Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Mochicon - konwent

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

6/10
postaci: 6/10 grafika: 9/10
fabuła: 6/10 muzyka: 6/10

Ocena redakcji

7/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 7,00

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 47
Średnia: 7,06
σ=1,51

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

List do Momo

Rodzaj produkcji: film
Rok wydania: 2011
Czas trwania: 120 min
Tytuły alternatywne:
  • Letter to Momo
  • Momo e no Tegami
  • ももへの手紙
Postaci: Bóstwa, Dzieci, Uczniowie/studenci; Miejsce: Japonia; Czas: Współczesność; Inne: Magia
zrzutka

Pełna graficznego rozmachu opowieść o dziewczynce, która próbuje się odnaleźć po tragicznej śmierci ojca. Film piękny, ale pozbawiony emocji.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Arashi

Recenzja / Opis

Po śmierci ojca Momo przeprowadza się z gwarnego Tokio na niedużą spokojną wyspę, do rodzinnego domu matki. Dziewczynka nadal nie potrafi pogodzić się z utratą ukochanego taty, zwłaszcza że ich ostatnie spotkanie zakończyło się kłótnią. Po pogrzebie bohaterka znajduje w szufladzie niedokończony list od ojca, zaadresowany właśnie do niej – cały czas zastanawia się, co chciał jej przekazać. Mama Momo lepiej znosi samotność, a przynajmniej takie sprawia wrażenie, ponieważ po powrocie w rodzinne strony od razu rzuca się w wir pracy, zostawiając córkę samą. Nowe otoczenie tylko pogłębia odizolowanie Momo, która spędza całe dnie zamknięta w czterech pustych ścianach. Jednak pewnego dnia jej nudne życie ulega zmianie – bohaterka słyszy dziwne głosy i widzi niewyraźne zarysy nieznanych istot, a z lodówki zaczyna znikać jedzenie. Po rozmowie z dziadkiem dochodzi do wniosku, że nie zwariowała, a stary dom nawiedzają youkai. Iwa, Kawa i Mame okazują się kłopotliwymi, ale niegroźnymi lokatorami, którzy z jakiegoś powodu nie chcą zostawić dziewczynki i jej mamy w spokoju.

List do Momo umknął mojej uwadze, dopiero niedawno odkryłam jego istnienie i zaintrygowana bardzo pozytywnymi komentarzami oraz wysokimi ocenami, postanowiłam nadrobić zaległości. Słodko­‑gorzka opowieść o dojrzewaniu i radzeniu sobie z utratą najbliższej osoby nie porwała mnie jednak tak, jak pokrewne duchowo historie studia Ghibli. Odniosłam wrażenie, że film jest mocno przegadany i zbyt „wyrachowany”, chwilami wręcz nieszczery. Po pierwsze, zawiodła kompozycja – dwie godziny to naprawdę długo i trzeba nie lada umiejętności, żeby sensownie rozplanować wydarzenia, tak aby widz nie nudził się podczas seansu. Tymczasem pierwsza część filmu wlecze się niemiłosiernie, twórcy zdecydowanie zbyt dużo miejsca poświęcili na zaprezentowanie pięknych krajobrazów i błąkającej się bez celu po mieście Momo. Być może to tylko moje odczucie, ale wydawało mi się, że ktoś wali mnie po głowie wielkim młotkiem, mającym mi uświadomić, jak biedna, zagubiona i nieszczęśliwa jest bohaterka. Naprawdę nie jestem pozbawioną empatii kłodą drewna, dotarło za pierwszym i drugim razem, kolejne wzbudzały już raczej irytacją niż litość i współczucie. Znacznie lepiej wypada druga część filmu, zawierająca kilka dramatycznych wydarzeń i efektowny finał, w którym Momo kreowana jest na prawdziwą bohaterkę. Inna sprawa, że mimo magicznej interwencji, podobnej do tej z Mojego sąsiada Totoro, końcówka wypada wyjątkowo nieprzekonująco. Zachowanie dziewczynki jest głupie i nieodpowiedzialne, choć można to złożyć na karb wieku i wyjątkową sytuację, gorzej, że w jej idiotyczny plan zostaje wciągnięty dorosły, który bez szemrania zgadza się na grożącą śmiercią eskapadę.

Po drugie, twórcy nie wykorzystali potencjału drzemiącego w postaciach i relacjach je łączących. Ograniczono się do konfliktu dziewczynki z ojcem, braku porozumienia z nieobecną matką i nieprzemyślanych szaleństw z trzema demonami. Zarówno sympatyczni dziadkowie Momo, jak i poznane na wyspie rodzeństwo, Youta i Umi, zostali sprowadzeni do roli statystów. To przykre, ale brak ludzkich interakcji sprawił, że jedynymi towarzyszami protagonistki zostały youkai, znacznie mniej urocze i pozbierane niż ich ghiblikowe odpowiedniki. Co tu dużo mówić, Iwa, Kawa i Mame są bandą złodziejaszków i nicponi, zupełnie nieprzejmujących się powierzoną im misją. Zamiast pomagać i pilnować, głównie szkodzą, rozmyślając o dawnej chwale. Dopiero na końcu zaczynają traktować swoje zadanie poważnie, ale tylko dlatego, że nagle przypominają sobie, jaka kara czeka ich za porażkę.

W ogóle mam olbrzymi problem z postaciami, ponieważ wydały mi się bardzo sztuczne i robione według nieszczególnie udanego wzoru. Momo miała wzruszać, wzbudzać współczucie, tymczasem drażni brakiem wyobraźni i ogólnym rozmamłaniem. Podczas seansu nie widziałam zdruzgotanej śmiercią ojca dziewczynki, tylko rozpuszczoną i obrażoną na cały świat nastolatkę, która odtrąca każdą wyciągniętą w jej stronę rękę. Poza tym drażnił mnie brak wyobraźni bohaterów – szaleńczy rajd na platformie służącej do poruszania się po polu tarasowym mandarynek, ucieczka z domu na chwilę przed uderzeniem tajfunu czy wspomniana już idiotyczna eskapada, która zapewne zakończyłaby się śmiercią, gdyby nie demoniczna interwencja. Jestem pewna, że wielu widzów uzna rzeczone pomysły za objaw samotności i niezrozumienia czy zabawę, ale mnie strasznie one zgrzytały. Tym bardziej że części z nich mogli zapobiec dorośli, a część powinna mieć przykre konsekwencje. Tymczasem Momo do końca traktowana jest jak prawdziwa bohaterka ewentualnie kryształowa figurka, zbyt delikatna, by zwrócić jej uwagę, bo jeszcze się potłucze.

Jeszcze gorzej wypadają jej nadnaturalni towarzysze, niezbyt zabawni, za to skrajnie irytujący. Nie do końca rozumiem, po co w ogóle pojawiają się w filmie, skoro nie potrafią, a nawet nie chcą wykonać zadania, jakie otrzymali. Zamiast pomagać, ściągają na Momo tylko kłopoty, a nawet narażają ją na niebezpieczeństwo. Są samolubni i lekkomyślni – ktoś powie, że przecież to youkai. Zgoda, tyle że właśnie za swoje zachowanie ponieśli karę i teraz pokutują, chociaż ta pokuta średnio im wychodzi. Szczerze mówiąc, gdyby wyrzucić ich ze scenariusza, produkcja straciłaby najwyżej jedną czy dwie dobre sceny, za to widz oszczędziłby nerwów…

List do Momo ślizga się po poruszanym temacie i próbuje chwycić zbyt wiele srok za ogon jednocześnie. Nie nazwałabym tego anime historią o dojrzewaniu, bo Momo nie dojrzewa w żaden sposób, nie przechodzi też żadnej znaczącej przemiany, może poza tą, że zaczyna się odzywać do otaczających ją osób jak normalny człowiek, a nie jaśnie panienka. Twórcy upchnęli do scenariusza zbyt wiele klisz, nie pozostawiając wyobraźni widza nawet kawałeczka pola do działania. Pod koniec dramaty i tragiczne zbiegi okoliczności piętrzą się niczym piramida Cheopsa. Kiedy natomiast dla odmiany wypadałoby coś wyjaśnić, twórcy zbywają to machnięciem ręki, licząc na to, że widz nie zauważy lub przymknie oko, zachwycony odwagą głównej bohaterki i efektowną oprawą graficzną.

Tu muszę pochylić czoła, bo grafika naprawdę robi wrażenie. Tła to prawdziwy majstersztyk – piękne, akwarelowe krajobrazy, pełne detali i realizmu od razu przykuwają wzrok. Urzekły mnie zwłaszcza wąskie uliczki i gęsta, zabytkowa drewniana zabudowa. Nie inaczej jest z wnętrzami, doskonale rozrysowanymi, charakterystycznymi, którym daleko do ikeowskiej sterylności. Jedyną rzeczą, jaka mi zgrzytała, było wyludnienie – patrząc na kolejne sceny, odnosiłam wrażenie, że oprócz postaci pojawiających się w anime w mieście nikt nie mieszka i wszystkie te śliczne domy stoją puste. Wracając jednak do zalet, warto zwrócić uwagę na wspaniałe efekty luministyczne – graficy doskonale operują światłem, nadając klimat poszczególnym scenom, co najlepiej widać przy nagłych zmianach pogody, przed ulewą czy tajfunem. Bardzo podobało mi się lekko rozproszone i rozmazane światło reflektora, widoczne, kiedy listonosz wjeżdża na skuterze na przydomowe podwórko Momo podczas ulewy. Takich pięknych ujęć jest w anime na pęczki. Nieco gorzej ma się sprawa projektów postaci. Widać, że starano się im nadać realistyczny rys, ale że ludzka twarz to skomplikowana „maszyneria”, mimika chwilami przypomina parodystyczny grymas. Nie do końca poradzono sobie także z trudniejszymi ujęciami, kiedy kamera musi wykonać nagły zwrot lub pokazać postać pod nietypowym kątem, zdarzają się wtedy bardzo nieanatomiczne krzywizny. Daruję sobie dokładny opis projektów demonów, ponieważ nawiązują one do japońskiego folkloru i na pewno widzieliście już nie raz i dwa podobne istoty.

Duży plus należy się również za użycie efektów komputerowych, przemyślane i zgrabnie wkomponowane w tradycyjnie wykonane sceny. Nieco słabiej wypada animacja – o nie do końca udanej mimice już pisałam, ale film ma jeszcze jeden dość poważny problem, mianowicie jest do bólu statyczny. Efektowne, pełne dynamiki sceny da się policzyć na palcach jednej ręki i żeby nie było nieporozumień, nie oczekuję od okruchów życia fajerwerków i układów choreograficznych godnych One­‑Punch Mana, ale przydałoby się wlać trochę życia w to cudne akwarelowe miasteczko. Tymczasem ludzi jak na lekarstwo, a większość ujęć przypomina ilustracje z bogato wydanej, ale jednak książki. To ubóstwo ruchowe może nie byłoby tak widoczne, gdyby właśnie nie te wręcz efekciarskie momenty. Poza tym nie ustrzeżono się drobnej wpadki – podczas tajfunu woda leje się z bohaterów strumieniami, ale jakimś cudem ich ubrania pozostają suche. Co prawda po powrocie do domu ktoś zwraca uwagę, że przemoczona Momo powinna się przebrać, ale jej ciuchy wyglądają na suche. Jedyny wniosek jaki się nasuwa jest taki, że ktoś nie potrafi rysować mokrych ubrań (włosów zresztą też).

Muzycznie anime prezentuje się przyzwoicie, ale nic ponadto. Większość kompozycji w ogóle nie wyróżnia się z tła, nawet kiedy mamy do czynienia z ważnymi wydarzeniami. Piosenka towarzysząca napisom końcowym wydała mi się infantylna i kiepsko zaśpiewana, ale zapewne wynika to z mojej alergii na słodkie piskliwe głosiki. Równie przeciętnie, co ścieżka dźwiękowa, wypadają seiyuu, wśród których dominują osoby z niewielkim doświadczeniem lub takie, które lata świetności mają już za sobą, ewentualnie ich uwagę zaprzątają grane od wielu lat role.

Szykując się do seansu Listu do Momo liczyłam na ciepłą, odrobinę melancholijną opowieść o układaniu sobie życia po śmierci kogoś ważnego. Miało być wzruszająco, trochę dramatycznie, ale też optymistycznie. Pierwsze sceny nastroiły mnie pozytywnie, ale magiczny nastrój szybko prysł, zastąpiony nudą i oczekiwaniem, aż wreszcie coś się wydarzy, a bohaterka przestanie zachowywać się jak kosmitka i to bardzo niewychowana. To oczywiste, że okruchy życia rządzą się swoimi prawami, ale czy to oznacza, że mają być mdłe, nudne i bezbarwne? Piękna grafika nie zastąpi dobrego scenariusza i ciekawych, wiarygodnych bohaterów, z którymi możemy się utożsamiać lub sympatyzować. Mam wrażenie, że ktoś bardzo pragnął powtórzyć sukces historii o Totoro, stworzyć film dla każdego, rozrywkowy, ale jednocześnie mówiący o rzeczach ważnych, zebrał więc potrzebne motywy i schematy, a potem wrzucił je do wora, mocno nim potrząsając. Wyszło jednak dzieło wykalkulowane, zimne i nijakie, pozbawione tej iskry, jaką ma Mój sąsiad Totoro czy chociażby Wilcze dzieci. Ot, piękna wydmuszka, kolorowa i błyszcząca, ale pusta w środku.

moshi_moshi, 19 marca 2017

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Production I.G.
Projekt: Hiroyuki Okiura, Masashi Andou, Toshio Kawaguchi
Reżyser: Hiroyuki Okiura
Scenariusz: Hiroyuki Okiura
Muzyka: Mina Kubota