Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Yatta.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 7/10 grafika: 7/10
fabuła: 5/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

brak

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 30
Średnia: 7,5
σ=1,5

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Karo)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Violet Evergarden Gaiden ~Eien to Jidou Shuki Ningyou~

Rodzaj produkcji: film (Japonia)
Rok wydania: 2019
Czas trwania: 90 min
Tytuły alternatywne:
  • Violet Evergarden: Eternity and the Auto Memory Doll
  • ヴァイオレット・エヴァーガーデン 外伝~永遠と自動手記人形~
zrzutka

Trochę kontynuacja, a trochę spin­‑off serii telewizyjnej. Gratka dla zadeklarowanych fanów, warta sprawdzenia ciekawostka dla widzów niezdecydowanych.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Serene

Recenzja / Opis

Zakończona przed laty Wielka Wojna wpłynęła nie tylko na panujące w Leidenschaftlich układy militarne i polityczne, ale jak każdy konflikt na dużą skalę, najsilniej odcisnęła swoje piętno na codzienności ludności cywilnej. Jedną z takich pośrednich ofiar była Amy Bartlett – młodociana włóczęga o niejasnej przeszłości, której i tak już beznadziejna sytuacja uległa pogorszeniu wskutek wojennego kryzysu. Fatalne warunki życia nie zdołały jednak zabić w zdeterminowanej nastolatce ludzkich odruchów. Gdy pewnego dni natknęła się ona w slumsach na osieroconą dziewczynkę, postanowiła nadać jej imię Taylor i zająć się nią jak siostrą – trochę ze współczucia, trochę z potrzeby bliskości, a trochę z przekory i chęci postawienia się losowi. Kiedy jednak mimo zamieszkiwania pustostanów i żywienia się odpadkami dziewczynom udało się stworzyć silną relację, na przeszkodzie stanęło zakończenie wojny. Wówczas bowiem Amy odnalazła grupa arystokratów, przypisujących jej wysokie urodzenie i proponujących polityczne zamążpójście, w zamian za opiekę nad przygarniętą sierotą. Przybrane siostry otrzymały więc możliwość lepszego życia, jednak z dala od siebie i na cudzych warunkach.

Pierwsza z dwóch pełnometrażowych kontynuacji Violet Evergarden z grubsza powiela formułę większości odcinków serialu: jest niezależną od szerszej fabuły historią o uczuciach, osadzoną w fikcyjnej powojennej scenerii, gdzie istotną rolę w odnawianiu relacji międzyludzkich odgrywa epistolografia. Film różni się jednak kompozycją scenariusza, siłą rzeczy bardziej rozbudowaną z powodu metrażu. Mamy tu dwa obszerne epizody o nieco zaburzonej chronologii, oddzielone przeskokiem czasowym i przeplatane retrospekcjami. Mimo to podczas seansu nie czuje się przesytu, a cała opowieść jest czytelna i pozbawiona zwrotów akcji, tak aby widz nie skupiał się na samych wydarzeniach, a raczej na emocjach i przemianach charakterów. Eternity and the Auto Memory Doll przedstawia historię na tyle odrębną, że teoretycznie film można oglądać bez znajomości serialu, ale z uwagi na specyfikę świata przedstawionego oraz relacji powracających tu postaci jest to niewskazane.

Początek filmu przenosi nas do elitarnej żeńskiej szkoły z internatem, do której Amy uczęszcza w celu nabycia arystokratycznej ogłady, i gdzie Violet przybywa w nietypowej dla swojej profesji roli służącej i nauczycielki dobrych manier. Pomysł, że osoba, która przez większość życia hodowana była na maszynę do zabijania, ma być mentorką w sprawach etykiety, w pierwszej chwili wydaje się idiotyczny, jednak fabularnie daje się uzasadnić, oczywiście przy uwzględnieniu pewnych narracyjnych skrótów. Jak się bowiem okazuje, edukacja polegać ma przede wszystkim na wpojeniu cech niezbędnych przyszłej żonie, czyli dyscypliny i pokory. Choć zahartowana wojną Violet teoretycznie nadaje się do zadania wzorowo, w kwestiach towarzyskich jest równie niezorientowana co Amy, dzięki czemu szybko nawiązuje się między nimi wiarygodna nić porozumienia. Ponadto tytułowa bohaterka sporo zyskuje na zepchnięciu jej na dalszy plan i postawieniu niejako w roli biernego obserwatora. Jej burzliwa przeszłość i przemiana, wcześniej będące motywem przewodnim, tutaj są tylko wspominane, co pozwala uniknąć tego dziwnego, obecnego w serialu dysonansu między skrajnie odrealnioną na potrzeby świata przedstawionego wojenną rzeczywistością a tematyką obyczajową, której widz powinien doświadczać przez pryzmat własnych emocji i doświadczeń. Marginalizacja rozterek Violet uwydatnia też cechę, która w serii zupełnie mi umknęła: dzięki swojemu usposobieniu bohaterka rewelacyjnie sprawdza się w scenach humorystycznych. Powierzchowna apatia, bezpośredniość i niezrozumienie towarzyskich konwenansów dają przezabawny efekt w zderzeniu z dworską rutyną, a do tego twórcy okazują na tyle wyczucia, że ani przez chwilę nie ma się wrażenia oglądania postaci ukazanej w sposób cyniczny czy pobłażliwy.

Najlepiej przedstawioną bohaterką filmu jest natomiast Amy. Na pierwszy rzut oka sprawia ona dość negatywne wrażenie opryskliwej introwertyczki, obwiniającej wszystko i wszystkich za sytuację, w jakiej się znalazła. Szybko jednak okazuje się, że powierzchowna zgryźliwość nie służy wepchnięciu postaci w efektowny stereotyp, ale jest wiarygodnym następstwem skrajnie nieprzyjemnych i dobrze ukazanych doświadczeń. Po zapoznaniu się z całą historią odniosłem wręcz wrażenie, że w okazywaniu frustracji dziewczyna jest zbyt powściągliwa. Co najważniejsze, jej dystans wobec innych nie jest postawą obieraną świadomie, a wynikającą raczej z nieznajomości języka otoczenia i niemożności dostosowania się do nowych warunków. Ostatecznie Amy daje się poznać jako bohaterka zagubiona, ale otwarta i spragniona bliskości, ochoczo korzystająca z każdej okazji do zawarcia znajomości. Takie przedstawienie postaci rzutuje na jej kreację na przestrzeni całego filmu. Dzięki retrospekcjom i przeskokowi czasowemu mamy okazję zobaczyć ją na trzech odległych etapach życia i choć na każdym z nich różni się ona temperamentem ukształtowanym przez odmienne doświadczenia, to w żadnym momencie nie ma się wątpliwości, że jest to ta sama osoba.

Pierwsza połowa filmu to przede wszystkim historia o nauce zawierania więzi. Ukazane interakcje raczej nie wypadłyby przekonująco jako wstęp do długoterminowej, bardziej zażyłej znajomości, niemniej sprawdzają się w opowieści o dwóch odrobinę nieprzystosowanych dziewczynach, które w konkretnym miejscu i czasie są sobie nawzajem bardzo potrzebne. Sporo tu nie tylko wzruszeń, ale też zaskoczeń, niedomówień, humoru, a nawet nienachalnego fanserwisu; epizod wieńczy natomiast scena emocjonalnego zwierzenia i pisania listu do bliskiej osoby – w tym przypadku umieszczona w środku, a nie w finale całej fabuły. Scenarzysta, który wpadł na ten pomysł, powinien dostać pokaźną premię, ponieważ eliminuje to jeden z głównych problemów serii telewizyjnej. Spisany przez Violet list w końcu nie jest magicznym zaklęciem zażegnującym wszelkie smutki, ale stanowi dla bohaterów bodziec do podjęcia aktywnej próby przezwyciężenia trudności, tworząc płynne przejście do dalszej części filmu.

Druga połowa historii, oddzielona przeskokiem czasowym, skupia się na Taylor, która zainspirowana otrzymanym przed trzema laty listem ucieka z sierocińca i udaje się do Leiden, do siedziby firmy pocztowej CH, aby zostać listonoszką i być może dzięki temu kiedyś spotkać się z siostrą. W tym miejscu od razu przychodzi na myśl trudność wiarygodnego i angażującego poprowadzenia narracji z punktu widzenia dziecka. Z zadaniem tym twórcy poradzili sobie bez zarzutów. Choć mała Taylor wygląda jak lukrowana personifikacja szantażu emocjonalnego, wykazuje na tyle dużo entuzjazmu, zaradności i temperamentu, aby nie sprawiać wrażenia rekwizytu. Bywa też irytująca, niezdarna i wścibska – jak to dziecko – ale zawsze w uzasadnionych granicach. Z powodu nieco węższych ram czasowych, w jakich ją poznajemy, nie jest ona bohaterką tak zaskakującą jak Amy, niemniej widać tu zarys ciekawego charakteru, którego rozwinięcie chętnie zobaczyłbym w kontynuacji. Ponadto twórcy umiejętnie prezentują ją w relacjach z wcześniej wprowadzonymi postaciami, nie tylko z samą Violet. Taylor chce uczyć się przede wszystkim doręczania poczty, więc siłą rzeczy obszerny epizod dostaje tu Benedict, który daje się poznać jako uroczy młody człowiek, podchodzący do swojej pracy może bez wzniosłego powołania, za to z pełnym oddaniem i profesjonalizmem. Jego udział w filmie z jednej strony jest odświeżający, z drugiej boleśnie uświadamia, jak bardzo drugoplanowi bohaterowie tego cyklu pozostają niewykorzystani.

O kompozycyjnych zmianach względem serialu mógłbym napisać jeszcze sporo dobrego, niemniej podstawowa cecha tytułu pozostaje taka sama: w najważniejszych scenach wciąż brakuje jakiegokolwiek umiaru. Operowanie wieloznacznościami? Zostawianie pewnych kwestii w domyśle odbiorcy? Zastępowanie dialogów gestykulacją, rekwizytami lub scenografią? To wszystko tutaj jest, ale tylko przy wprowadzaniu i rozwijaniu kolejnych wątków. Gdy natomiast przychodzi do ich kulminacji, bohaterowie muszą stać w centrum kadru i zalewać się rzewnymi łzami, uroczyście proklamując swoje uczucia przy akompaniamencie orkiestrowej muzyki, tak aby widz nie miał wątpliwości co do jedynej słusznej interpretacji. Myślę, że moje zarzuty względem całego cyklu dotyczą przede wszystkim niewykorzystania gatunkowego potencjału melodramatu. Jeśli ktoś szuka efektownych tragedii i intensywnych emocji, Violet Evergarden jest jak znalazł. Współczesny melodramat to jednak gatunek dużo bardziej pojemny, mogący służyć również nieco głębszej refleksji. Oczywiście nie jest to reguła – i dziś zdarzają się melodramaty szablonowe, a przy tym atrakcyjne, ponieważ świadome konwencji. Violet Evergarden natomiast, ze swoim brutalnym obrazem wojny, psychicznymi traumami czy motywem przemijania zdaje się wykazywać jakieś intelektualne ambicje, których nie jest w stanie pogodzić z koniecznością wywoływania wzruszeń. Nawet przy bardziej rozbudowanych wątkach tytuł wciąż jest czytelną rozrywką i nie pozostawia materiału do przemyśleń, mimo że wyraźnie do tego aspiruje.

Mamy do czynienia z pełnometrażową produkcją Kyoto Animation, więc oprawa wizualna jest oczywiście śliczna, pełna powiewających kosmyków, światłoczułych źrenic i scenerii, na których można liczyć płatki kwiatów. Wprawne oko zapewne dostrzeże, że sporo tu powszechnie stosowanych trików w postaci komputerowo generowanych rekwizytów czy statycznych scen, gdzie poruszają się wybrane elementy, ja jednak na technologicznych aspektach animacji zupełnie się nie znam, więc trudno mi ocenić efekt końcowy. Umiarkowanie znam się natomiast na wizualnej narracji i pod tym względem widzę kilka ciekawych, choć niekoniecznie korzystnych zmian względem serialu. Nie sprawdziwszy przed oglądaniem ekipy odpowiedzialnej za realizację, w pierwszych minutach zastanawiałem się, czy większego udziału w produkcji nie miała Naoko Yamada, ponieważ jest tu sporo rozwiązań typowych dla jej stylu: skupienie na anatomicznych detalach przy portretowaniu emocji; dialogi ukazujące bohaterów na oddzielnych planach dla zaznaczenia uczuciowego dystansu; wciskanie postaci w brzegi kadrów i przytłaczanie ich scenografią podczas bardziej dramatycznych sekwencji. Po seansie nie musiałem jednak nawet przeglądać listy płac, aby mieć pewność, że twórczość Yamady stanowiła wyłącznie inspirację. To bowiem co w Koe no Katachi czy w Liz to Aoi Tori było starannie zaplanowaną metodą podporządkowaną całościowej kompozycji, tutaj w najlepszym razie działa w obrębie pojedynczych scen, w najgorszym jest niewnoszącym żadnej treści ozdobnikiem. Trochę jakby twórcy uznali – zresztą słusznie – że wizualne aspekty reżyserii Yamady są atrakcyjne i usilnie próbowali je zaadaptować, nie zawsze mając pomysł na osadzenie ich w fabularnym kontekście.

Aby jednak oddać autorom sprawiedliwość, trzeba zaznaczyć, że stojąca za sterami produkcji Haruka Fujita wprowadziła też sporo oryginalnych, nieobecnych w serialu rozwiązań – choćby w zakresie operowania przestrzenią. Stanowiąca miejsce akcji pierwszej części filmu szkoła dla dziewcząt robi odpowiednio przygnębiające wrażenie jako pełna przepychu „złota klatka”, gdzie bohaterki błądzą po obszernych, sterylnych lokacjach, a okienne kratownice lub korony wysokich drzew odgradzają je od słońca; z kolei prezentowane w części drugiej, znane już widzom miasto Leiden wzbogacone zostało o wizualne oznaki postępującej rewolucji przemysłowej. Ten ostatni element początkowo kłócił się z moim wyobrażeniem tytułu – dotąd postrzegałem Violet Evergarden raczej jako na wpół baśniową fikcję rozgrywająca się „dawno, dawno temu” – niemniej w dłuższej perspektywie jest on nie tylko stylistycznie spójny, ale też podkreśla fabularnie istotny upływ czasu i wprowadza ciekawy dla uniwersum wątek rozwoju technologii komunikacji, który prawdopodobnie będzie ważny w kolejnym filmie. Niekorzystną pozostałością serialu jest natomiast wizualny zbytek. Obok praktycznych rozwiązań wciąż jest tu masa zabiegów dla mnie niezrozumiałych: „lirycznych” przeostrzeń czy sekwencji poklatkowych możliwych do zastąpienia twardym montażem; długich scen życia codziennego niesłużących żadnej ekspozycji; prezentowanych pod nietypowymi kątami, dziwacznie skomponowanych ujęć, których nie potrafię zinterpretować nawet po kilkukrotnym obejrzeniu całości. Podobnie jak w przypadku serii telewizyjnej można odnieść wrażenie, że autorzy mieli aż nadto swobody i po realizacji koniecznych elementów zaczęli dodawać niepotrzebne wodotryski. Przy dzisiejszych praktykach produkcyjnych takie złudzenie działa pocieszająco – niemal czuć, że praca nad formą sprawiała autorom przyjemność – niemniej dla odbiorcy z bardziej pragmatycznymi upodobaniami może być męczące.

Pełnometrażowa kontynuacja Violet Evergarden to zdecydowanie krok w dobrą stronę. Marginalizacja odrealnionego wątku przewodniego, mniej schematyczny scenariusz i nieco bardziej praktyczna reżyseria zaowocowały historią w moim odczuciu lepszą od którejkolwiek z tych przedstawionych w serialu, co czyni film zarówno obowiązkową pozycją dla wiernych fanów, jak i ciekawą propozycją dla osób o ambiwalentnych odczuciach, chcących skonkretyzować własną opinię. Choć ja telewizyjną odsłonę wciąż odbieram raczej chłodno, tutaj przekonałem się, że moja niechęć nie wynika z ogólnego zamysłu, ale z realizacji poszczególnych składowych, które dają się łatwo modyfikować i dzięki temu mogą trafiać w bardzo różne upodobania. Korzystne zmiany w kompozycji fabuły nie są jednak w stanie zatrzeć wrażenia, że rozpaczliwie przydałoby się tu więcej subtelności. Nawet przy ciekawiej nakreślonych konfliktach i postaciach, autorzy wciąż zdają się nie ufać odbiorcy i zamiast pozostawić pewne kwestie otwarte, bezpośrednio wkładają w usta bohaterów konkluzje poszczególnych wątków, uparcie zawężając tym samym pole możliwych interpretacji i utrudniając doświadczanie historii przez pryzmat indywidualnej wrażliwości. To naprawdę frustrujące, biorąc pod uwagę, że motywem przewodnim tytułu mają być uczucia.

Karo, 8 maja 2021

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Kyoto Animation
Autor: Kana Akatsuki
Projekt: Akiko Takase, Hiroyuki Takahashi, Minoru Oota
Reżyser: Haruka Fujita
Scenariusz: Reiko Yoshida
Muzyka: Evan Call