Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

B6: The Game

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10
fabuła: 6/10 muzyka: 8/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 13 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,31

Ocena czytelników

8/10
Głosów: 239
Średnia: 7,63
σ=1,67

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Ef – a tale of melodies

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2008
Czas trwania: 12×24 min
Gatunki: Dramat, Romans
Postaci: Artyści, Uczniowie/studenci; Pierwowzór: Gra (eroge); Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność
zrzutka

Czy można zrobić dobre anime, dodając do prostej historii oryginalną grafikę? Klimat pierwszej części gdzieś się rozpłynął…

Dodaj do: Wykop Wykop.pl

Recenzja / Opis

Czego widz może oczekiwać po seansie pierwszej części ekranizacji gry? Z pewnością prostej opowiastki, podanej w ciekawej i oryginalnej formie. Pomimo nieskomplikowanej fabuły, twórcom udało się wytworzyć odpowiedni klimat m.in. poprzez eksperymenty graficzne, które nie tylko zatuszowały braki animacji, ale również stały się znakiem rozpoznawczym serii.

W Ef – a tale of melodies ponownie przeplatają się dwie historie. Pierwsza z nich umiejscowiona jest w połowie lat osiemdziesiątych i skupia się na osobie nastoletniego Yuu Himury, który pewnego dnia poznaje Yuuko Amamiyę. Chłopak nie bardzo wie, czego dziewczyna od niego chce, i z początku stara się jej unikać. Powoli i nie bez trudności tych dwoje zaczyna się do siebie zbliżać. Akcja drugiego wątku zaczyna się zaraz po zakończeniu poprzedniego. Nastoletnia Mizuki podczas pobytu u swojego kuzyna Renjiego poznaje jego sąsiada, sympatycznego, ale nieprzystępnego skrzypka. Z początku Kuze jest miły, ale trzyma dziewczynę na dystans i dopiero po jakimś czasie zaczyna się angażować uczuciowo. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie widmo choroby, która w każdej chwili może pokonać utalentowanego muzyka…

Oglądając Ef – a tale of melodies zastanawiałam się, czy to druga seria rzeczywiście jest gorsza od poprzedniczki, czy to moje podejście zmieniło się tak diametralnie w ciągu ostatniego roku. Zdecydowanie największą zaletą pierwszej serii był klimat: senne miasteczko gdzieś jakby poza czasem i kilkoro bohaterów, których losy przeplatają się ze sobą. W ich historiach obecne były zarówno radość, jak i tragedia, rozłożone jednak umiejętnie, dzięki czemu dało się przełknąć może trochę wymuszony dramatyzm. W drugiej serii ponownie zaserwowano widzom dwie historyjki, lecz niestety tym razem całość oparto głównie na tragediach, z jakimi przyjdzie się zmierzyć nowym bohaterom. Zacznijmy od drugiej przytoczonej we wstępie historii. Młodziutka i niedoświadczona przez życie Mizuki usilnie stara się zdobyć uczucie Shuuichiego Kuze, który jest dorosłym mężczyzną, w dodatku śmiertelnie chorym. Związek ten jest o tyle nieudany, że przez bite dwanaście odcinków starano mi się wmówić, że czysta i niewinna miłość jest w stanie pokonać wszelkie przeciwności. Historia ta, grubymi nićmi szyta, próbuje przekazać rzeczy ważne, jednakże robi to w sposób schematyczny, znany z telenowel, których celem jest wyciśnięcie z widzów mnóstwa łez i właściwie nic poza tym. Twórcy rzucają bohaterom kłody pod nogi, z lubością penetrując mroczne zakamarki ich osobowości. Następujące po sobie wydarzenia zbliżają, zdawać by się mogło, do emocjonującego finału, w praktyce jednak dokonano typowego zabiegu deus ex machina, który stawia pod znakiem zapytania wszystko to, co miało miejsce. Z początku trochę lepiej prezentował się wątek Yuu i Yuuko, jednak ostatecznie i ten utonął w morzu tragedii, które po kolei odsłaniane skutecznie odbierały mi przyjemność z oglądania. Owszem, można było dopatrzeć się i optymistycznych momentów, lecz gdy tylko jakaś sytuacja się w miarę ustabilizowała, dokładano do kominka kolejne drewienka z napisem „tragedia”, by nie zgasł rozniecony wcześniej ogień. Fabuła rozplanowana jest w miarę równomiernie i akcja posuwa się powoli do przodu, nie popadając przy tym jednak w denerwujące dłużyzny. Anime stara się być dramatem obyczajowo­‑psychologicznym, ale właściwie na próbach się kończy, a całość balansuje na granicy niezamierzonej groteski, która objawia się zwłaszcza w późniejszych odcinkach. Początek daje pewne nadzieje, samo zakończenie również nie jest takie złe, lecz rozwinięcie historii, a już zwłaszcza momenty kulminacyjne, przedstawiono w sposób naiwny i całkowicie niewiarygodny.

Mieszane uczucia mam również w stosunku do bohaterów. Nie są oni całkowicie bezbarwni i nieudani, ale ich osobowości przesadnie udramatyzowano. Yuu Himura, napiętnowany przez swoją przeszłość, ma oczywisty problem z pogodzeniem się z rzeczywistością i obecnością Yuuko, która z kolei również (dziwne, prawda?) skrywa tragiczne wspomnienia z dzieciństwa, a i jej obecna sytuacja nie nastraja optymistycznie. Bohaterowie uczą się siebie nawzajem. Pogrążony w ciągłej depresji Kuze jest chyba najbardziej tragiczną postacią całej serii. Miły dla innych, naprawdę przeżywa wielki dramat i mając przed sobą widmo nieuchronnej śmierci, która uniemożliwia mu w dodatku występy na scenie, funduje widzom długie i emocjonalne monologi, wyrażające jego żal. Z tymi trzema osobowościami skonfrontowano postać młodziutkiej i niewinnej Mizuki, która stanowi jedyny jasny punkt w tej otchłani rozpaczy. Pragnie pomóc skrzypkowi poradzić sobie z problemem i ulżyć mu choć odrobinę w cierpieniu, jednak już na pierwszy rzut oka widać, że się do tego nie nadaje. Szkoda tylko, że twórcy tego nie zauważyli i usilnie starali się pokazać jej zbawienny wpływ na udręczonego Kuze. Sęk w tym, że do mnie nieszczególnie trafiają jej zapewnienia o miłości i chęć wsparcia, biorąc pod uwagę krótkość znajomości i wiek owej bohaterki, która raczej nie ma za sobą poważniejszych związków i nie ma pojęcia o odpowiedzialności za coś więcej niż zwierzątko domowe. Plusem w tej sytuacji była przyjaciółka Kuze z dzieciństwa, która stara się uświadomić Mizuki, iż nie poradzi sobie w tej trudnej sytuacji. Ostatecznie jednak i ona poddaje się „sile prawdziwej miłości”, dając za wygraną. Lepiej prezentują się relacje Yuu i Yuuko, które pomimo piętna tragicznej przeszłości rozwijają się w miarę naturalnie. Niestety zgodnie ze stwierdzeniem, iż każda róża ma kolce, sytuacja, w jakiej ta dwójka się znalazła, jest wyjątkowo trudna, dramatyczna, a przy tym zakręcona do tego stopnia, że aż trudno w nią uwierzyć. Wątek Mizuki i Kuze przez większość czasu prowadzony jest całkiem sprawnie i dopiero pod sam koniec zbudowana przez twórców układanka rozlatuje się. Podobnie jest z Yuu i Yuuko, jednak tam rozpad zaczyna się wcześniej.

W pierwszej części bardzo spodobały mi się efekty graficzne. Studio SHAFT elegancko potrafiło ukryć braki w budżecie, szczególnie widoczne w projektach postaci oraz ich animacji. Podobnie jak poprzednio, również Ef – a tale of melodies dysponuje bogatą paletą efektów. Fani eksperymentów powinni być zachwyceni zmianą kolorów, sepią, szkicami, mozaikami, wszechobecnymi tekstami pojawiającymi się w tle oraz wszystkimi innymi zabiegami. O ile poprzednio wywarło to na mnie bardzo pozytywne wrażenie, o tyle już w tym przypadku denerwowała nachalność i powtarzalność niektórych rozwiązań. Miałam wrażenie, iż w drugiej serii twórcy nie tyle chcieli wzbogacić prostą historię, ile wypełnić jej braki oderwanymi od rzeczywistości obrazami. Owszem, udało się to poprzednio, tutaj jednak stanowi jedynie dodatek, który jeszcze bardziej uwypukla luki w fabule i charakterach postaci. Projekty bohaterów nie uległy jakimkolwiek zmianom i nadal prezentują się przeciętnie. Ładnie skomponowano natomiast kadry do animacji początkowej, której tradycyjnie towarzyszy engrish Elizy w żywiołowej piosence Ebullient Future. Natomiast seiyuu Mizuki, Mai Gotou, ma dość ograniczoną skalę głosu, co wyraźnie słychać w wykonywanym przez nią endingu Egao no Chikara, który jest kolejną typową słodziutką pioseneczką j­‑popową. Bardzo spodobały mi się za to instrumentalne utwory ilustrujące wydarzenia. Dominują subtelne i melancholijne solówki na fortepian bądź duet ze skrzypcami. Do gustu najbardziej przypadły mi A moon filled sky i Confession, będące instrumentalną wersją openingu. Ich niezwykłą urodę można jednak docenić dopiero w oderwaniu od obrazu, gdyż w samym anime giną gdzieś pomiędzy dialogami a eksperymentami graficznymi.

Ef – a tale of melodies jest jednym z wielu przeciętnych anime, które wyróżnia się z tłumu eksperymentalną grafiką. Odpowiadając na pytanie ze wstępu, powiem: można, ale trzeba robić to umiejętnie, gdyż w tym przypadku widać, że ta „prosta historyjka” musi jakiś poziom reprezentować. Teoretycznie obecni są dawni bohaterowie, jednak ich rola ogranicza się do pełnienia roli statystów w pustym mieście, gdzie znikąd może pojawić się rozpędzony samochód. Trzeba jednak przyznać, że odrobina magii, obecna przy rozwiązaniu wątku Yuu i Yuuko, tworzy klimat ostatniego odcinka, ale tylko tego jedynego, bo poprzednie jedenaście miało swoje wzloty i upadki średnio utrzymując tendencję spadkową. Nie wiem, czy to kwestia tego, że uodporniłam się na łzawe dramaty i chwyty niczym z opery mydlanej, czy rzeczywiście kontynuacja Ef – a tale of memories jest słabsza. Różnica w prowadzeniu historii i natężenie dramatyzmu są jednak widoczne i pozostaje jedynie spekulować, czy nie można było bardziej się postarać przy tworzeniu tego anime. Nie znaczy to jednak, iż nie znajdzie ono grona fanów. Będą nim zachwyceni przede wszystkim miłośnicy oryginalnej serii i ci, którzy cenią melodramaty w najczystszej postaci. Oni na pewno nie będą zawiedzeni. A pozostali? Niech zdecydują sami.

Enevi, 25 stycznia 2009

Recenzje alternatywne

  • Mitsurugi - 10 lutego 2009
    Ocena: 9/10

    Drugi sezon oryginalnej, nowatorskiej i udanej serii z 2007 roku, wyróżniającej się poważnym podejściem do tematu marzeń i miłości. W nowej odsłonie mamy do czynienia z nowymi bohaterami i nowymi przygodami. To całkiem nowa historia. więcej >>>

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: SHAFT
Autor: Minori
Projekt: 2C Galore, Naru Nanao, Nobuhiro Sugiyama
Reżyser: Shin Oonuma
Scenariusz: Katsuhiko Takayama
Muzyka: Eiichirou Yanagi, Tenmon