Anime
Oceny
Ocena recenzenta
9/10| postaci: 8/10 | grafika: 9/10 |
| fabuła: 7/10 | muzyka: 8/10 |
Ocena czytelników
Kadry
Top 10
Tongari Boushi no Atelier
- Witch Hat Atelier
- とんがり帽子のアトリエ
- Atelier spiczastych kapeluszy (Komiks)
Współcześnie istnieją trzy wielkie mangi fantasy: Frieren, Lochy i smakołyki oraz Atelier spiczastych kapeluszy. Pierwsze dwie zekranizowano. Teraz przyszła kolej na ostatnią z nich.
Recenzja / Opis
Powiem krótko: jestem okrutnym barbarzyńcą. Jedyne, co mam, to dumę i pasję życia. Budzę strach i budzę nienawiść; wszędzie, gdzie się pojawię, nazywają mnie chamem, prostakiem i totalnym Hunem. Jako taki oczywiście nie bywam w teatrze ani nie prowadzę bloga o operze. Zamiast tego chodzę po domu w czapce, podczas posiłku dzielę mięso widelcem, a czasem nawet zdarza mi się dłubać w nosie. Gust mój jest iście wizygocki: lubię Najtwisza, Blind Głardian i Rapsody of Fajer. Najbardziej zaś lubię, jak śpiewają o czarodziejach. Nie jestem jednak tak głupi, na jakiego wyglądam (przeciwnie, jestem nawet ciut głupszy), ale swoje wiem. Na przykład, że ocena 4 na 10 wystawiona Tongari Boushi no Atelier przez poprzedniego recenzenta to grube przegięcie.
Tongari Boushi no Atelier to anime o czarodziejach. Czyli dobre. Wszystkie dobre anime są o czarodziejach. Albo o Songo. Ale w tym anime akurat nie ma Songo. Stąd ocena, ale o tym później…
Anime zaczyna się jak nieco odwrócony Harry Potter. Jest sobie pewien świat, w którym działa magia. Nie jest to wiedza powszechna, ale magią może posługiwać się każdy. Musi tylko spełnić dwa warunki: wiedzieć, co robi, oraz używać specjalnego magicznego tuszu, który jest pozyskiwany ze specjalnego magicznego drzewa. Dostępu do obydwu rzeczy: informacji oraz tuszu pilnie strzeże oligarchia. Nie jest ona ani szczególnie zła, ani szczególnie zazdrosna. Niestety, w przeszłości każdy mógł korzystać z magii w dowolny sposób, a efekt był taki, jakby każdy dostał własną bombę termojądrową. Wprowadzono więc szereg ograniczeń. Po pierwsze: zakazane jest użycie jakichkolwiek czarów bezpośrednio wpływających na człowieka: zmienianie kształtów, modyfikowanie ciała, teleportowanie, przedłużanie życia, ale też magia lecznicza… Po drugie: zakazane jest rozpowszechnianie wiedzy o czarach. Magią zajmują się tylko czarownicy i czarownice, reszta świata wierzy, że trzeba się kimś takim urodzić, by używać czarów. Każdy, kto złamie ten zakaz, jest karany natychmiastową utratą obydwu przywilejów. Tak więc zabiera mu się tusz, a pamięć wymazuje.
Oczywiście nie wszyscy zgadzają się z takim stanem rzeczy. Są więc dysydenci, którzy chcieliby go zmienić oraz ludzie, którzy marzą o magicznej mocy. Jedną z tych ostatnich jest Koko, dziewczynka mająca jakieś dziesięć – dwanaście lat. Jednak, w odróżnieniu od większości jej podobnych, jej marzenia mają szansę się spełnić. W jej ręce wpada bowiem „magiczna książeczka z obrazkami” pokazująca, jak używać magii. Ta jednak okazuje się wyjątkowo niebezpieczną zabawką w rękach małego dziecka. W efekcie Koko udaje się zniszczyć swój dom oraz trwale zmienić matkę w kamień. Sama jednak trafia pod opiekę młodego czarodzieja imieniem Qifrey.
Atelier spiczastych kapeluszy reklamowane było jako „japońska odpowiedź na Władcę Pierścieni” i jakkolwiek jest to opinia przesadzona, to nie całkiem bezzasadna. Pod wieloma względami stanowi bowiem podejście świeże. Po pierwsze: jest to opowieść traktująca wprawdzie o dzieciach, ale nieprzeznaczona dla dzieci. Demografia mangi to bowiem seinen, czyli grupa dorosła. Po drugie: traktuje o dzieciach, ale nie słodkich dziewuszkach. Bohaterka i znaczna część postaci zachowują się więc w sposób dziecięcy, a nie jak ponad wiek dojrzała i oszalała od hormonów magical girl. Po trzecie: zrywa z typowym dla anime osadzonych w uniwersach science fiction czy fantasy archetypem mukokuseki czyli „bezpaństwowca” lub „beznarodowca”, człowieka nieodpowiadającego żadnemu typowi ludzkiemu, z którym każdy może się utożsamiać. Wręcz przeciwnie, część ukazanych w nim postaci wyraźnie należy do określonych, choć mało ziemskich grup etnicznych. Z tych też przyczyn manga i wraz z nią anime uzyskały bardzo wysoki status w niektórych środowiskach.
I słusznie, albowiem jest to dzieło ocierające się o geniusz, choć niestety go nie doświadczające.
Od razu należy zauważyć, że porównania z Władcą pierścieni są zarówno trafione, jak i nietrafione. Zgadza się tylko jeden element: Atelier spiczastych kapeluszy należy do podgatunku zwanego high fantasy. Skupia się on na mitycznej przygodzie lub wyprawie. Bohater nie jest imponujący, przeciwnie, zwykle jest mały i słaby fizycznie, aczkolwiek najczęściej towarzyszy mu grupa przyjaciół lub sojuszników udzielających mu wsparcia. Heros najczęściej wybierany jest przez wyższe moce i na początku przygody zwykle nie zdaje sobie sprawy ze swojej roli. W trakcie opowieści dorasta jednak do niej. Centralnym punktem historii prawie zawsze jest jakiś magiczny obiekt, który może pomóc lub utrudnić bohaterowi realizację zadania.
Co się nie zgadza? Po pierwsze: mimo wszystko nie jest to ten kaliber dzieła. Po drugie: zupełnie inny jest jego charakter. Tak naprawdę zdecydowanie bliższe jest ono innemu wielkiemu dziełu fantasy, a mianowicie Czarnoksiężnikowi z Archipelagu Ursuli K. Le Guin. W obydwu dokonuje się zerwania z tradycyjną eurocentryczną (czy jak tutaj: japoniocentryczną) fabułą. W obydwu obserwujemy drogę ku dorosłości młodego ucznia czarnoksięskiego, acz jedno z bohaterów jest nadmiernie zarozumiałe, a drugiemu brakuje znajomości zasad bezpieczeństwa. Obydwoje popełniają też straszne błędy. W odróżnieniu od Władcy pierścieni nie mamy do czynienia z globalnym konfliktem między siłami Światła i Ciemności. Ważną różnicą między obydwoma tytułami (a także całą gamą tolkienozrzynek) jest zło. U Tolkiena i jego naśladowców oraz komentatorów zło było wszechmocne, zdolne zniszczyć lub zniewolić świat. W Atelier… czy Ziemiomorzu nie jest aż tak potężne. Co więcej, twórczość Tolkiena, mimo bogatych opisów przyrody i raczej spokojnego tempa akcji, jest jednak bardziej przygodowa, skupiona na walkach, zagrożeniach i wojnach o wielkie sprawy. Tutaj fabuła ma bardziej osobisty wymiar.
Takie porównania mogą zwodzić. Przykładowo: mój przedmówca w swojej recenzji pisał: Jestem szczególnie mocno wkurzony na ten element, ponieważ w mojej opinii uniemożliwia nazwanie tego serialu „nieszkodliwym kinem dla najmłodszych”. Czego my chcemy nauczyć w tym anime? Że wszystko uchodzi płazem, więc ryzykuj, ile wlezie? Że możesz być najbardziej antypatyczną i oschłą osobą, ale za żadne ze swoich świństewek nie poniesiesz konsekwencji?. Otóż: jak pisałem, jestem zwykłym barbarzyńcą, a gust mój jest prostacki. Łatwo ulegam też nastrojom motłochu. Jednak wśród nas, przedstawicieli koczowniczych ludów huńsko‑awarskich, takie tezy nazywamy „błędem przesunięcia kategorialnego”. Po pierwsze: to jest seinen. Po drugie: to jest fantasy. Seinen oznacza tytuły przeznaczone dla demografii 18+, czyli ludzi już dojrzałych i dorosłych. W odróżnieniu od dzieci, które uczą się głównie przez naśladownictwo, po takich ludziach oczekuje się raczej zdolności do korzystania z doświadczenia i dokonywania samodzielnych ocen moralnych na bazie wykształconych w procesie wychowawczym postaw. A przynajmniej my tak robimy w naszej ordzie. Po drugie: to jest fantasy. Wiecie, skąd pochodzi nazwa fantasy? Otóż: nasz plemienny bajarz opowiada sagę, według której nazwa ta pochodzi od podtytułu czasopisma „Unknown: Fantasy Magazine”, w którym pisał gość nazywający się Fritz Leiber. Dlatego też utwory podobne do jego twórczości zaczęto nazywać „fantasy”. Rozpropagowali ją jednak zupełnie niezależnie dwaj inni pisarze: C. S. Lewis w Wielkiej Brytanii oraz Lin Carter w Stanach Zjednoczonych, którzy szukali nazwy dla takiej literatury, jaką pisał Tolkien, aby odciąć ją od bajki dziecięcej. Fantasy to jest między innymi (choć na szczęście nie tylko) Conan, Berserk, Slaine, Achaja… Mówiąc krótko: odcięte głowy, wyprute flaki i wypięte cycki. Tak więc nie wiem, skąd komuś do głowy przyszło, że ma być przykładem i wzorem dla dzieci.
O geniuszu omawianego tytułu świadczy przede wszystkim szata graficzna. A dokładniej: wyobraźnia graficzna. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek – z wyjątkiem dzieł studia Ghibli oraz Makoto Shinkaia – widział anime charakteryzujące się nią w takim stopniu. W zasadzie już pierwsze sceny nam to ukazują. Widzimy bowiem sielski krajobraz, jednak coś w nim: w kolorystyce, wyglądzie roślinności, stylach architektonicznych woła, że to nie jest Ziemia. I nie są to przypadkowe elementy lub tanie sztuczki na zasadzie „tu pokażę wam smoka, a tu wielkie drzewo; nie wiem, jakie kwiatki rosną w lesie, więc namaluję takie cudaczne”, a przemyślany plan artystyczny, który jest cały czas realizowany. Przenosimy się do rozległego świata cechującego się dość surowym, lecz przyjaznym ludziom klimatem. Jest to kraina niewielkich wiosek, miast dalekich od bycia metropoliami, niedużych, acz wygodnych domów, budzących trwogę zamczysk i potęgującej owo poczucie surowości pustki. Jeśli w którymś momencie anime jest bliskie Tolkienowi, to właśnie na poziomie zamiłowania do przyrody. Tym bardziej że czasem przenosi nas ono w naprawdę dziwne miejsca i pozwala spotkać naprawdę dziwne stwory.
Co więcej, udało się zbudować świat, który rządzi się własnymi prawami. Czy raczej: zamieszkany jest przez cywilizację, która została zbudowana na zupełnie odmiennych pryncypiach od naszych. Przejawia się to zarówno odmiennymi prawami natury (czy raczej: magii), odmiennymi zasadami rządzącymi stosunkami międzyludzkimi, jak i osiągnięciami cywilizacyjnymi. Zacznijmy od końca. W świecie Atelier spiczastych kapeluszy magia jest podstawą cywilizacji. Ludzie korzystają z niej, by ułatwić sobie życie. Rodzi to pewne rozwarstwienie: na górze są czarownicy, którzy mają ją na co dzień, niżej ludzie bogaci, którzy mogą ją kupić, jeszcze niżej klasa pracująca, dla której jest rzadka. Istnieją jednak narzędzia potrafiące ją wykorzystywać i pewien rodzaj „magicznej technologii”. Ta ostatnia jest bardzo kreatywna. Jedną z najlepszych cech tego tytułu jest to, że autorka nie poszła na łatwiznę w tej ostatniej kwestii i nie stworzyła magicznych pudełek zimna zastępujących lodówki oraz świecących kryształów zastępujących żarówki. Widać, że to inna kraina, a nie przemalowany wiek dwudziesty, gdzie konie działają jak motocykle, a magia jak elektryczność. Magia ma, nawiasem mówiąc, jasno określone zasady, które ludzie kreatywni potrafią wykorzystać dla swoich celów. Są też prawa pokazujące, jak można wykorzystywać czary, a jak nie należy tego robić. Prawa te niekoniecznie są sprawiedliwe i niekoniecznie mądre, jednak świat skonstruowano tak, że widać, iż nie są to arbitralnie narzucone zasady, wymyślone po to, żeby było dramatycznie i bohaterowie mogli walczyć z niesprawiedliwością. Przeciwnie: wyraźnie widać, że były powody, aby je wprowadzić. Są też powody, by im się opierać.
Niestety mimo tych wszystkich zalet Atelier spiczastych kapeluszy co jakiś czas każe zadawać pytania, jakich zadawać nie należy. Na przykład „dlaczego w świecie, gdzie krzywo narysowana kreska może cię zabić, nikt nie używa linijki?”. To jest dość szeroki problem, bowiem rozchodzi się nie tylko na elementy świata przedstawionego, ale też na postacie. Podstawowym przypadkiem jest Qifrey. Ten w internecie niekiedy przedstawiany jest jako nauczyciel idealny, osobiście wolałbym jednak, żeby moje dzieci uczył Severus Snape, niż ten człowiek. Qifrey jest bowiem osobnikiem nieodpowiedzialnym, który dodatkowo bardzo mało wyjaśnia swoim podopiecznym. Co w świecie, w którym (jak pisałem) źle narysowana kreska może człowieka zabić, jest śmiertelnym grzechem. W gruncie rzeczy powinien on raczej zacząć od wyłożenia swoim uczennicom zasad BHP i wbijania ich im do głów każdego dnia. Tym bardziej że brak podstawowej ostrożności co najmniej dwa razy sprawia, że bohaterki są o mały włos do tragedii.
Trudno temu zarzucić brak realizmu, bowiem świat jest pełen kiepskich nauczycieli, jednak anime brnie w ten problem coraz głębiej. Szczytem wszystkiego była dla mnie scena w szpitalu, gdzie dzieciaki bohatersko produkują sobie lek przeciwgorączkowy, mieszając zioła, bo tak im się podoba. Scena ta może wydawać się przykładem zaradności, ale każdemu odpowiedzialnemu dorosłemu mrozi krew w żyłach. Przypominam, że żyjemy w świecie, w którym leki specjalnie zabezpiecza się, zamykając w takich pudełkach, żeby dzieci nie mogły ich przypadkiem otworzyć. Zażywanie jakichkolwiek medykamentów bez konsultacji z lekarzem to poważne ryzyko. Natomiast ktoś, kto tworzy taką scenę powinien się poważnie zastanowić, czy ma dobrze w głowie. Bo co by się stało, gdyby Koko miała silną alergię na któryś składnik albo jej zdolność ich opisu była przyćmiona gorączką? Albo też, gdyby okazało się, że wiedza jedenastolatka o ziołach i magicznych składnikach nie jest wystarczająco ekspercka? Tym bardziej że to nie była bezludna wyspa. To był szpital. Wystarczyło zawołać pielęgniarkę.
Niestety rzutuje to na antagonistów. W świecie tym mamy dwa stronnictwa. Pierwszym z nich są tytułowe „spiczaste kapelusze” stanowiące mainstream. Członkowie tej grupy przestrzegają dość surowego kodeksu regulującego, co można z magią robić. Przypomnijmy: zakazana jest magia bezpośrednio oddziałująca na człowieka: zmienianie kształtów, modyfikowanie ciała, czarodziejskie tatuaże, wpływanie na myśli i emocje, magia bojowa, przekształcanie zwierząt, teleportacja bez użycia portali, wydłużanie życia, a nawet magia lecznicza. Są dysydenci, ale…
…Ale przy tym poziomie zakazów dysydenci są dziwni. Widać wyraźnie, że tabu, jakie sobie narzuca magiczna społeczność, to przynajmniej w kilku przypadkach wylewanie dziecka z kąpielą. Łatwo sobie przecież wyobrazić czarownice, które potajemnie wydłużają swoje życie, niwelują skutki starości albo leczą po kryjomu biedne zranione zwierzątka i chore dzieci. Na które to czarownice poluje dość okrutna bezpieka. Jednakże w tym przypadku siłami siejącymi zamęt są osobnicy wyglądający i zachowujący się jak dość jednowymiarowi kultyści Chaosu, których głównym celem jest znęcanie się nad dziećmi.
Ostatnią często podnoszoną wadą jest zakończenie, a raczej jego brak i urwanie akcji dokładnie w połowie wątku. Powiedzmy sobie szczerze: nie jest to rozwiązanie eleganckie i już nie raz zdarzało mi się obniżać za nie ocenę oraz odradzać seans jakiegoś anime. Jednak nie w wypadku serii, które miały już zapowiedziany drugi sezon. Tak więc zarzut ten nie wydaje mi się trafiony.
Na szczęście serię ratuje oprawa. Tongari Boushi no Atelier to bardzo niestety rzadko spotykane połączenie grafiki mającej własny oryginalny styl z wielką starannością w jej wykonaniu. Tak więc przenosimy się do rządzącej się odmiennymi prawami rzeczywistości. Nie jest to Europejska Epoka Wielkiego Snu à la król Artur i Tolkien, ale niezależny magiczny świat pozbawiony odniesień do naszej rzeczywistości. Mamy więc uniwersum z własną modą, własnym stylem architektonicznym, a nawet własną biosferą… I nie mam tu na myśli tego, że od czasu do czasu przeleci smok albo spadnie zielony deszcz. Zacznijmy od tego, że wyraźnie przemyślano wygląd tej krainy. Wydaje się ona leżeć w dość chłodnym i wilgotnym klimacie. Poznaję to po tym, że niebo jest blade, co wskazuje na dużą obecność wilgoci w powietrzu. Woda natomiast jest niebieska z dodatkiem szarości, co raczej wskazuje na padanie światła pod kątem. Kolory natomiast, mimo że jest ich całe mnóstwo, są przytłumione. Jest to bowiem świat barwnej, funkcjonalnej, acz wymyślnej odzieży, kolorowych domów, rozwiniętego zdobnictwa oraz bogatej, acz niezbyt bujnej roślinności – widzimy wiele kwiatów, ale także skał, kamieni, zeschłych traw i tym podobnych. Klimat wydaje się dość surowy: rozległe równiny żółtej trawy pełne wystających z niej kamieni raczej nie wskazują na żyzną glebę i wysoko rozwiniętą agrokulturę. Od jakiegoś roku trochę maluję (wprawdzie tylko modele), mogę wam więc powiedzieć, że stworzenie takich kompozycji wymaga bardzo dobrego oka, warsztatu i wiedzy o teorii koloru. Animacja tak naprawdę wydaje się momentami aż nazbyt płynna. Postacie potrafią wykonywać ruchy z taką gracją, że wydaje się ona nieosiągalna dla prawdziwego człowieka.
Kompozytorką muzyki w Tongari Boushi no Atelier jest Yuka Kitamura, która tworzyła też muzykę do Bloodborne, Elden Ring i Dark Souls. Co prawdopodobnie wielu czytelnikom mówi więcej niż mnie, bowiem ja akurat w te gry nigdy nie grałem. Jednak zaskakuje fakt, że tak dobrze poradziła sobie z tym zadaniem. Koniec końców wyżej wymienione tytuły należą raczej do dark fantasy lub wręcz horroru, tutaj zaś mamy do czynienia z dużo bardziej magicznym światem. Część utworów, jak Voice of Magic albo Children of Hope, nosi zresztą ślady tej horrorowej kompozycji. Pojawia się w nich wiele wygłuszonych i dalekich obcych dźwięków albo niepokojących zgrzytów. Teoretycznie uspokajają, ale co jakiś czas słyszymy coś dysharmonijnego i budzącego czujność. Inne, jak A Tale of Arcane czy A Tale of Folklore odwrotnie: kreują atmosferę sielanki i poczucie bezpieczeństwa. Wykonane są na instrumentach składających się na klimat jakiejś takiej prostoty i staroświeckości. Mamy wrażenie, że to dzieła wyrafinowanej młodej cywilizacji, dalekiej jeszcze od technicznej doskonałości czy dworskiej dekadencji. Flety lub piszczałki wydają się więc grać nie do końca czyste dźwięki, instrumenty szarpane brzmią metalicznie, jak coś, z czego mógłby korzystać wiejski grajek, a nie dworski minstrel albo skald wikingów. Niosą jednak ukojenie i poczucie spokoju. Chyba najbardziej efekt ten oddają Drawing the Light i So Long As I Walk, utwory zaczynające się powoli, ale pełne pasji i oddania, gonitwy myśli i emocji. Pokazujące, że w tym świecie liczy się coś zupełnie innego niż walka i zabijanie.
Jeśli chodzi o grę aktorską i podkład głosowy, to tyle było już dobrego w tej serii, że twórcy postanowili tutaj zaoszczędzić i zamiast prawdziwych aktorów głosowych zatrudnili mieszkańców kolonii dla trędowatych na Hokkaido… Otóż oczywiście nie zrobili tego. Trudno powiedzieć na ten temat coś więcej bez uciekania się do oklepanych banałów o „gwiazdorskiej obsadzie” i „wspaniałej grze aktorskiej”, która „doskonale wczuwa się w role i oddaje atmosferę scen”. Problem polega na tym, że rzeczywiście tak jest. Tongari Boushi no Atelier to profesjonalnie nakręcone anime zrealizowane na bardzo wysokim poziomie. Pod względem produkcji równać może się z najlepszymi. Oczywiście więc postarano się o profesjonalistów. Oczywiście ci stanęli na wysokości zadania. Ich głosy tchnęły życie w postaci, przez co słucha się tego jak innych, reprezentujących tak wysoki poziom serii. Czyli doskonale. Tym bardziej że nie jest to seria, gdzie wystarczy co jakiś czas rzucić „kisama” i drzeć się, ile ma się sił w płucach. Jest to opowieść działająca na dużo subtelniejszym poziomie i wymaga subtelnych środków. Te zostały zastosowane.
Podsumowując: czy warto obejrzeć to anime?
Mój głos będzie banałem. W chwili, gdy piszę te słowa, anime ma ocenę 8,75 na MAL‑u oraz 8,29 na Anime News Network. W przeszłości na Tanuki.pl zdarzało nam się wielokrotnie iść pod prąd i wystawiać oceny niezgodne z fandomowym konsensusem, sprzeciwiając się środowiskowemu snobizmowi i przesadnej egzaltacji. Jestem już chyba przedostatnim, który pamięta oburzenie, jakie wypełniło internet, kiedy ośmieliliśmy się „zamachnąć na świętość” i wystawić 8/10 Neon Genesis Evangelion albo Ghost in the Shell. To nie jest jednak ten przypadek. Tongari Boushi no Atelier rzeczywiście jest dobrą serią, zarówno pod względem jakości wykonania, jak i treści. Ta ostatnia nie jest bez wad, jednak oceny widzów są jak najbardziej wyważone i przyznano je zasłużenie. Tym, co się od tamtych czasów zmieniło, jest to, że obecnie my, fani mangi i anime, jesteśmy prawie‑że‑mainstreamem. W dużych miastach są księgarnie wyspecjalizowane wyłącznie w mangach, anime emitowane jest w kinach, a wydawnictwa mangowe mają sumarycznie większe obroty, niż cała polska fantastyka. Także nasz fandom nie składa się z bandy dzieciaków brylujących na konwentach kasetą przysłaną przez wujka z Ameryki.
Podsumowując, zdecydowanie polecam tę serię. Traktuje siebie poważnie, co zdecydowanie wyróżnia ją w zalewie isekajowej sztampy, do którego niestety należy obecnie większość anime fantasy. Chociaż historii zdarzają się rozmaite potknięcia, to świat ten chce się odkrywać. Udało się także zbalansować warstwę fantasy z warstwą obyczajową. Z jednej strony seria nie staje się więc miałką historią o walce dobra ze złem. Z drugiej: nie ucieka w sztampowy serial o nastolatkach, jak wiele „obyczajowych fantasy”. Zamiast tego podejmuje dyskusję o tym, jakie wzorce przekazujemy dzieciom oraz co możemy uzasadnić tylko i wyłącznie trudnym dzieciństwem.
Recenzje alternatywne
-
Sulpice9 - 4 lipca 2026 Ocena: 4/10
Niewłaściwe użycie potężnego zaklęcia pretekstem do rozpoczęcia magicznej edukacji. Zapowiadał się wielki hit, nowa klasyka fantasy, a może nawet anime roku. No, faktycznie – „zapowiadał się”. więcej >>>
Twórcy
| Rodzaj | Nazwiska |
|---|---|
| Studio: | Bug Films |
| Autor: | Kamome Shirahama |
| Projekt: | Akane Ogawa, Gouichi Iwahata, Kairi Unabara, Noritaka Suzuki |
| Reżyser: | Ayumu Watanabe |
| Scenariusz: | Hiroshi Seko |
| Muzyka: | Yuka Kitamura |

