Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Kregulcowe Dni: Wojna Służby Online

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

7/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 7/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 4 Zobacz jak ocenili
Średnia: 6,75

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 8
Średnia: 6,88
σ=0,78

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Heya Camp

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2020
Czas trwania: 12×4 min
Tytuły alternatywne:
  • へやキャン△
Tytuły powiązane:
Widownia: Seinen ; Postaci: Uczniowie/studenci ; Pierwowzór: Manga ; Miejsce: Japonia ; Czas: Współczesność ; Inne: Realizm
zrzutka

Apetyczny i pełen uroku przewodnik po prefekturze Yamanashi w dwunastu odsłonach.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Aby umilić widzom oczekiwanie na drugą serię najpogodniejszej produkcji ostatnich lat, twórcy Yuru Camp stworzyli uroczą dwunastoodcinkową miniaturkę, opowiadającą o perypetiach członkiń Kółka Aktywności na Świeżym Powietrzu. Podczas jednego ze spotkań kółka Nadeshiko, Chiaki i Aoi dyskutują o tym, co znaczy być prawdziwym mieszkańcem Yamanashi. Efektem tej rozmowy jest propozycja udziału w Dziecięcym Rajdzie Yamanashi, który polega na odwiedzaniu słynnych miejsc w prefekturze i zbieraniu pieczątek w specjalnym folderze. To oczywiście świetna okazja do poznania lokalnych atrakcji turystycznych i tradycji, a że Nadeshiko nigdy nie słyszała o tej imprezie, pełna entuzjazmu postanawia nadrobić zaległości. Dodatkową zachętą jest fakt, że ten, kto ukończy rajd, przez rok będzie mógł się objadać manju.

W zasadzie mogłabym zakończyć tę recenzję na dwóch zdaniach, ponieważ Heya Camp to ni mniej, ni więcej a przewodnik po lokalnych atrakcjach Yamanashi. Wraz z dziewczętami odwiedzamy najpopularniejsze miejsca w prefekturze, poznajemy ich historię i, naturalnie, tradycje kulinarne. Podobnie jak seria „matka”, anime uczy, bawi i zachęca do wyjścia na zewnątrz, chociażby na krótki spacer, a także pobudza apetyt. Jednak miniatura rządzi się swoimi prawami – trzy minuty to bardzo niewiele, dlatego o jakichkolwiek rozbudowanych historiach nie ma mowy. Każdy odcinek to pocztówka z aktualnie odwiedzanego przez bohaterki miejsca, ładna, zabawna, ale dosyć lakoniczna. Tym razem na pierwszym miejscu stoi prefektura i wszystkie jej zalety, podczas gdy dziewczęta pełnią jedynie rolę przewodniczek (oraz krytyków kulinarnych).

Oczywiście zwiedzanie z Nadeshiko i jej koleżankami to sama przyjemność – jest zabawnie, ciepło i nieco chaotycznie, a seria z pewnością spełnia swoje reklamowe zadanie. Mimo to trochę brakowało mi jesienno­‑zimowych biwaków, siedzenia przy ognisku i oderwanych od rzeczywistości rozmów. Ale przede wszystkim brakowało mi Rin. I to nie tak, że nie pojawia się ona w Heya Camp, ale jest obecna w bardzo ograniczonym stopniu. Tu należą się dwa słowa wyjaśnienia – dla mnie Nadeshiko to wielka, promieniująca kula energii, podobnie zresztą jak Aoi i Chiaki (trochę mniejsze kule), Rin natomiast emanuje spokojem. Chwilami brakowało mi jej kojącego wpływu, właśnie takiej chwili wyciszenia i odpoczynku. Poza tym uważam, że dziewczyny doskonale się uzupełniają i we dwie stanowią rozrywkowy ideał, którego tutaj zabrakło. Po prostu widać, że obydwu produkcjom przyświecał nieco inny cel – Yuru Camp odbieram jako hymn na cześć góry Fudżi i natury w ogóle, podczas gdy Heya Camp to reklama prefektury, korzystająca z sukcesu anime. Wykorzystują one te same środki, ale w odmienny sposób.

Za to niewiele się zmieniło w relacjach postaci – Rin nadal trzyma się na uboczu i chociaż chętnie kontaktuje się z Nadeshiko, biwakuje raczej samotnie. Natomiast Nadeshiko do wszystkiego podchodzi z optymizmem i ekscytacją, co sprytnie starają się spożytkować jej koleżanki. Widać, że cieszy je nowa członkini kółka i w jakiś sposób czują się za nią odpowiedzialne. Udział w rajdzie to okazja, by pokazać Nadeshiko, jak ciekawym miejscem jest Yamanashi – Chiaki i Aoi bardzo poważnie podchodzą do tego zadania. Zresztą Heya Camp to świetna okazja, by poznać je trochę bliżej, ponieważ grają tu pierwszoplanowe role.

Graficznie seria prawie nie różni się od Yuru Camp – jest ładna, ale nie wyróżnia się w tłumie. Projekty postaci pozostały te same, słodkie niczym wata cukrowa i zawsze modnie ubrane. Trochę szkoda, że nie włożono więcej serca w tła, ostatecznie głównym celem anime jest promocja prefektury, więc liczyłam na większą dokładność i dużą ilość detali. Mocną stroną produkcji pozostaje kolorystyka, bogata, ale bardzo naturalna. Poza tym drobiazgi, czyli efektownie odwzorowane potrawy czy urocze wzory stempelków używanych do podbijania rajdowej ulotki. Serii towarzyszy kolejna wpadająca w ucho piosenka pod tytułem Sunshower, ponownie wykonywana przez Asakę. Jeżeli ktoś zakochał się w czołówce i endingu z poprzedniej odsłony przygód Nadeshiko i jej przyjaciółek, tym razem czeka go to samo. Utwór jest melodyjny, dobrze zaśpiewany i relaksujący, idealnie wpisuje się w niespieszny, kameralny nastrój anime.

Heya Camp nie zachwyciło mnie równie mocno, co Yuru Camp, ale… Seria ma swoje momenty, naprawdę udane, zabawne i ciepłe. Mimo niedoborów Rin w fabule produkcję ogląda się z przyjemnością i szerokim uśmiechem na twarzy. To doskonała odtrutka po ciężkim dniu, acz trzeba pamiętać, że nie należy rozpoczynać seansu z pustym brzuchem. Niestety całe mnóstwo scen powoduje niekontrolowany ślinotok i chęć kulinarnych eksperymentów późną nocą. Poza tym twórcom należą się duże brawa, bo jako reklama Heya Camp też działa. Cóż, może nie jest to dzieło na miarę pierwszej serii, ale jako produkt promocyjny i przekąska umilająca oczekiwanie na danie główne sprawdza się znakomicie. Ot, cukierek, tylko że trochę za mały i ostatni w pudełku, ale i tak warto!

moshi_moshi, 12 maja 2020

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: C-Station
Autor: afro
Projekt: Mutsumi Sasaki
Reżyser: Masato Jinbou
Scenariusz: Mutsumi Itou