Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Otaku.pl

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

5/10
postaci: 5/10 grafika: 5/10
fabuła: 5/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 3 Zobacz jak ocenili
Średnia: 5,33

Ocena czytelników

6/10
Głosów: 18
Średnia: 6,06
σ=1,39

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Piotrek)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ikebukuro West Gate Park

Rodzaj produkcji: seria TV (Japonia)
Rok wydania: 2020
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • 池袋ウエストゲートパーク
Pierwowzór: Powieść/opowiadanie; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Nie ma o czym gadać.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

Można chyba założyć, że każdy, kto zmarnuje dość czasu na obcowanie z produktami kinematografii i podobnymi, ma w głowie listę tzw. tytułów kultowych, klasyków w swoim prywatnym mniemaniu genialnych, na myśl o których składa się rączki. Ikebukuro West Gate Park, a dokładnie rzecz biorąc, serial nakręcony na podstawie opowiadań Iry Ishidy, jest dla mnie właśnie takim tytułem. Chociaż nigdy nie udało mi się przeczytać pierwowzoru, przez lata podejrzewałam nieśmiało, że podziw i zachwyty należy się głównie scenarzyście Kankurou Kudou oraz reżyserom, przede wszystkim Yukihiko Tsutsumiemu. Mimo tych podejrzeń to, co zobaczyłam w animowanej adaptacji, której recenzję macie oto przed sobą, wprawiło mnie w niemałe zdumienie. Kto by pomyślał, że przygody Makoto i spółki mogą być tak nudne? Nie dajcie się zwieść, kolorowy, lekko psychodeliczny opening to podpucha i zupełnie nie odzwierciedla nastroju serii.

Ikebukuro, jak słyszymy na początku pierwszego odcinka, jest najlepsze na świecie, a wspaniali ludzie żyją tam w spokoju i harmonii. Tylko że nie, bo mieszkańcy owej dzielnicy Tokio, cóż za niespodzianka, cały czas borykają się z problemami. Na wszystkie te problemy, małe, duże i naprawdę olbrzymie, jest jedno lekarstwo: Makoto Majima, chłopak prowadzący z mamą sklep z owocami. Co odcinek ktoś odrywa go od polerowania jabłek i przestawiania skrzynek z mandarynkami. A to mała dziewczynka, której jakiś ćpun potrącił matkę, i teraz dziecko chce zamknięcia sklepu, gdzie pod pretekstem ziołolecznictwa rozprowadza się narkotyki, a to jakiś youtuber potrzebujący ochrony przed zbyt napastliwą konkurencją, a to trzeba odnaleźć chińską emigrantkę zarobkową, która uciekła z obozu pracy. Na dodatek co jakiś czas na pierwszy plan wychodzą porachunki między ulicznymi gangami, których uspokajanie również spada na naszego bohatera. Brzmi to wszystko jako potencjalnie ciekawe pomysły? Jak najbardziej, nie są to pomysły złe, ich realizacja to już jednak zupełnie inna sprawa.

Można postawić serii zarzut, że „sprawy odcinka” okazywały się albo skrajnie banalne, albo nie pozwalano im w pełni wybrzmieć. Zaprezentowane zagadki i niewiadome dawało się rozszyfrować w połowie przeznaczonego na nie czasu, a motywy, które same w sobie miały szansę widza poruszyć i może nawet wywołać jakąś refleksję, pogrzebano łopatologicznym przekazem. Byłoby to jednak do wybaczenia, gdyby nie kilka o wiele istotniejszych problemów, z których dwa łączą się w postaci głównego bohatera.

Po pierwsze, Makoto jest przeraźliwie nudny. I nie chodzi nawet o to, że pamiętam go jako zupełnie inną osobę, której daleko do ułożonego chłopca. Obiektywnie niepalenie i bycie miłym dla matki nie stanowią zalet, a jedynie brak konkretnych wad i tak naprawdę wskazują na jedyną cechę charakteru, jaką da się u Makoto wyróżnić. Cechą tą jest ogólnie pojęta dobroć. Makoto jest więc człowiekiem dobrym i nie potrafi odmówić pomocy potrzebującemu, co jest godne pochwały, ale… To jedyne, co można o nim powiedzieć. Nie ma żadnych konkretnych zainteresowań, dziwactw, manieryzmów. Nie ma też charyzmy ani jakichś szczególnych umiejętności. Czegokolwiek, co nadawałoby mu jakieś indywidualne cechy i czyniło go ciekawą postacią. Może brakuje mu czasem taktu, ale też nie na tyle, by można było powiedzieć, że jakoś go to określa. Nie mogę nawet stwierdzić, że mnie irytował. Jest po prostu skrajnie nijaki.

Po drugie, chociaż Makoto, niby jest bardzo zaangażowany w zlecane mu misje, to tak naprawdę mógłby nie robić nic, bo sprawy rozwiązywane są przez kogoś innego. Albo jest to anonimowy członek ulicznego gangu, albo policja, albo epizodyczni bohaterowie rozwiązujący swoje problemy samodzielnie. Czasami nawet pałeczkę przejmuje matka Makoto, a nasz „troubleshooter” w najlepszym przypadku po prostu asystuje innym lub pełni rolę obserwatora, któremu przypada w udziale podsumowanie wydarzeń kilkoma zdaniami puenty. Bywało nawet, że wszystko, co robił w odcinku, można by określić zapychaniem czasu antenowego. Podejrzewam, że ta nijakość wypływa w dużej mierze z faktu, że oryginalnie Makoto jest narratorem książek pisanych w pierwszej osobie. Być może autor, poświęcając uwagę (jak słyszałam) bardzo elokwentnym opisom świata przedstawionego, umyślnie zostawił swojego bohatera tak przezroczystego, jak to tylko możliwe. Być może nie chodzi o to, by czytelnik patrzył na świat oczami Makoto, ale by Makoto był awatarem czytelnika. Chociaż nie jestem fanką takich zabiegów, przyznaję, że w prozie to mogło działać, w ekranizacji jednak taki bohater wydaje się po prostu zbędnym balastem.

Na tym niestety problemy serii się nie kończą. Wspomniałam o zaangażowaniu Makoto w sprawy miejscowych gangów. Zaangażowanie to wynika z faktu, że główny bohater chodził do szkoły z przywódcą jednego z nich, niejakim Takashim, znanym też jako King. Nad różnicami między oczekiwaniem względem tej postaci a tym, co ostatecznie dostaliśmy, nie będę się rozwodzić, musiałabym bowiem posłużyć się słowami z rodzaju tych brzydkich. Animowy Takashi jako samodzielny byt jest bardzo elegancki i bardzo tajemniczy. Wyglądem i zachowaniem zupełnie nie pasuje na lidera ulicznego gangu i, prawdę powiedziawszy, wygląda raczej na członka yakuzy. Czy zajmuje się działalnością przestępczą? Trudno powiedzieć, ponieważ nie dowiadujemy się niczego o prowadzonych przez niego interesach. Dowiadujemy się jedynie, że na swoim terenie lubi mieć porządek, a nie lubi mieć narkotyków. Szeregowi G­‑Boys natomiast, poza sporadycznymi sytuacjami, kiedy zaczynają walczyć z innymi gangami, przypominają raczej luźno zrzeszonych członków fanklubu. Pełnoprawnym fanklubem są natomiast chłopcy i dziewczęta z Red Angels, ich głównym zajęciem jest bowiem podziwianie tańca swojego przywódcy, Kyouichiego. Rozumiem jak najbardziej docenianie piękna ludzkiego ciała w tańcu, ale sposób, w jaki pokazuje to anime, graniczy z absurdem. Jeśli dodamy, że Kyouichi tańczy balet i lubi się do swoich révoltade i coupe jeté rozbierać, można by potraktować to jako naprawdę zabawny żart, gdyby wyraźnie nie było to robione na serio. Ponownie, powołując się na obiektywizm, obaj panowie nie są najgorzej wykreowanymi postaciami, ale trudno mi było zrozumieć ich motywacje. O ile w ogóle jakieś mieli. Kyouichi, jak już wspomniano, zajmuje się głównie tańcem albo zlecaniem Makoto spraw, do których mógłby spokojnie oddelegować jakiegoś swojego podwładnego. Zajęcia Takashiego są o wiele bardziej tajemnicze, wiadomo jedynie, że nie pozwalają mu na odbieranie telefonów. Teoretycznie powinno się ich postrzegać jako rywali, a może nawet wrogów, ale tak naprawdę konflikt ten wypada raczej blado.

Przez większość serii pomiędzy G­‑Boys a Red Angels panuje zawieszenie broni, kiedy zaś dochodzi do konfrontacji… Cóż, rozwiązanie jest tak niesatysfakcjonujące, jak tylko może być. Więcej w tym wszystkim było prężenia, nomen omen, gołych klat i póz niż faktycznego konfliktu. Tym samym jedyny wątek spinający anime w jakąś całość można skwitować wzruszeniem ramion.

Pod względem technicznym również nie ma się o czym rozpisywać. Projekty postaci wydają mi się umiarkowanie przyjemne dla oka, ale jednocześnie nie wyróżniają się niczym szczególnym. Twórcom wyraźnie nie były w głowie eksperymenty z formą i całą kreatywność w tym względzie zużyli na wspominany we wstępie opening. Openingowi towarzyszy też najbardziej żywiołowy utwór muzyczny. Muzyka wewnątrz odcinków to spokojne, wtapiające się w tło utwory, które można z łatwością przegapić, a ending, mimo ogólnie sympatycznego brzmienia, to już kołysanka pełną gębą. Jak się jednak okazało poniewczasie, seria miała więcej niż jeden utwór kończący, co przegapiłam, bezwstydnie wyłączając odcinki zanim dało się usłyszeć pierwsze nuty któregokolwiek z nich. Takie to było nudne widowisko. Pierwsze „specjalny” ending to piosenka dokładnie tak samo usypiająca jak ending główny, drugi jednak był dla mnie sporym zaskoczeniem. Okazał się nim bowiem, dobrze mi przecież znany, motyw przewodni wersji live­‑action! Słuchając tego kawałka miałam nie lada zagwozdkę. Czy oznacza to, że mam dopatrywać się jakiejś łączności między tymi dwoma produkcjami? Jeśli tak, to wersja anime wypada jeszcze gorzej. Ale litościwie nie zmienię już oceny głównej.

Jak więc można podsumować to widowisko? Czy jest to nieoglądalne barachło? Nie powiedziałabym. Barachłem z pewnością ta seria nie jest, łatwo można wymienić tytułu o wiele gorsze. Takie naprawdę robiące krzywdę. Ikebukuro West Gate Park krzywdy nie robi, razi po prostu niewykorzystanym potencjałem. Potencjałem, o którym wiem, że dało się z tego wykrzesać. Tymczasem nudne to było. Po prostu.

tamakara, 7 stycznia 2021

Recenzje alternatywne

  • Ancietejka - 21 lutego 2021
    Ocena: 7/10

    „Ikebukuro jest najlepsze!”. Nie wiem, nie byłam, ale anime obejrzałam i wiem, że to porządna produkcja. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Doga Kobo
Autor: Ira Ishida
Projekt: Jun'ichirou Taniguchi
Reżyser: Tomoaki Koshida
Scenariusz: Fumihiko Shimo

Odnośniki

Tytuł strony Rodzaj Języki
Ikebukuro West Gate Park - wrażenia z pierwszych odcinków Nieoficjalny pl