wysoki budżet. Muzyka, która bardzo często pobrzmiewa w tle, jest idealnie dopasowana do atmosfery serii, co – biorąc pod uwagę wyżej zaprezentowaną jej ocenę – niekoniecznie najlepiej o niej świadczy. Owszem, jest to ścieżka dźwiękowa miła dla ucha, bardzo łagodna, przypominająca wręcz muzykę relaksacyjną. Ale ponownie pojawia się problem jednostajności i nudy, który rzecz jasna, nie wszystkim musi przeszkadzać – mnie jednak nieco irytował.

Po całej tej tyradzie nie mogę jednak ocenić Gingitsune zbyt negatywnie. Ta seria jest dokładnie tym, na co wygląda – sympatyczną historią o życiu codziennym niezwykle prostolinijnych i uroczych bohaterów. Fani wcześniej wspomnianego Natsume Yuujinchou na pewno odnajdą tu spokojny klimat typowy dla obyczajowych opowieści z pogranicza magii i rzeczywistości. Tym, co niestety najbardziej zawodzi, są nudni, bezbarwni bohaterowie – gdyby byli oni ciekawsi i bardziej wiarygodni, niedostatki fabularne nie rzucałyby się tak bardzo w oczy. Jeśli jednak komuś nie przeszkadza odrobina nudy, być może uzna nawet Gingitsune za wyborne kino obyczajowe. Dla mnie był to na ogół męczący i dłużący się seans, podczas którego co jakiś czas spoglądałam na zegarek i niekiedy przewracałam oczami z powodu nienaturalnie ugrzecznionego zachowania bohaterów. Ostatecznie, jak to zwykle bywa, wszystko zależy od oczekiwań widza przystępującego do seansu…

Lin, 1 lutego 2014

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Diomedea
Autor: Sayori Ochiai
Projekt: Mayuko Matsumoto, Naomi Ide
Reżyser: Shin Misawa
Scenariusz: Hiroshi Yamaguchi
Muzyka: Tatsuya Katou