Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Dango

Komentarze

Góral

  • Avatar
    A
    Góral 2.09.2012 18:50
    Manga >> seria anime > film kinowy
    Komentarz do recenzji "Trigun: Badlands Rumble"
    Jedno z moich ulubionych anime doczekało się w końcu filmu kinowego i nie zawiodłem się. Warto było czekać. W przeciwieństwie do kinówek znacznie bardziej popularnych serii (w końcu Trigun to staroć już), które produkuje się wyłącznie dzięki sporemu fandomowi i których historię (jeśli jakakolwiek była) zapomni się od razu po obejrzeniu, Trigun Badlands Rumble broni się jako samodzielna produkcja. Nie trzeba znać anime, by móc docenić ten świetny film akcji. Fabuła jest prosta jak budowa cepa, ale trzyma się kupy i przede wszystkim jest. Nie o fabułę tu zresztą chodzi. Film ogląda się bardzo przyjemnie i dostarcza masę rozrywki. Jest tu sporo znakomitych scen, które zapadają w pamięć. Wielką zasługę ma w tym sam Nightgow (Naito), który czuwał nad tym, by Vash był Vashem, a Wolfwood Wolfwoodem, których znamy. Znakomite postacie i ich interakcje między sobą to główny atut tego filmu. Nie będę przywoływał scen, które spodobały mi się bardzo, będziecie musieli sami obejrzeć i ocenić. W każdym razie warto.

    Na koniec wspomnę jeszcze o dwóch „drobnostkach ", które mnie ucieszyły niezmiernie. Pierwsza to zatrudnienie tych samych seiyuu, którzy podkładali głosy w serii tv (nic dziwnego, że jakoś wszystkie głosy mi świetnie pasowały, po obejrzeniu dowiedziałem się, że to starzy znajomi) druga to muzyka. W końcu jakaś seria, w której nie ma metalu czy darcia mord, a zamiast tego usłyszeć można tu Firefly'owe klimaty i stare kawałki z serii (jeden oczywiście rozpoznałem, aż mi się łezka w oku zakręciła gdy usłyszałem „Perfect”, reszty nie jestem pewien).

    A pamiętajcie/wiedzcie, że manga jest znacznie lepsza i podobnie jak było to w przypadku FMA czy Hellsinga przydałoby się „redo”. Mam nadzieję, że ten film to przedsmak tego co czekać nas będzie w nadchodzących miesiącach. Jak ja bym chciał zobaczyć polskie wydanie Triguna Maximum… Bardziej niż Claymore'a chociażby (a jestem wiernym fanem tej drugiej mangi).

    Tak po tych moich wywodach naszła mnie ochota na ponowne zabranie się za mangę. Będę miał co robić w najbliższym czasie ;P.
  • Avatar
    Góral 25.04.2012 10:03
    Zgadzam się, rewelacja
    Komentarz do recenzji "Lupin III ~Mine Fujiko to Iu Onna~"
    Ten sezon w ogóle obfituje w znakomite produkcje. Space Brothers, Sakamichi no Apollon, Jormungand, Kuroko no Basket no i właśnie Fujiko. W mojej ocenie jednak na razie bezbłędni są jedynie „Kosmiczni bracia”, Fujiko jest dość schematyczne i brak w niej głównego wątku. Choć i tak chyba umieściłbym tę produkcję na drugim miejscu wśród nowości tego sezonu. Przypomina mi trochę nową wersję Cobry.
  • Avatar
    Góral 6.09.2011 19:05
    Jak na anime o wyścigach, wyścigi wypadają dość słabo
    Komentarz do recenzji "Redline"
    To jest mój największy zarzut. Jest kolorowo i pięknie graficznie (powiedzmy, ja estetą nie jestem i nie zależy mi szczególnie na grafice), ale same wyścigi są monotonne i nie budzą emocji IMO, co jest ogromną wadą w anime traktującym o wyścigach. Do Initial D się nie umywa choć tam grafika była przeciętna co najwyżej. Przy znacznie mniejszym budżecie i możliwościach twórcom tej serii telewizyjnej udało się oddać klimat nielegalnych wyścigów znacznie lepiej niż w tym filmie. Jak pisałem niżej Redline jest na poziomie Death Race'a, na raz i do zapomnienia.
  • Avatar
    A
    Góral 6.09.2011 13:56
    Dobre, ale bez rewelacji
    Komentarz do recenzji "Redline"
    Wizualnie film wgniata w fotel, ale poza tym nie ma szczególnie wiele do zaoferowania. Taka rozrywka na raz i do zapomnienia IMO. Całkiem przyjemnie się oglądało, nie zaprzeczę, ale daleki byłbym od rzucania takimi określeniami jak „perfekcyjny”. Przede wszystkim same wyścigi, które były podstawą tego filmu wypadły średnio. Masa jaskrawych kolorów i fajerwerki to jednak za mało bym mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że były emocjonujące albo pełne napięcia. Ich „wspaniałość” sprowadzała się do dowalania nitro i wgniatania głównego bohatera w fotel oraz nierealnych „bounce'ów” (czyt. skoków) samochodów, które w naszym świecie zakończyłyby żywot samochodu i jego właściciela momentalnie (dlatego nie wiem po co właściwie one były, również samochody były nierealne, jeśli już miały poruszać się po tak nierównej nawierzchni z takimi prędkościami to już lepiej gdyby lewitowały, bo tutaj nawet jeden kamyczek mógłby doprowadzić do kraksy). A niestety chyba tylko samochód MacLaren był z tych lewitujących. Poza tym były tam tak niedorzeczne pomysły jak „skróty” prowadzące pod ziemią lub wodą (taa… na pewno będzie szybciej), bieg za samochodem z niesamowitą prędkością (coś kiepskie te samochody, wygląda na to, że ich jedyną przewagą nad właścicielami jest to, że tak łatwo się nie męczą) i inne „buraki”, które z miejsca dyskwalifikują to anime z konkursu na perfekcyjne anime. Wracając jeszcze do wyścigów, brakowało tu jakiegoś urozmaicenia w postaci zakrętów czy innych przeszkód dających szansę na zademonstrowanie umiejętności kierowców. Może gdybym nie oglądał Initial D też byłbym zachwycony wyścigami, ale gdzie w Red Line cała sztuka polegała na wciskaniu gazu do dechy w Initial D było to bardziej skomplikowane i ciekawsze. Właściwie jedyną komplikacją były artyleryjskie pokazy, których równie dobrze mogłoby nie być tak naprawdę, bo nikogo strzały się nie imały. Moim zdaniem film był na poziomie Death Race'a ze Stathamem (a może nawet i słabszy), ale na jego niekorzyść przemawia kompletny brak oryginalności. Do tego chyba każdy domyślał się kto go wygra (co jest kolejnym argumentem przemawiającym na niekorzyść tej kinówki). Za to na plus zaliczyć należy postacie, tu się zgodzę. W zaledwie 1,5 h dało się je polubić i nie miało się wrażenia, że są „kreskówkowe”. Oczywiście szczególnie interesujący to nie byli, ale w tak krótkim czasie, w tego typu anime trudno wymagać więcej.

    Ode mnie film dostał 7/10 (więc całkiem wysoko), ale przy ponownym seansie ocena poszłaby w dół. Na pewno dostrzegłbym więcej nieścisłości, a i sam wyścig przy drugim podejściu byłby jeszcze mniej interesujący.
  • Avatar
    Góral 4.09.2011 16:57
    Re: 2/10
    Komentarz do recenzji "Kemono no Souja Erin"
    Niech zgadnę – widziałeś niecałe 3 odcinki? Z początku anime mnie przynudzało, ale fakt, że miało mieć 51 odcinków oraz to, że było na podstawie powieści Nahoko Uehashi dawały jasno do zrozumienia, że to jedynie pozory. Kolejne 3 odcinki potrafiły mnie już zainteresować, a 7 mnie zmiażdżył i od tego momentu stałem się fanem tej serii.
  • Avatar
    Góral 15.04.2011 17:13
    Zobacz 8 odcinek chociaż
    Komentarz do recenzji "Gintama"
    8 odcinek to kwintesencja tego za co kocham Gintamę. Jest tam jedna z najbardziej realistycznych walk jakie widziałem w anime, a przy tym poprowadzona z humorem. To po jej zobaczeniu Gintama wpisała się na stałe w mój grafik (wcześniej miałem chwile zwątpienia, szczególnie pierwsze 4 odcinki przynudzały). Jest to punkt odniesienia dla wszystkich, którzy zastanawialiby się czy warto dalej oglądać tego tasiemca. Gdyby komuś się nie spodobał porzucenie oglądania byłoby wskazane, gdyby jednak komuś tego rodzaju zabieg przypadł do gustu z czasem byłoby tylko lepiej.
  • Avatar
    A
    Góral 2.04.2011 20:21
    Anime z kategorii "jeszcze jeden".
    Komentarz do recenzji "Kaiji"
    Anime z kategorii „jeszcze jeden”, tzn. po każdym odcinku człowiek chce koniecznie dowiedzieć się co będzie dalej. Trzymające w napięciu, z bardzo przekonującymi bohaterami i nieszablonową fabułą. Od dawna żadna seria nie potrafiła mnie wciągnąć, gdy zaczynałem jakąś zwykle po kilku odcinkach ją porzucałem, ew. zmuszałem się do oglądania jeśli tytuł miał dobre rekomendacje (jak to było w przypadku przeciętnego Code Geass'a). Tymczasem natrafiłem na niepozorne, mało popularne i niesłusznie lekceważone anime o jednej z najstarszych rozrywek świata – hazardzie. Od razu zostałem wciągnięty w świat gier, w których stawką były nie tylko pieniądze, ale i życie.

    Fabułę w tym anime uważam za genialną. Umiejętnie budowane napięcie, zwroty akcji, które, co ważne, miały sens oraz garść życiowej mądrości zaserwowana w nienachalny sposób to jej główne atuty. Aż dziw bierze, że przez 26 odcinków twórcom udało się przykuć mnie do monitora, choć cała historia obracała się głównie wokół jednej osoby uprawiającej hazard. Co prawda gdzieś w połowie nie czułem już takich dreszczy na plecach jak z początku (pewnie przyzwyczaiłem się do nadzwyczajnej dawki emocji jakie ten serial mi dostarczał), ale po zobaczeniu ostatniego odcinka miałem ochotę na więcej. I choć postacie nie są zbyt zróżnicowane (nic dziwnego, nałogowi hazardziści mają wiele cech wspólnych), nadrabiają to interesujący główni bohaterowie (Kaiji i osoby stojące za organizacją gier hazardowych). Warto też wspomnieć, że jest tu sporo krwi, dla osób lubujących się w brutalnych seriach jest to pozycja idealna, znajduje się tu bowiem wiele drastycznych scen, których nie widziałem nigdzie indziej.

    Jeśli ktoś selekcjonuje anime kierując się grafiką sam sobie będzie winien pomijając tę perełkę. Szczerze polecam.
  • Avatar
    A
    Góral 9.05.2010 12:23
    To nie jest kolejne anime dla nastolatków
    Komentarz do recenzji "Ashita no Joe"
    Ashita no Joe to ponadczasowe anime. Pomimo swojego wieku (40 lat!) jest nieustannym źródłem inspiracji i wzorem dla współczesnych twórców. Myślicie, że czemu Gurren Lagann jest epicki, a Kamina ulubioną postacią większości fanów serii? Podpowiem, że przekalkowanie scen oraz gestów i zachowań bohaterów Ashita no Joe miało duży wpływ na to. W czasie pierwszych 8 odc. TTGR można zobaczyć przynajmniej kilka motywów ściągniętych żywcem z pierwszych 12 odcinków AnJ. Jednak kopia pozostanie jedynie kopią i nie robi takiego wrażenia co oryginał (Kishimoto to również plagiator i jego Naruto nie powstałoby gdyby nie Ninku, ale to inna bajka). Takich anime jest jednak więcej. Zgadnijcie co ma wspólnego AnJ z Cowboy Bebopem albo Legend of The Galactic Heroes?
    Zostawmy jednak kwestię oryginalności. Anime to nie jest klasyczną sportówką. Nie ma tu schematu „od zera do bohatera”, ani „geniusz od urodzenia”. Został tu wykorzystany zupełnie inny pomysł i aż dziw bierze, że jeszcze nie został on skopiowany (AFAIK). Widać jest to zbyt trudne i twórcy wolą pójść przetartymi ścieżkami. Zapomnijcie o rozwlekłych pojedynkach, komentarzach na pół odcinka czy nawale szczęśliwych zbiegów okoliczności. Tutaj nigdy nie wiadomo co się stanie, liczą się przede wszystkim dramat i realizm (choć niezupełnie, ale na pewno nie znajdziecie tu powalania niedźwiedzi czy wstawania po 20­‑tu knockdownach). Jeśli szukacie koszarowego humoru to również źle trafiliście, bo choć zdarzą się powalające teksty są one jedynie marginalnym dodatkiem.

    Ashita no Joe ma klimat. Tutaj widać, słychać i czuć kto jest s­‑synem, a kto poczciwym chłopem. W ringu natomiast rzeczywiście wiadomo, że jest to walka, w której zawodnicy nie poszli się poklepać po buzi, ale pona***ać. M. in. tego brakuje mi w Ippo (jedyne walki gdzie odrobinę było to czuć to Takamura vs. Hawk i Mashiba vs. Sawamura, choć seria ta nadrabia to humorem). Świat slumsów, więzienie (to co dzieje się w Rainbow to pikuś) i Japonia w okresie gospodarczych przekształceń tworzą niepowtarzalną i przekonującą scenerię. Czuć tutaj trud i wysiłek włożony przez pracujących ludzi, rozpacz i radość. W AnJ świat nie kończy się na ringu czy w sali treningowej, a bohaterami nie są jedynie bokserzy i ich rodziny. Nie ma tu monotonii (choć po 17 odcinkach pewnie trudno to stwierdzić), ani konwencjonalnych rozwiązań, nie ma tu sielanki. Dla jednych może być to wadą, ale dla osób, które widziały już standardowe chwyty setki razy AnJ będzie na pewno miłą odskocznią.

    Osobny akapit należy się oprawie graficznej. Pomimo swej wiekowości nie odstrasza, a wręcz jest perfekcyjna dla tego rodzaju serii. Wyraźne kontury i pastelowe kolory idealnie wpasowują się w klimat serii. Co ważne w tego rodzaju serii, faceci wyglądają jak chłopy, a nie homosie albo ET (*cough* Claymore *cough*). Przede wszystkim jednak znakomicie zrobione są animacja i choreografia walk. Może to się wydać śmieszne i niewiarygodne, ale tutaj naprawdę czuć siłę ciosów i ból zawodników (czego o Hajime no Ippo powiedzieć niestety nie mogę). Zęby fruwają na prawo i lewo, ślina leje się mililitrami, a krew nie bryzga na prawo i lewo, ale wsiąka w rękawice.
  • Avatar
    A
    Góral 17.03.2010 16:49
    Bardzo niedocenione anime
    Komentarz do recenzji "Sunabouzu"
    Sunabōzu to anime nietuzinkowe, ale równocześnie interesujące od początku do końca i choć humor nie był najwyższych lotów (łagodnie rzecz ujmując)) uważam je za jedną z bardziej wartościowych produkcji jakie oglądałem. Paradoksalnie tak dobrego odzwierciedlenia rzeczywistości (choć przedstawionej na zupełnie innym tle niż nasze) i tak pełnokrwistych bohaterów jak w tym postapokaliptycznym, pełnym niesmacznych żartów anime nie spotyka się często. W przeciwieństwie do większości dzisiejszych serii, postacie zachowują się racjonalnie w świecie, w którym nie ma miejsca na skrupuły. Jeśli jest okazja kogoś orżnąć to nie ma zmiłuj, jeśli przeciwnik zaś ma przewagę to czas brać nogi za pas. Główny bohater miałby uciekać ?! Przecież to hańba! Cóż, nie w Desert Punku.

    Anime jest niestety bardzo niedocenione, zginęło gdzieś w zalewie setek przeciętnych, wysokobudżetowych produkcji, przyćmione zostało przez popularne shouneny, przereklamowane serie Code Geass czy Death Note. Nie tylko recenzent uważa, że nie jest to produkcja, o której będzie się pamiętać przez lata, nawet grupy fansubberskie skrzętnie pomijały to anime (dziś w sieci znaleźć można jedynie DVD­‑ripy), a zdobycie skanlacji mangi (nie mówiąc o kupnie tomików w języku innym niż japoński) jest prawie niemożliwe. Tymczasem – jak widać na moim przykładzie – znajdą się osoby, którym owa produkcja namiesza w rankingu ulubionych anime i nie pozwoli o sobie zapomnieć.

    Mimo, że pomysł na historię nie jest szczególnie oryginalny to już samo jej prowadzenie tak. Desert Punk zaskakuje w każdym odcinku i jest to miłe uczucie. Nieraz szczęka opadała mi na podłogę, często wybuchałem śmiechem, a czasem nawet zwiększał mi się poziom adrenaliny we krwi. Niewiele jest anime, którym udało się wywołać we mnie tego rodzaju reakcje, a jeszcze mniej, które zdołały utrzymać ten efekt od początku do końca. Do mnie (czciciela Fallouta 1, wielbiciela Fallouta 2 i „hatera” Fallouta 3) seria trafiła idealnie i choć ostatnio nie miałem ochoty oglądać japońskich animacji, Sunabozu z miejsca przyciągnął mnie do monitora i w przeciągu 3 dni, oglądając odcinki jednym ciągiem tytuł zaliczyłem do ukończonych.

    Jeśli ktoś szuka masy nieprzeciętnej akcji, chce się pośmiać, zrelaksować, ale też otrzymać produkcję, do której będzie można powrócić nie tracąc przy tym przyjemności – Desert Punk to strzał w dziesiątkę. Zdecydowanie polecam.

    P.S.
    Jest to jedno z nielicznych anime, w których angielski dubbing przewyższa (a na pewno niewiele ustępuje) oryginał(owi).
  • Avatar
    R
    Góral 17.03.2010 16:29
    Recenzja do śmietnika
    Komentarz do recenzji "Sunabouzu"
    Za pisanie recenzji nie powinna zabierać się osoba, która dopiero co zaczęła swoją przygodę z anime. Nie powinna jej również pisać osoba, która nie potrafi rozpoznać gdy fabuła jest spójna i dopracowana (tak, tak, pomimo epizodyczności, każda przygoda podobnie jak w Cowboy Bebopie trzyma się kupy, a wątek przewodni jest naprawdę interesujący i przemyślany), w ciekawy i oryginalny sposób prowadzona, a poszczególne wątki logicznie (i często z pomysłem) rozwiązywane. Gdy nie dostrzega, że sceny ecchi są jedynie marginalnym dodatkiem, a nie istotną częścią scenariusza. Gdy wreszcie potrafi jedynie wyliczać bohaterów i przedstawić zarys historii w postaci „suchych” faktów („postaci dostają 8, bo wspomniałem przynajmniej 8 postaci, za fabułę dam 4, bo jest ecchi” – tak to wygląda z mojego punktu widzenia, brak jest jakiegokolwiek uzasadnienia), a nie wspomni nawet słowem o świetnych dialogach.
    Autor napisał, że bohater rozprawia się z przeciwnikami w pomysłowy sposób, stosując się do zasad obowiązujących w postapokaliptycznym świecie, czyli mimochodem pochwalił fabułę za nietuzinkowe rozwiązania i spójność świata. Nie bardzo też chyba rozumie co znaczy świat postapokaliptyczny. No bo za dziwne uznawać to, że tylko nieliczni mają kombinezony bojowe czy broń, a pojazdy są rzadkością mogłaby tylko taka osoba. Poza tym chyba nawet nie raczył przeczytać swojej własnej recenzji, bo w zdaniu: „Od strony graficznej Desert Punk nie wygląda źle, jak na komedię wypada, pojawia się charakterystyczna groteska.” ewidentnie czegoś brakuje, a właściwie całe jest bez sensu.

    Bardzo możliwe, że lista obejrzanych anime, widoczna w profilu recenzenta jest niekompletna. Jednak wybór tytułów i ich oceny pozwalają wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze recenzent preferuje romanse i humor szkolnych komedii. Ecchi mu nie przeszkadza o ile gołe są nie dojrzałe kobiety, a lolitki lub upośledzone nastolatki (Akane­‑iro ni Somaru Saka, Shana, Elfen Lied, Chobits, a także pedofilskie anime Kanokon, którego może i nie uwielbia, ale stawia wyżej niż Desert Punka). Nie przepada za anime, w których fabuła jest złożona, logiczna, spójna i oryginalna (Wolf's Rain, czy Haibane Renmei) uwielbia natomiast gnioty, w których nic nie trzyma się kupy, a bohaterowie zachowują się irracjonalnie (Elfen Lied dostało od niego najwyższe noty, lol).

    Recenzja, która trafiła na tanuki chyba tylko dlatego, by zapełnić dziurę w bazie. Jeśli ktoś chce przeczytać recenzję, w której autor bardziej się przyłożył wystarczy wejść na Azunime albo Escapista (z tym, że tutaj jest po angielsku).
  • Avatar
    Góral 3.03.2010 09:31
    Re: Są zalety! ;p
    Komentarz do recenzji "Issho ni Sleeping"
    To nie koniec zalet. Anime może świetnie sprawdzić się jako wygaszacz ekranu albo źródło gifów, tapet. Poza tym do jego zrozumienia nie potrzeba znajomości japońskiego. Powiem więcej, to kamień milowy w przemyśle anime. No i ta głębia… Potrzebne jest jednak IQ over 9000 by ją dostrzec.
  • Avatar
    A
    Góral 31.01.2010 10:23
    Shoujo nie tylko dla dziewczyn
    Komentarz do recenzji "Hime-chan no Ribbon"
    Z reguły unikam serii z gatunku shoujo, jednak w tym przypadku przyciągnęła mnie wiekowość tego anime. Na szczęście seria okazała się nie tylko strawna dla mnie, ale wręcz zostałem przez nią oczarowany. Nie ma tu zbędnego przedramatyzowania jest za to sporo komediowych sytuacji, a wszystko to dzięki znanemu pomysłowi magicznego przedmiotu, który pozwala na transformację (patrz: wspomniane przez recenzentkę anime „Himitsu no Akko­‑chan”). Na szczęście tu główna bohaterka nie jest typową dziewczynką płaczącą z byle powodu, ani też nazbyt dojrzałą jak na swój wiek dzierlatką, jej nie da się nie lubić. Tarapaty w jakie wpada potrafią przyprawić o zawrót głowy i spazmy śmiechu jednocześnie. Pierwsze 18 odcinków było rewelacyjne, mimo że były ze sobą bardzo luźno powiązane, a każdy przedstawiał nową przygodę, później też było nieźle, ale z czasem taka forma zaczynała z lekka przynudzać (choć dalej miałem ochotę na oglądanie) stąd pewnie autorka zaserwowała bohaterce upgrade'y na wzór shounenów (najpierw możliwość przemiany, później klonowania, a na samym końcu manipulowania czasem). Aktualnie jestem gdzieś koło 43 odcinka i nie mam już takiego zapału jak kiedyś by łykać po kilka odcinków dziennie, jednak dalej nie uważam czasu spędzonego przy oglądaniu tego anime za stracony.
    Zdecydowanie polecam wszystkim zapoznać się chociaż z pierwszym odcinkiem, skoro wielbiciel shounenów tak zachwala shoujo to musi coś w tym być ;). Jeśli nie będziecie się nastawiać na skomplikowaną czy osadzoną twardo w realiach naszego świata fabułę, a na czystą rozrywkę na pewno nie pożałujecie poświęconego czasu. Szkoda tylko, że anime jest tak mało popularne, niestety poza Japonią seria nie została zlicencjonowana.
  • Avatar
    Góral 20.10.2009 06:48
    Re: recenzja może zniechęcic
    Komentarz do recenzji "Trigun"
    Proszę moderację by ukryła spojler największego możliwego chyba kalibru (4 linijka).
  • Avatar
    R
    Góral 7.08.2009 13:28
    Re: słabe
    Komentarz do recenzji "One Outs"
    Na wstępie zaznaczę, że z opinią recenzentki się nie zgadzam, a moje uwagi można znaleźć na forum tanuki.

    Major jako przykład realistycznej serii o baseballu? :D. Już w pierwszej serii było pełno głupot jak to, że  kliknij: ukryte . Im dalej tym było gorzej, pojawiało się coraz więcej super­‑hiper rzutów, a Goro przekraczał kolejne granice ludzkich możliwości. Jeśli ktoś chce zobaczyć w anime świat japońskiego baseballa możliwie najbliższy rzeczywistości to powinien zerknąć na którąś z adaptacji mang Adachiego (Touch, H2 czy też aktualnie wychodzące Cross Game).
    Co się tyczy zaś przyrównania do Death Note'a czy Code Geassa… Cóż, widać stronniczość z Twojej strony. Przede wszystkim w One Outs nie ma filozofii, tutaj wszystko opiera się na logice. Może jakieś przykłady błędów logicznych albo „wydumanej filozofii”? Określenie, że "Toua nie dorasta Lightowi czy L do pięt" jest śmieszne, mówisz niczym dziecko, które uparcie twierdzi, że Batman jest lepszy niż Spiderman :D. To są zupełnie różne postacie, które osadzone są w zupełnie innej rzeczywistości i postawione są przed nimi problemy zupełnie innego rodzaju. No i skoro już jestem przy DN, cała ta dedukcja,  kliknij: ukryte  Jeśli chodzi o Code Geass, tam to już w ogóle była bajka. Zagęszczenie szczęśliwych przypadków na jeden odcinek jest tam ogromne, a przepis na anime jest bardzo prosty: wrzuć zwrot akcji o 180 stopni w co piątym odcinku i ludzie się ucieszą. Pokazanie jaki to Lelouch jest mądry polegało na uwierzeniu na słowo  kliknij: ukryte , bo jakoś w trakcie anime jego mądrości nie było widać. Najbardziej rozwalające było jednak to, że  kliknij: ukryte  Nie będę przytaczał tu więcej przykładów, bo to nie miejsce do tego, ale ze wspomnianych przez Ciebie anime Code Geass jest najprymitywniejszy.

    One Outs powinno spodobać się każdemu kto lubi serie sportowe, zna serie sportowe i wie czego się po nich spodziewać. Będzie idealna zaś dla tych, którzy dodatkowo z wypiekami na twarzy oglądali Kaijiego czy Akagiego (czego nie można powiedzieć o Melmothii, widziała jedynie 4 odc. tej pierwszej serii).
  • Avatar
    Góral 1.07.2009 19:49
    Nie ma żadnego błędu
    Komentarz do recenzji "Kaiji"
    imprecis napisał(a):
     kliknij: ukryte 


     kliknij: ukryte 
  • Avatar
    A
    Góral 23.06.2009 06:24
    Bruce wszechmogący po japońsku, czyli pokazówka
    Komentarz do recenzji "Higashi no Eden"
    Dobre, acz nieszczególnie interesujące, czy oryginalne anime dzięki masie fajerwerków, odpowiedniej reklamie i sztuce sugestii zostało przez wielu uznane za anime sezonu, co ma również odniesienie w tej recenzji.
    Fabuła nie jest zbyt odkrywcza, ileż razy to widzieliśmy bohatera ratującego świat, a posiadającego przy tym potrzebne do tego niezwykłe zdolności?  kliknij: ukryte 
    Bohaterowie to sami ekshibicjoniści i chyba tylko pod tym względem są nietuzinkowi. Gdyby pokazywania przyrodzenia nie podawano w humorystyczny sposób (scena z laptopem z ostatniego czy przedostatniego odcinka była całkiem udana) byłoby to dla mnie całkowicie niestrawne.
    Jeśli chodzi o grafikę to przyznam, że jest ona ładna, ale ma bardzo poważną wadę – widać, pójscie na łatwiznę i przydzielenie większości pracy komputerom, stąd u kazdej postaci mamy śmieszny cień na nosie nawet przy oświetlonej facjacie. Nieraz widać też było kukiełkowe poruszanie się plastikowych przechodniów w parku co powinno znacznie zaniżyć ocenę za grafikę. Muzyka zaś była nieszczególna i przypadł mi do gustu jedynie ending.
    Podsumowując, anime było niezłe. Dzięki temu, że krótkie nie zdążyłem się wynudzić całkowicie (choć momentami korciło mnie wyłączyć playera). Polecam je raczej żeńskiej części animemaniaków, za dużo romansu i gołych facetów.

    Nawet jeśli fabuła nie jest odkrywcza, spoilery warto maskować… Moderacja
  • Avatar
    A
    Góral 8.03.2009 08:46
    Niestrawny humor dla mnie
    Komentarz do recenzji "Hayate no Gotoku!"
    Anime kompletnie mi nie podeszło (podobnie zresztą jak to było z Lucky Star) z jednego prostego powodu: zamiast śmieszyć nudziło mnie, a ponieważ poza komediowymi elementami anime nie ma nic więcej do zaoferowania serię porzuciłem bardzo szybko. Taką pokusę miałem również przy moim ulubionym shounenie, czyli przy Gintamie, ale na całe szczęście już po 4 odcinkach zauważyłem poprawę i jakoś to poszło. W Hayate nawet kluczowy element, czyli parodia innych serii szwankuje IMO, szczególnie widać to na tle Gintamy właśnie albo Jungle Wa Itsumo Hale Nochi Guu, które uważam za niedoścignione w swoich kategoriach.
    Od biedy mógłbym może i obejrzeć całość, ale ani oprawa graficzna mnie do tego nie zachęca (loli chara­‑design), ani fabuła, ani zachwalani w recenzji bohaterowie więc po co się męczyć? Jeśli ktoś zastanawia się czy załatwiać sobie to anime to sugeruję obejrzeć ze 4 odc. najpierw i zdecydować czy warto brnąć dalej czy nie.
  • Avatar
    A
    Góral 7.12.2008 10:58
    Komentarz do recenzji "City Hunter 2"
    W kontynuacji serii niestety zauważyć można powielanie schematów z części pierwszej przez co trochę się męczyłem z tą serią. Nie umywa się do pierwszej IMO, ale trzymał mnie przy niej świetny główny bohater no i sporadyczne, błyskotliwe zadania. To dzięki nim co jakiś czas byłem z powrotem przykuwany do ekranu monitora.
    Anime wyróżniają ciekawi i wiarygodni bohaterowie, a także klimat podziemnego Tokyo co sprawia, że seria nie nudzi się zbyt łatwo o ile – jak wspomniała autorka recenzji, nie urządzimy sobie maratonu. Na uwagę zasługuje również genialna gra aktorów podkładających głosy pod głównych bohaterów, szczególnie chodzi mi o Akirę Kamiya, znanego jako Kogoro Mouri z Detektywa Conana. Tak świetnego operowania głosem mógłby mu pozazdrościć każdy dubbingujący artysta.
    City Hunter to pozycja obowiązkowa – wypada w końcu zobaczyć na kim wzorowali się twórcy takich serii jak Black Cat czy Get Backers.
  • Avatar
    A
    Góral 16.11.2008 18:15
    M&M'sy rzucają się w oczy, a nie w dłonie ;)
    Komentarz do recenzji "City Hunter"
    Pomimo wspomnianych wad, tzn. epizodyczności i schematyczności serię tę zaliczam do ulubionych, bo ma w sobie to „coś”. Po każdym skończonym odcinku, słuchając genialnego endingu wpadałem w sentymentalny nastrój i mimo błahej fabuły odcinki zapadały mi w pamięć. Nie jestem w stanie logicznie uzasadnić czemu tak się działo, grunt, że seria trafiła w mój gust idealnie. City Huntera łykałem w sporych dawkach i nie nudził mi się ani trochę, więc nie jest powiedziane, że serię trzeba porcjować. Wspomniane poważne odcinki faktycznie były odrobinę naciągane, ale były potrzebne, by pociągnąć fabułę do przodu, lepiej poznać postacie i choć na chwilę przerwać schemat: „przychodzi baba do Saeby” (z całym szacunkiem, bez urazy, itd.).
    ( kliknij: ukryte  skutecznie przykuły mnie do ekranu na długie godziny, to dzięki temu poważnemu wątkowi City Hunter mnie wciągnął i miałem ochotę na jeszcze.
    Do braku realizmu szybko się przyzwyczaiłem, ale było kilka momentów, które mnie całkowicie rozbroiły, ot chociażby przestrzelenie sobie ręki, by spowolnić pocisk, strzelanie do siebie z bazook bez żadnych efektów czy zatrzymywanie kul małego kalibru własnymi mięśniami… Seria ma jednak taki styl i albo się to zaakceptuje albo trzeba zmienić anime.
    Jeśli chodzi o wykonanie techniczne to ja nie mam zastrzeżeń. Nie zauważyłem powtarzalności projektów postaci (powtarzalność to jest u Norihiro, Kishimoto, itd.), a animacja do dziś się broni IMO.
    Serię zdecydowanie polecam wielbicielom filmów sensacyjnych rodem z Hong­‑Kongu i wszystkim tym, którzy chcą poczuć klimat lat 80' i obejrzeć coś egzotycznego, a jednocześnie wciągającego. Niestety kolejne serie są niczym więcej jak klonami City Huntera 1, a odcinki to „spermutowane” wcześniejsze historie. Będę musiał jeszcze obejrzeć Angel Heart'a, ale nadziei na powrót mojego entuzjazmu towarzyszącego mi przy pierwszej serii nie mam.
  • Avatar
    Góral 1.08.2008 18:27
    Re: Zniszczone nadzieje...
    Komentarz do recenzji "Claymore"
    Nie dziwię się Twojej opinii. Twórcy anime zmarnowali świetny materiał jaki oferuje manga, wiele rzeczy pozmieniano, wiele dodano, w efekcie powstał potworek, anime nijakie, które nie jest w stanie zadowolić ani osób, które wielbią mangę, ani tych, którzy nabrali ochoty na dobre anime fantasy/akcji. Zalecam dlatego zabrać się za mangę, jest znacznie, znacznie lepsza i nie ma tam takich niedociągnięć, dziur w fabule czy odpychających postaci.
    Może po przeczytaniu tej wymiany zdań [link]przekonasz się by sięgnąć po pierwowzór anime.
  • Avatar
    Góral 18.06.2008 06:00
    Anime dla bab, czyli krytyki ciąg dalszy
    Komentarz do recenzji "Elfen Lied"
    Pomimo tego, że wszyscy na terenie placówki wiedzieli jak niebezpieczna jest Lucy, dali się sami zmasakrować posyłając żołnierzy z pukawkami, zamiast od razu wysłać snajpera albo wrzucić ładunek wybuchowy. Wszystko po to by pokazać rzeź i by smarki miały radochę, lol. Poza tym po co w ogóle budowali jakiekolwiek drzwi w miejscu gdzie Lucy była trzymana, skoro i tak potrafiła je sforsować w mgnieniu oka. Niby czemu to miało służyć? Oczywiście pytanie retoryczne, znów pokazówka dla dzieci. Ten potwór jest zdolny zniszczyć całą ludzkość, a wysyłają przeciwko niej 12 żołnierzy w tym psychola, rotfl.

    Wygląda na to, że anime jest dla osób nadwrażliwych, które uwielbiają oglądać tandetne melodramaty, co i rusz szlochając w czasie seansu. Innymi słowy dla bab. Tanie chwyty jakie zastosowali twórcy tego anime wystarczyły by zrobić serii reklamę, z kolei nadmierny dramatyzm serii dał pretekst fanom, by doszukiwać się w nim ukrytego, kulturalnego bogactwa. Wierzę, że seria mogła co niektórych poruszyć, ale z pewnością żadnego sensownego przekazu tu nie ma, a już na pewno Elfen Lied nie charakteryzuje głęboka treść, która w rzeczywistości jest bardzo płytka, a wyświechtane, patetyczne, naiwne hasła same rzucają się w oczy. Co ciekawe tą niby głębię dostrzegają wszyscy fani, ale rażących błędów i tego, że twórcy traktują widzów jak idiotów już nie.
  • Avatar
    A
    Góral 2.06.2008 12:47
    Najbardziej przereklamowane anime wszech czasów, czyli cała prawda o Elfen Lied
    Komentarz do recenzji "Elfen Lied"
    Ja należę do osób, które obejrzały ten chłam w całości tylko po to, by nikt później nie zarzucił im, że wypowiadają się w nieznanym sobie temacie. Gdy zabierałem się za oglądanie EL (tzn. jakieś 3 lata temu) byłem nastawiony na hicior, w końcu na Animenfo miało 3­‑cie miejsce i same znakomite recenzje, jednak po 3­‑cim odc., zacząłem się nudzić, a rażące błędy odbierały mi i tak już znikomą przyjemność z oglądania. Stwierdziłem jednak, że skoro tyle czasu poświęciłem na „załatwienie” tego tytułu, powinienem, chociaż ostrzec potencjalne ofiary, które nabrałyby ochoty zerknąć na tą miernotę, a bez obejrzenia całości nie byłbym wiarygodnym krytykiem. Świeżo po obejrzeniu pamiętałem więcej niedoróbek, więc wybaczcie, że poniższa lista jest taka krótka.

    Zestawienie idiotyczności jakie pojawiły się w tym „genialnym” anime.
     kliknij: ukryte 

    „Anime dla osób dojrzałych”, dobre sobie. Pokazywanie ran ciętych explicite jest głupie, chyba że zrobiono by to w sposób realistyczny (no przecież to dla widzów dorosłych jest, jak realizm to realizm). Po co pokazywali przekrój poprzeczny kończyny ? Nie można było po prostu tego pominąć ? Faktem jest, że bachorom baleron bardziej się podobał.
    Z góry przepraszam osoby, które nie potrzebowały by wskazywać im palcem gdzie widzę nieścisłości. Nauczony doświadczeniem, które wyniosłem z innych serwisów, musiałem wiele rzeczy napisać wprost, bo myślenie boli (wystarczy, że przeczytacie odpowiedzi na azunime, gildii, czy filmwebie, a zrozumiecie co mam na myśli).
    EL to głupia krwista rąbanka, a jeśli już miałbym doszukiwać się na siłę głębi to znalazłbym jedynie niezamierzony przez twórców czarny humor. Osoby, które widzą więcej chcą chyba w ten sposób tłumaczyć własne upodobanie sieczki z gołymi nastolatkami.
  • Avatar
    A
    Góral 26.05.2008 20:09
    Trendsetter
    Komentarz do recenzji "Ookami to Koushinryou"
    Anime magiczne. Przypomina mi odrobinę Haibane Renmei, ze względu na niespotykany w innych seriach klimat, choć nie jest to dzieło tego samego kalibru. Trochę niepotrzebnie wrzucono fanserwis, tym bardziej w tak komicznej formie, tzn. goła baba z kitkiem wystającym z… Ja się pytam jakim cudem ogon i uszy miała włochate, a resztę miała wygolone?
    A tak bardziej serio, główna bohaterka jak na kilkusetletniego mędrca (800­‑letniego chyba) zachowywała się momentami niestosownie do swojego doświadczenia i wieku, kokietując Lawrenca i licząc na jego ciepłe słowa niczym nieokrzesana pannica, co wydało mi się dość dziwne. Widać chciano może dotrzeć również do młodszej widowni, dlatego wprowadzono elementy tego rodzaju (goła baba z nadludzkimi możliwościami, zakochana w głównym bohaterze, skąd ja to znam ?). Nie zmienia to jednak faktu, że fabuła była interesująca, a biorąc pod uwagę jej specyfikę ośmielę się stwierdzić, że chwilami wręcz genialna. Ekonomią nie interesuję się prawie wcale, a mimo to nie nużyły mnie te wszystkie wzmianki nt. walut, czy mechanizmów rządzących średniowiecznym rynkiem.
    W skrócie: serię obejrzałem z przyjemnością, duet bohaterów polubiłem i mam ochotę na więcej. Polecam wszystkim zapoznać się z pierwszym odcinkiem.

    Jednej rzeczy nie zrozumiałem dlatego prosiłbym o wyjaśnienie i sprostowanie.  kliknij: ukryte 
  • Avatar
    Góral 21.05.2008 21:04
    Re: BG
    Komentarz do recenzji "Bus Gamer"
    Ryuki25 napisał(a):
    (...) A tak nawiasem mówiąc, z tego co wiem to Bus Gamer jest seinenem.
    Manga może i tak (choć też wątpię), ale anime zdecydowanie nie wygląda mi na seinen. Zresztą różne źródła podają inną odpowiedź na pytanie do jakiej grupy wiekowej zaliczyć Bus Gamer'a. Na Baka­‑Updates jest seinen, a na Wikipedii „shounen”. Bądź co bądź to anime akcji, jednak raczej brak w nim elementów, mogących z założenia zainteresować dojrzalszego odbiorcę.
    Na azunime jest właśnie rozmowa na temat „płynności demograficznych wskaźników” jak to określił Dark Rael. Coś w tym jest.
  • Avatar
    Góral 21.05.2008 19:50
    Starość nie radość
    Komentarz do recenzji "Bus Gamer"
    fm napisał(a):

    3x30min=1,5h. Nie będę wnikać, czy pół godziny wyparowało wskutek zaokrągleń w technikaliach, czy też odliczenia przydługich openingów i endingów, bo nie w tym rzecz. W godzinę czasu też można opowiedzieć kompletną historię. Cieszę się jednak, bo w końcu doszliśmy do konsensusu, że anime w obecnej postaci jest niedoskonałe i przydałyby się w nim 1­‑2 odcinki, żeby zamknąć poszczególne wątki.

    Heh, widać że nie zwracałeś uwagi na wyświetlacz czasu/masz krótką pamięć/ślepo ufasz ANN (niepotrzebne skreślić).
    Bus Gamer
    W nawiasach czas trwania bez openingu i endingu.

    Odc. 1 czas trwania 23 min. 44 s (20:50 +-1s)
    Odc. 2 23 min. 19 s (20:09 +-1s)
    Odc. 3 23 min. 29 s (20:22 +-1s)
    W sumie 70 min. 25 s (61:11 +-3s)
    Dla porównania:
    Read or Die OAV
    Odc. 1 31 min. 50 s (27:45)
    Odc. 2 30 min. 56 s (27:36)
    Odc. 3 33 min. 35 s (32:05)
    W sumie 96 min. 21 s (87:26 +-3s)
    Różnica ponad 26 min. wiele mówi. W przypadku pozostałych 2 tytułów różnica byłaby jeszcze większa.

    Co do konsensusu. Ja nigdzie nie napisałem, że nie zgadzam się z twierdzeniem, że anime jest niedoskonałe. Chciałem jedynie podkreślić, że w swojej klasie ciężko znaleźć coś lepszego. Z pustego i Salomon nie naleje, mając zaledwie 61 min. ciężko wymagać opowiedzenia kompletnej historii. Podobne zarzuty miał Zegarmistrz do „Blood: The Last Vampire” i również nie zgodziłem się z jego oceną.
    Widzę jednak już skąd ta różnica zdań. Ja należę do osób, które wolą otwarte zakończenia (vide Berserk) miast inwencję własną animatorów, bo przeważnie kończy się to fatalnie, czego najlepszymi przykładami są FMA, Claymore, Trigun.

    Co się tyczy zaś mojego taniego (nie przeczę) argumentu „shouneny nie są dla dziewczyn”. Jest to istotna sprawa moim zdaniem, nie chciałbym bowiem, by miłośniczka historii miłosnych recenzowała Rambo 4. Nie wiem jak jest w tym przypadku, ale skoro recenzentka już na początku sama zaznaczyła, że anime skierowane jest do innej grupy odbiorców…
    Gdybyś zrecenzował Bus Gamer'a Ty fm, tego rodzaju zarzut nie miałby miejsca, ale w przypadku dziewczyny nie wiem czy np. brakowało historii miłosnej, by seria mogła się spodobać. Zaczynam jednak dostrzegać, że mamy po prostu z moshi_moshi całkowicie odmienny gust (choćby co najwyżej przeciętny D.Gray­‑man został przez nią wysoko oceniony), dlatego postaram się więcej nie czepiać do jej recenzji, a tym bardziej nie stosować argumentu „jesteś dziewczyną, więc się nie znasz”. Przepraszam za czepialstwo moshi_moshi, recenzuj dalej shouneny, a nuż w końcu się zgodzimy co do oceny anime :).