Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kyaa! - magazyn o animacji, mandze i kulturze japońskiej

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 5/10 grafika: 4/10
fabuła: 3/10

Ocena redakcji

4/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,00

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 36
Średnia: 5,83
σ=2,22

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Kysz)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Days

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2016
Czas trwania: 24×24 min
Gatunki: Sportowe
Widownia: Shounen; Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Manga; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Realizm
zrzutka

Niesamowicie słabe anime o piłce nożnej. Aż szkoda, że cała reszta jest w nim całkiem fajna…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Co trzeba mieć, żeby zostać gwiazdą szkolnej drużyny piłkarskiej? Pomyślmy… Wystarczy być ciapowatym gamoniem z mnóstwem pozytywnej energii, który dużo biega. Co? Nie wierzycie? A zatem poznajcie Tsukushiego Tsukamoto. Nie ma on żadnych znajomych, poza jedną koleżanką z dzieciństwa, za to mnóstwo osób bardzo chętnie się nad nim znęca. W końcu Tsukushi idealnie wręcz nadaje się do roli ofiary – jest słaby, na każdym kroku przeprasza, że żyje i generalnie bez problemu daje sobą pomiatać. Kojarzycie chyba ten typ postaci? To teraz wyobraźcie sobie, że Tsukushi jest prawdopodobnie jednym z najgorszych przykładów takiego schematu. I zapewne spędziłby licealne lata jako klasowe popychadło, gdyby nie poznany przypadkowo Jin Kazama, będący jego całkowitym przeciwieństwem.

Chłopak zaprasza naszego bohatera na mecz futsalu. Nie robi tego z żadnej sympatii, nic z tych rzeczy. Po prostu tak się składa, że jego drużynie brakuje akurat jednego zawodnika i nikt nie chce wypełnić tej luki. Ponieważ Kazama za nic nie zrezygnowałby z wieczornej porcji futbolu, chwyta się ostatniej deski ratunku, jaką jest przypadkowa ofiara losu, czyli w tym przypadku Tsukushi. Nasz jeleń wyraża oczywiście zgodę i wieczorem pojawia się w hali. I choć nie bardzo wie, co robi, wkłada w to całe serce. Co prawda ostatecznie kończy z wieloma siniakami, zakrwawioną stopą i guzem na czole, ale czuje, że naprawdę nieźle się bawił.

Tak rozpoczyna się niezwykła przygoda Tsukushiego z piłką nożną, bo nastolatek decyduje się dołączyć do szkolnego klubu piłkarskiego. Sęk w tym, że akurat ta drużyna słynie z naprawdę wysokiego poziomu i nie tak łatwo się do niej dostać. Tsukushi przekonuje się o tym szybko i boleśnie, bo mdleje już podczas pierwszego treningu. Tego typu ciapciaki mają to do siebie wszakże, że często jak się na coś uprą, to nie odpuszczą, póki nie uda im się osiągnąć celu. Ostatecznie – no kto by pomyślał – Tsukushiemu udaje się dostać do drużyny i o dziwo, znajduje się nawet w składzie na najbliższe eliminacje do krajowych zawodów. Ach ten cudownie wyświechtany motyw „od zera do bohatera” – jak wyjątkowo nieporadnie został tu użyty!

W seriach sportowych dosyć często dostajemy podobny schemat fabularny, w którym główny bohater na początku nie jest dobry w jakiejś dziedzinie, by z czasem okazać się osobą wybitnie w niej uzdolnioną. Najczęściej przebiega to w miarę szybko i bezboleśnie (z okazjonalnymi przeciwnościami losu), rzadziej ów bohater musi się faktycznie wysilić, by coś osiągnąć. Jeśli mamy do czynienia z pierwszym wariantem, najprawdopodobniej owa postać, choć nie miała do tej pory zbyt wiele wspólnego z daną dyscypliną, nie jest też osobą całkowicie „asportową”. Innymi słowy – przejawia jakiekolwiek oznaki talentu już na starcie, szczególne predyspozycje fizyczne, albo – absolutne minimum – nie jest łamagą i przynajmniej nie potyka się o własne nogi. W Days postanowiono pójść krok dalej i pokazać, że każdy, ale to absolutnie każdy, jeśli tylko bardzo tego chce, może być utalentowanym sportowcem. Chociaż mogę zrozumieć pogląd, wedle którego nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć uprawiać jakiś sport, nawet jeśli do tej pory tego nie robiliśmy, tutaj posunięto się stanowczo zbyt daleko.

Największą wadę tej serii stanowi bowiem właśnie Tsukushi i jego rola w tej historii. To mięczak jakich mało, płaksa, fajtłapa, ale oczywiście ze złotym sercem i sporą dozą samozaparcia. Mimo wszystko włączenie go w szeregi elitarnej drużyny tylko dlatego, że się chłopak bardzo stara i te starania mają pozytywny wpływ na resztę, to bardzo kiepski chwyt fabularny. Oglądanie jego poczynań na boisku było absolutną męczarnią, zwłaszcza że początkowo nie potrafił nawet kopnąć poprawnie piłki. A mimo to uparcie był wystawiany na kolejne mecze (jeśli nie w podstawowym składzie, to wchodził z ławki). Wszystko na zasadzie: „bo ma ukryty talent, który początkowo widzą tylko trener i kapitan zespołu”. A, no tak – i do tego się stara.

Na szczęście z czasem Tsukushi schodzi na drugi plan, czy też raczej dostajemy wątki poświęcone innym członkom drużyny. I tutaj wreszcie pojawiają się jakieś zalety. Pomijając to, że wszyscy oni grają jak profesjonaliści (na co wyżalę się jeszcze niżej), okazuje się, że mamy do czynienia z całkiem sympatyczną zgrają nastolatków. Jak to w grupie bywa, jedni lubią się bardziej, inni mniej, ale ogólnie wszyscy trzymają się razem, bo w końcu przyświeca im jeden cel. Co ciekawe, nie dostrzegłam wśród nich postaci typowo antypatycznej, a jednak żaden z bohaterów nie miał jakoś wybitnie miłego i przyjemnego charakteru. Tak naprawdę gdyby wymienić Tsukushiego na bardziej udany egzemplarz, anime z niestrawnej papki mogłoby się zmienić w dość dobrą serię. I to nawet pomimo tragicznie poprowadzonej fabuły.

Pozwólcie zatem, że w tym miejscu poznęcam się trochę nad sposobem przedstawienia mojej ukochanej dyscypliny sportowej. Od razu uprzedzam, że będę się rozwodzić nad detalami, więc jeśli kogoś to nie interesuje, spokojnie może sobie darować najbliższe kilka akapitów.

Niestety prawda jest taka, że piłka nożna została tu zaprezentowana w wyjątkowo beznadziejny sposób. Tak, jakby ktoś znał tę dyscyplinę tylko ze słyszenia, względnie obejrzał kilka rozgrywek w telewizji. Rozmowy między zawodnikami w trakcie meczu, kilkumetrowe wyskoki, strzelanie bramek praktycznie z każdej możliwej pozycji i obowiązkowe sprinty przez pół boiska – to właściwie standard. Kazama strzela tak nieprawdopodobne gole, jak Zlatan Ibrahimović za najlepszych lat, Inohara jest w stanie wybronić wszystko lepiej, niż Gianluigi Buffon, zaś takich wolnych, jakie wykonuje Kimishita, nie powstydziłby się nawet sam Juninho Pernambucano. A i tak wszyscy bledną w porównaniu do tego, co prezentuje Mizuki. Ja naprawdę zdaję sobie sprawę, że pewne rzeczy można, a nawet pewnie trzeba podkoloryzować, ale na litość – bez przesady! Akurat piłka nożna to sport, w którym łatwo jest pokazać niesamowite akcje bez uciekania się do aż tak wysokiego poziomu. No ale po co – najłatwiej przedstawić geniusz danego zawodnika poprzez rzeczy kompletnie nieprzystające do jego teoretycznego poziomu. Najlepsze jest to, że oni nawet jeszcze nie wyszli z eliminacji i jakoś sobie nie wyobrażam, co nas czeka na dalszym etapie – w końcu wiadomo, że tam przeciwnicy będą musieli być jeszcze silniejsi, a co za tym idzie – nasi bohaterowie również się „wzmocnią”. Gdyby Japonia dysponowała zawodnikami o takich umiejętnościach, dawno już powinna zdobyć mistrzostwo świata – i to bez żadnych problemów. A przecież mowa zaledwie o poziomie szkolnym – aż strach pomyśleć, co według autora tej historii potrafią profesjonalni zawodnicy!

Coś takiego jest dla mnie oznaką braku pomysłów u autora. Zbyt szybko przechodzi on na „wyższy” poziom i z czasem pewnie zostaną już tylko supermoce. Nie ma tutaj absolutnie żadnej wizji realnego rozwoju, są tylko gwałtowne „skoki mocy”. Jeśli przeciwnik zaczyna dominować, to pewne, że któryś z bohaterów nagle zrobi coś nieprawdopodobnego i zagra perfekcyjny mecz. Na plus mogę policzyć tylko to, że nie sprowadza się to do indywidualnych „olśnień”, a piłka nożna pozostaje sportem drużynowym. Aczkolwiek mowa tu o drużynie, w której liczą się niemal wyłącznie ofensywni zawodnicy. Dostaliśmy co prawda momenty poświęcone defensorom, lecz ich rola w grze została ograniczona do minimum, zresztą za każdym razem i tak chodziło ostatecznie o atak. Mimo wszystko jestem to w stanie jakoś zrozumieć, zwłaszcza że i na co dzień obrońcy nie są odpowiednio doceniani. Niby powtarza się, że każdy atak zaczyna się od obrony, ale jednocześnie praktycznie rok po roku żaden obrońca nie jest brany pod uwagę w plebiscycie na najlepszego piłkarza. Liczą się gole i asysty, bo to najłatwiej zauważyć, zaś liczba udanych interwencji obrońcy nie ma znaczenia. Cóż… smutne to, ale prawdziwe.

Tym, czego na pewno nie mogę wybaczyć, jest rozwój głównego bohatera i nadmierna obsesja na punkcie biegania jako sposobu na stanie się lepszym piłkarzem. Jasne, ja rozumiem, że obecnie szybkość jest w futbolu bardzo ważna. Technikę można doszlifować, z szybkością jest gorzej, więc szybcy zawodnicy znajdują się na uprzywilejowanej pozycji. Żeby nie być gołosłownym, pozwolę sobie przywołać tutaj przykład Pierre­‑Emericka Aubameyanga. Kiedy przeszedł do Borussi Dortmund, jego największym atutem były sprinty, niestety często potem tracił piłkę, źle ją przyjmował, albo nieczysto uderzał. Obecnie jest najlepszym snajperem tej ekipy, bo nie tylko potrafi dobrze biegać, ale też znacząco poprawił się pod względem technicznym. Problem polega na tym, że on nie zaczął „od zera”, a jedynie potrzebował bardziej popracować nad pewnymi aspektami. Tsukushi natomiast nie miał wcześniej żadnej styczności z futbolem, a że chłopak to naprawdę totalna ciamajda, początkowo nawet nie potrafi prosto kopnąć piłki. Nagle jednak wszyscy widzą w nim potencjał na świetnego zawodnika, zaczyna grać w meczach i błyskawicznie się ogarnia. A w jaki sposób do tego dochodzi? Oczywiście biegając, zawsze tylko biegając, aż to utraty tchu. Morał z tego taki, że trening techniczny jest dla słabeuszy – jeśli masz „to coś”, wystarczy, że będziesz dużo biegał.

Najgorsze jest wszakże to, że nawet jeśli spróbujemy przejść nad wyżej wymienionymi rzeczami do porządku dziennego, uderzy w nas fala głupot innego rodzaju. Rzut wolny sprzed samego pola karnego jest traktowany z większym bólem niż sam gol – gracze dosłownie rzucają się na ziemię z rozpaczy, gdy zostanie podyktowany. „Taktyka” to słowo, które gdzieś tam błąka się w świadomości trenera i zawodników, ale na murawie nie istnieje. Obstawianie jednego zawodnika przez piątkę graczy? Ależ proszę bardzo. Bieganie po całym boisku bez ładu i składu, a tym bardziej utrzymania jakiejkolwiek pozycji? Norma. Że nie wspomnę już o tym, jak wielu zawodników lata sobie swobodnie w kluczowych strefach boiska, bo obrona twardo stoi wokół pola karnego i nie ma zamiaru się stamtąd ruszyć (ewentualnie właśnie wtedy wszyscy kryją kogoś innego, więc nie ma kto się zająć resztą przeciwnej drużyny). I na koniec jeszcze słówko o pracy sędziego… ale chwila – jakiego sędziego? Co prawda w turnieju kilka razy jakiś pan gwizdał i nawet pokazał kartkę, a raz sędzia liniowy zasygnalizował spalonego, ale poza tym gracze mogli się szarpać za koszule ile wlezie, a reakcji nie było żadnej. Najgorzej prezentowało się to na obozie treningowym, kiedy w jednym meczu popełniane były naprawdę ewidentne, a do tego bardzo brutalne faule. Co prawda nie sędziował im Pierluigi Colina, ale świeżo upieczony sędzia ledwo po kursie zareagowałby lepiej niż kukła z gwizdkiem, która tam wtedy biegała.

W pewnym momencie stwierdziłam więc, że nie ma się co irytować i zwyczajnie przestałam zwracać uwagę na aspekty sportowe. Okazało się bowiem, że pod każdym innym względem jest to nadzwyczaj ciekawa seria. Wiem, że może brzmi to dziwnie, bo w końcu jak to? Oglądać sportówkę nie po to, by zobaczyć… sportówkę? Czy zostaje coś poza tym? Jak najbardziej – mnóstwo udanych gagów w wykonaniu grupy wyjątkowo sympatycznych postaci, których łączy wspólna pasja. A że gdzieś w tle bawią się w piłkę nożną? No w końcu coś muszą robić!

Zdecydowanie od strony komediowej anime prezentuje się najlepiej. Chociaż poszczególne gagi są dosyć powtarzalne, udało się je przedstawić naturalnie i z pomysłem. Humor jest tutaj typowy dla shounena – bohaterowie wygłupiają się na ekranie, dogryzają sobie nawzajem, a nawet od czasu do czasu dadzą sobie po mordzie. I być może właśnie w tej prostocie tkwi siła owej produkcji. Nie trzeba się zastanawiać, co dany żart ma oznaczać i czy właściwie to faktycznie był żart. Dostajemy więc prostą, ale przyjemną rozrywkową serię, którą nadzwyczaj łatwo się ogląda… oczywiście, kiedy przestaniemy się załamywać wszystkimi głupotami fabularnymi.

Do wymienionych wyżej wad muszę dorzucić jeszcze jedną – koszmarnie słabą grafikę. Projekty postaci nie są takie złe, ale mimo wszystko strasznie nijakie. Dość długo mylili mi się na przykład Kiichi z Atsushim. Co prawda na grafikach widać różnicę pomiędzy nimi, ale w serii wyglądało to zupełnie inaczej i obaj panowie wręcz zlewali się ze sobą. Na plus za to mogę policzyć fakt, że u większości bohaterów nie przesadzono z udziwnionymi fryzurami i właściwie tylko Susumu (czyli bramkarz) wyglądał dziwnie z włosami à la jeżozwierz. Brzydko prezentowały się za to czerwone plamy na policzkach Tsukushiego. Po co właściwie je narysowano, tego nie wiem, ale zaliczam je w poczet dziwadeł pokroju świecących punkcików na damskich ciałach, które wyglądają jak pryszcze. O ile jednak to dałoby się jeszcze przeboleć, tak kiepskiej animacji nie sposób wybaczyć. Już w zapowiedziach postraszono nas okropną animacją komputerową meczów i dokładnie tak źle wyglądało to przez całą serię. Dotyczy to oczywiście planu ogólnego, bo na zbliżeniach musieliśmy się zadowolić głównie pokazem slajdów. Aczkolwiek patrząc na to, jak wyglądały ujęcia animowane, było to rozwiązanie lepsze dla naszych oczu.

Czy mogę to komukolwiek polecić? Właściwie nie, no chyba że znajdą się osoby, które lubią obejrzeć shounenową sportówkę z jakichś innych powodów niż zainteresowanie wątkami sportowymi (i nie są to fujoshi, bo podtekstów dla tej grupy widzów również tu brakuje). Jako lekka komedia o grupce przyjaciół mogłoby się to nawet sprawdzić, ale przydałoby się pozbyć głównego bohatera. Nie jestem w stanie wskazać, komu tego typu postać mogłaby przypaść do gustu, natomiast bez problemu potrafię sobie wyobrazić całe rzesze fanów, których będzie on irytował. I podejrzewam, że dla większości będzie to wada, która w największym stopniu zniechęci ich do seansu.

Kysz, 2 lutego 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Mappa
Autor: Tsuyoshi Yasuda
Projekt: Kazuto Nakazawa
Reżyser: Kounosuke Uda
Scenariusz: Kounosuke Uda
Muzyka: Yoshihiro Ike

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Days - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl