Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 6/10 grafika: 3/10
fabuła: 6/10 muzyka: 5/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,33

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 14
Średnia: 6,07
σ=1,49

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Uchiage Hanabi, Shita Kara Miru ka? Yoko Kara Miru ka?

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2017
Czas trwania: 90 min
Tytuły alternatywne:
  • Fireworks, Should We See it from the Side or the Bottom?
  • 打ち上げ花火、下から見るか?横から見るか?
Postaci: Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Film; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Próba pogodzenia wieloznacznej historii typowej dla kina niezależnego z przystępną estetyką rozrywkowego anime. Dziwaczny film­‑łamigłówka, na który nasz fandom nie jest i nigdy nie będzie gotowy.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Enevi

Recenzja / Opis

Jeśli nie oglądacie anime od wczoraj, z pewnością nie raz spotkaliście się z opinią, jakoby ostatnimi laty przemysł ten był, delikatnie mówiąc, w nie najlepszej kondycji. W obliczu rosnących słupków sprzedaży tego rodzaju twierdzenia należałoby uznać za bezpodstawne, niemniej uważam, że mogą one wynikać z czynników bardziej rzeczowych niż malkontenctwo i nostalgia. Moim zdaniem problemem jest nie tyle jakość najnowszych produkcji, co ich hermetyczność. Mimo różnorodności form dystrybucji z każdym kolejnym kwartałem nasze hobby wydaje mi się coraz mniej przystępne – głównie przez ogrom gatunkowych dekonstrukcji, motywów zrozumiałych tylko dla wieloletnich fanów oraz wycinkowych ekranizacji, wymagających sięgania po obszerne pierwowzory. O malejącej liczbie tytułów wolnych od tych przypadłości przekona się każdy, komu choć raz przyjdzie szukać wśród sezonowych zapowiedzi czegoś dla znajomego, który „nie jest na bieżąco, ale chętnie zobaczyłby jakąś nową serię, bo lubi Death Note i Code Geass”.

Może wszystko to są tendencyjne bzdury, wynikające z moich osobistych doświadczeń, ale mam wrażenie, że znacznie lepiej sytuacja wygląda w przypadku produkcji kinowych. Silent Voice, Mirai, In This Corner of the World – to tylko kilka z niedawno wydanych filmów, które można oglądać z osobami nieinteresującymi się anime na co dzień bez poczucia zażenowania czy potrzeby tłumaczenia intertekstualnych nawiązań. Gdy natomiast czytam recenzje tych utworów w portalach poświęconych zachodniemu kinu i nie potrafię wytknąć krytykom braku kompetencji, to optymistycznie jestem skłonny uznać ostatnie pół dekady za okres porównywalny do drugiej połowy lat 80., kiedy powstały tak uniwersalne klasyki jak Akira, Mój sąsiad Totoro czy Grobowiec świetlików.

Między innymi dlatego filmu Uchiage Hanabi, Shita kara Miru ka? Yoko kara Miru ka? (lub po prostu Hanabi, jak będę go nazywał z powodu przydługiego tytułu) wyczekiwałem z niemałym zainteresowaniem. Kolejne pełnometrażowe anime obyczajowe w okresie tak udanym dla tego rodzaju produkcji? Do tego tworzone przez najbardziej rozpoznawalnych autorów ze studia SHAFT, co mogłoby zwiastować co najmniej oryginalną oprawę? A widzieliście promocyjny teledysk z obiecująco płynną animacją i lekko melancholijną piosenką wpadającą w ucho od pierwszych taktów? Jak to zwykle bywa – rzeczywistość okazała się rozczarowująca. Choć w Japonii film spotkał się ponoć z ciepłym przyjęciem, to przez anglojęzycznych krytyków został zmieszany z błotem jeszcze przed oficjalną zachodnią premierą, a większość zarzutów sprowadzała się do tego, że jest nudny, niezrozumiały, albo że jest gorszą wersją Your Name. Makoto Shinkaia. Spora część recenzji, na które trafiłem, była nie tyle negatywna, co pozbawiona entuzjazmu do tego stopnia, że, przyznaję, tylko na ich podstawie wyobraziłem sobie produkcję raczej nijaką niż choćby intrygująco złą, zupełnie o niej zapomniałem i obejrzałem ją ponad rok po ukazaniu się europejskiego wydania. Czy niepochlebne opinie były zasłużone? Moim zdaniem – tak, aczkolwiek jest to porażka ciekawsza, niż się spodziewałem.

Zacznijmy od początku. Hanabi to animowany remake aktorskiej średniometrażowej produkcji telewizyjnej z 1993 roku o tym samym tytule, będącej jednym z debiutanckich projektów Shunjiego Iwai – filmowca w Japonii bardzo dziś cenionego, na Zachodzie niemal zupełnie nieznanego. Tworzy on kino pod każdym względem niezależne, zarówno jeśli chodzi o proces produkcyjny (pełni rolę scenarzysty i reżysera, a nieraz też producenta, montażysty i kompozytora), jak i o narrację (skupia się raczej na interpretacyjnym potencjale opowieści, niż na zwrotach akcji czy kreacji angażujących uniwersów). W swoich filmach najczęściej podejmuje tematykę społecznego wykluczenia oraz śmierci, zwykle mocno odnosząc się do japońskiej mentalności i sporadycznie sięgając po wątki metafizyczne. Jeśli kogoś to interesuje, polecam przede wszystkim Love Letter i All About Lily Chou­‑Chou, moim zdaniem najlepiej obrazujące jego styl i zajmujące go zagadnienia.

Oryginalne Hanabi opowiada historię nastoletniego Norimichiego Shimady oraz jego szkolnej sympatii Nazuny Oikawy, która, nie mogąc zaakceptować ponownego zamążpójścia matki, postanawia uciec z domu i zacząć nowe życie w innym mieście, do czego nakłania również chłopaka. Mniej więcej w połowie filmu ucieczka młodocianych kochanków zostaje udaremniona przez dorosłych, a wówczas, niczym w Przypadku Krzysztofa Kieślowskiego, fabuła wraca do punktu wyjścia i zaczyna przedstawiać alternatywną, bardziej pomyślną dla protagonistów wersję wydarzeń. Drugi wariant historii, który można uznać za wytwór wyobraźni głównego bohatera, również kończy się niepowodzeniem, ale tym razem spowodowanym zrozumieniem lekkomyślności przedsięwzięcia i podjęciem dojrzałej decyzji o jego zaprzestaniu. Film najczęściej odczytywany jest jako krytyka biernego fantazjowania i zachęta do aktywnego mierzenia się z rzeczywistością, aczkolwiek, jak przystało na kino autorskie, jest to obraz odpowiednio niejednoznaczny, skłaniający do własnej interpretacji. Mimo nie najgorszego scenariusza produkcja ta fatalnie się zestarzała i dziś z powodu niskobudżetowej scenografii i topornego aktorstwa nadaje się do oglądania wyłącznie jako ciekawostka dla fanów reżysera. Decyzja o jej uwspółcześnieniu była więc uzasadniona.

Twórcy ze studia SHAFT postawili sobie ambitny cel: zachować aluzyjność oryginalnej historii przy jednoczesnym nadaniu jej efektowności typowej dla współczesnych anime rozrywkowych. Głównym środkiem miało być wprowadzenie wątku nadnaturalnego. Cofanie czasu, w pierwowzorze będące jednorazowym zabiegiem narracyjnym, tutaj stało się mechanizmem świata przedstawionego, mającym źródło w magicznym artefakcie napędzanym siłą ludzkich imaginacji – dzięki temu fabuła zyskała na złożoności, a ogólny przekaz pozostał bez zmian. Pomysł brzmi sensownie, ale niestety w jego wykorzystaniu zabrakło spójności. Przez konieczność rozwinięcia wszystkich wydarzeń z oryginalnego filmu nie zostało wiele miejsca na wiarygodne wyjaśnienie natury nowo wprowadzonych zjawisk paranormalnych. Do pewnego momentu twórcy sprawnie obchodzą ten problem, stosując zasadę „oczywistej cudowności” – czas i przestrzeń ulegają niewytłumaczalnym anomaliom, a bohaterowie przyjmują to bez cienia konsternacji. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że film nie jest w tych założeniach konsekwentny. Kilka późniejszych zwrotów akcji wymusza bowiem wejście w obszar fantastyki przedstawianej racjonalnie. Nagle bohaterowie zaczynają więc podważać logikę nadnaturalnych zjawisk wcześniej traktowanych umownie; pojawiają się też sugestie co do ich pochodzenia, z braku czasu nierozwinięte. Ta niespójność wywołuje potworną dezorientację. W efekcie fabuła nie jest emocjonująca, a końcowe przesłanie staje się irytująco niewspółmierne do interpretacyjnego wysiłku, którego wymaga.

Podobna niekonsekwencja zachodzi w kreacji postaci. Jako nastoletni romans Hanabi wyróżnia się tym, że dość wiarygodnie przedstawia nieco młodszych bohaterów z wieloma właściwymi dla ich wieku zachowaniami. Niemal wszyscy przechodzą ten specyficzny okres, kiedy człowiek zaczyna myśleć o intymnych relacjach, ale obnoszenie się z tym wśród rówieśników jest jeszcze trochę obciachowe. W związku z tym podejmują mnóstwo pozornie irracjonalnych decyzji, dających się wyjaśnić niedojrzałością. Z drugiej strony mamy natomiast miłość głównej pary: początkowo nieporadną, jednak szybko w pełni określoną, skrajnie wyidealizowaną i trwającą mimo wszelkich przeciwności. W oryginalnym filmie reżyser ukazał to w formie ironii, kontrastując autopercepcję postaci z infantylnością ich postępowania, co miało sens, biorąc pod uwagę, że część wydarzeń można było uznać za rozgrywające się w wyobraźni. W nowej wersji, gdzie narracja jest bardziej obiektywna, ten sam zabieg straciłby na sile, więc zamiast tego wątek miłosny dostosowano do na wpół baśniowej konwencji. Norimichi i Nazuna są tutaj trochę jak wyjęte z literatury romantyzmu dzieci, które „widzą i czują więcej” – ich wykraczające ponad wiek uczucia należy traktować umownie, ale już bez ironicznego dystansu. Problem polega na tym, że zmiana ta nie dotyczy wszystkich innych nielogicznych, choć psychologicznie wiarygodnych zachowań, niezbędnych dla rozwoju oryginalnej fabuły. W toku akcji te dwie motywacje stają się frustrująco trudne do rozróżnienia. Widz nie wie, które z irracjonalnych decyzji bohaterów powinien przypisać realistycznie oddanej niedojrzałości i rozpatrywać z rezerwą, a które uznać za pochodną odrealnionej konwencji i brać na serio.

Szukając informacji o Hanabi, wielokrotnie trafiałem na porównania do Your Name. Makoto Shinkaia, które początkowo wydawały mi się zupełnie nietrafione, jednak z czasem dostrzegłem ich zasadność. Oba utwory łączą bowiem nie tylko kwestie formalne, takie jak producent, dystrybutor i okres powstania, ale przede wszystkim – podobne problemy. Your Name. również nieco topornie próbuje godzić umowność konwencji oraz właściwą raczej dla kina niezależnego wieloznaczność z efektowną fabułą i czytelnymi postaciami typowymi dla produkcji głównego nurtu. Mimo to rozdźwięk tych elementów nie jest tak zauważalny. Makoto Shinkai zastosował je w odmiennych proporcjach; okazał się twórcą zdolnym do kompromisów i w znacznym stopniu powściągnął artystyczne zapędy na rzecz formuły rozrywkowego blockbustera, dzięki czemu jego film stał się kasowym sukcesem. Po części dzięki temu, a po części dzięki o niebo lepszej reżyserii i oprawie, ponieważ realizacyjne problemy Hanabi to materiał na kilka kolejnych akapitów.

Do produkcji zaangażowano najbardziej znanych twórców ze studia SHAFT, z Akiyukim Shinbou, Akio Watanabe i Nobuyukim Takeuchi na czele. Osobiście zawsze widziałem w nich typ, jaki ogromnie cenię: raczej biegłych marketingowców niż natchnionych artystów, znających gusta szerokiej publiki i potrafiących na nie odpowiadać, a przy tym sprawnie tworzących złudzenie obcowania z czymś niekonwencjonalnym. Na przekór popularnej opinii uważam też, że ich styl jest dość różnorodny i nie sprowadza się do odcinania kuponów od Monogatari, aczkolwiek w tym przypadku chcieli oni chyba udowodnić, że nie mam racji. Hanabi to bowiem przegląd skrajnie wymęczonych chwytów studia, w rodzaju nagłych zbliżeń, nietypowo skomponowanych kadrów, pozbawionych kontekstu zmian kolorystyki czy odstępstw od montażowych reguł zachowania kierunku ruchu i odpowiedniej różnicy planów na cięciach. Wtórność tych zabiegów nie jest jednak problemem, gorsza jest ich bezzasadność. Pewnie wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale w przypadku adaptacji nowelki Nisio Isina te wizualne szaleństwa często miały sens. Chaotyczny montaż oddawał emocjonalne rozchwianie, zbliżenia na anatomiczne detale kreowały erotyczne napięcie itd. (dla sceny mycia zębów nie wymyśliłem jeszcze uzasadnienia). Pomijając zresztą narracyjne zastosowania, taka teatralna oprawa zwyczajnie współgrała z charakterem opowieści, tworząc unikalny klimat kiczowatego komedio­‑horroru. Tymczasem w Hanabi ani nie pasuje to do stosunkowo przyziemnej historii, ani nie pomaga w jej prowadzeniu. Każde wytłumaczenie dla reżyserskich udziwnień, jakie przyszło mi do głowy podczas seansu, sprawdzało się tylko w pojedynczych scenach i żadnego z nich nie dało się odnieść do całego filmu. Jeśli więc mamy tu do czynienia z odkrywczą, dotąd nieopisaną metodą wizualnej narracji, to wybaczcie, ale naprawdę jej nie rozumiem.

Nie rozumiem też, jak kinowa produkcja uznanego studia może wyglądać tak fatalnie pod względem technologicznym. Aby oddać twórcom sprawiedliwość, trzeba przyznać, że są tu ujęcia olśniewająco płynne i szczegółowe – zwłaszcza zbliżenia pełne takich detali, jak powiewające kosmyki czy reagujące na światło źrenice. Wszystko to robi znakomite wrażenie wyjęte z kontekstu, ale niestety nie w ramach całego filmu. Gdy tylko bowiem akcja przechodzi na dalszy plan, postaci albo tracą wszelką szczegółowość i anatomiczną poprawność, albo zastąpione zostają modelami 3D, wykonanymi i skomponowanymi z otoczeniem tak niechlujnie, że pierwszy seans przerwałem w połowie, aby upewnić się, czy kupiona w internecie kopia blu­‑ray nie jest w jakiś sposób wybrakowana. Najgorzej wypadają dynamiczne sekwencje rozgrywające się w cyfrowych sceneriach i często zalewane kiepskimi efektami cząsteczkowymi, których ilość przypuszczalnie może zakłócać płynne odtwarzanie filmu w streamingu w wysokiej rozdzielczości. Trudno sobie wyobrazić bezplanowość procesu produkcyjnego, ponieważ Hanabi zalicza większe skoki jakości w obrębie pojedynczych scen, niż niejedna seria telewizyjna w ciągu całej emisji. A teraz dodajcie do tego opisane wyżej kwestie: przekombinowaną reżyserię, brak konsekwencji w ukazywaniu reguł świata przedstawionego i motywacji bohaterów, zaczerpniętą z pierwowzoru wieloznaczność oraz kilka motywów zrozumiałych głównie dla japońskiego widza, i otrzymacie przybliżony obraz tego, jak niezamierzenie trudny w odbiorze jest to utwór.

Moją opinię o Hanabi przypieczętowała lektura mangi, wydawanej równolegle z promocją i premierą filmu. Oczywiście nie jest to nic ponad komiks reklamowy, wykonany co najwyżej warsztatowo, ale akurat w tym przypadku oszczędność formy okazała się kluczowa. Ta sama historia przedstawiona bez wizualnych udziwnień stała się bardziej zrozumiała i przyjemniejsza w odbiorze, więc najszybciej poleciłbym właśnie wersję papierową, z jednym zastrzeżeniem. Parokrotnie wspomniałem, że animowane Hanabi, na wzór aktorskiego pierwowzoru, jest mocno niejednoznaczne i skłania do aktywnej interpretacji. Komiks przeważnie wiernie trzyma się filmowego scenariusza, ale pod koniec dodaje nową scenę, rozwiewającą wszelkie wątpliwości co do wymowy utworu. Choć jestem miłośnikiem otwartych zakończeń, tutaj wyraźniejsza konkluzja nie była dla mnie problemem – sam motyw przewodni nie wydał mi się bowiem na tyle intrygujący, abym czuł potrzebę jego intensywnego kontemplowania. Jeśli jednak kogoś do zapoznania się z tą fabułą skłania przede wszystkim jej aluzyjność, to uprzedzam, że od mangi powinien trzymać się z daleka.

Po przeczytaniu powyższych wywodów można by mnie posądzić o irracjonalne oczekiwania – sugerując się bowiem osobistą wizją współczesnych anime pełnometrażowych, spodziewałem się produkcji przystępnej, nadającej się dla osób zainteresowanych kinem, ale niekoniecznie japońską animacją. Zapewniam jednak, że próbowałem ugryźć ten film z różnych stron i jako hermetyczne dzieło dla wyrobionego widza również nie wydaje mi się on spełniać swojego zadania. Nie przeczę, obcowanie z nim było dla mnie doświadczeniem bardzo satysfakcjonującym, wymagającym szukania kontekstów, dookreślenia własnych upodobań, konfrontowania ich z opiniami innych, a także zapoznania się z filmografią nieznanego mi wcześniej reżysera. Nie mogę też z ręką na sercu stwierdzić, że wszystko z tej fabuły zrozumiałem, ale kiedy zaczęła się ona układać w spójne przesłanie, to w pierwszej chwili, w przypływie interpretacyjnej euforii, zacząłem nawet obmyślać tekst opisujący Hanabi jako utwór oryginalny i nieoczywisty, wobec którego większość odbiorców okazała się za mało dociekliwa. Ochłonąwszy uznałem natomiast, że akurat w tym przypadku nie zawinili leniwi widzowie, tylko twórcy niepotrafiący klarownie przedstawić tej w gruncie rzeczy nie aż tak kunsztownej historii.

Chciałbym zakończyć recenzję jakimś optymistycznym frazesem o zmarnowanym potencjale czy niezrozumieniu pierwowzoru, ale nawet na to nie widzę miejsca. Ostatecznie Hanabi wydaje się produkcją chybioną już na etapie koncepcyjnym, będącą efektem zaadaptowania niszowego materiału na język nieadekwatnego medium, przy użyciu nieodpowiednich środków przez niewłaściwych twórców. Zbyt efekciarską dla miłośników ambitnego kina i zbyt zawiłą dla amatorów kina rozrywkowego. Bezładną, męczącą i zbędną. Czasu poświęconego na interpretację nie uznaję za stracony, jednak bardziej niż chęć zrozumienia treści motywowała mnie potrzeba określenia, dlaczego seans sprawiał mi dyskomfort. I chyba właśnie tak mógłbym ten film podsumować: całkiem przyjemnie się go analizuje, ale naprawdę fatalnie się go ogląda.

Karo, 14 listopada 2019

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: SHAFT
Autor: Shunji Iwai
Projekt: Akio Watanabe
Reżyser: Akiyuki Shinbou
Scenariusz: Hitoshi Oune
Muzyka: Satoru Kousaki