Tanuki-Anime

Tanuki.pl

Wyszukiwarka recenzji

Forum Kotatsu

Anime

Oceny

Ocena recenzenta

4/10
postaci: 4/10 grafika: 6/10
fabuła: 3/10 muzyka: 7/10

Ocena redakcji

5/10
Głosów: 6 Zobacz jak ocenili
Średnia: 4,67

Ocena czytelników

7/10
Głosów: 199
Średnia: 6,71
σ=1,84

Kadry

Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Zrzutka
Źródło kadrów: Własne (Enevi)
Więcej kadrów

Wylosuj ponownieTop 10

Kami-sama no Inai Nichiyoubi

Rodzaj produkcji: seria TV
Rok wydania: 2013
Czas trwania: 12×24 min
Tytuły alternatywne:
  • Sunday Without God
  • 神さまのいない日曜日
zrzutka

O tym jak pewna dziewczynka pragnie ocalić opuszczony przez Boga świat.

Dodaj do: Wykop Wykop.pl
Ogryzek dodany przez: Avellana

Recenzja / Opis

A siódmego dnia Bóg opuścił świat i od tego momentu nikt się nie urodził i nikt nie mógł umrzeć. Pojawiły się jednak istoty zwane Grabarzami, które jako jedyne są w stanie dać ludziom upragnioną śmierć. W takiej rzeczywistości przyszło żyć dwunastoletniej Ai, która mieszka w małej wiosce i od śmierci matki opiekuje się tamtejszym cmentarzem, gdzie niestrudzenie kopie mogiły dla każdego mieszkańca… Nie jest zwykłym człowiekiem, gdyż przyszła na świat, kiedy to teoretycznie było już niemożliwe i odziedziczyła po rodzicielce moce Grabarza. Spokojne dni niespodziewanie przerywa pojawienie się młodego mężczyzny, Hampniego Hambarta, który zabija mieszkańców wioski i sugeruje zszokowanej Ai, że wcale nie jest Grabarką. Dziewczynka dopiero w tym momencie zaczyna zdawać sobie sprawę, jak niewiele wie o świecie… A co gorsza, Hampnie to imię ojca, którego Ai zna tylko z opowiadań matki…

Co byście pomyśleli, gdybyście zobaczyli słodką dziewuszkę, która z ogromnym zapałem i uśmiechem na twarzy co dzień kopie groby dla swoich najbliższych? Sama wizja pewnie prezentuje się dość upiornie, albo wyjątkowo absurdalnie, albo i tak i tak jednocześnie. Świat pozbawiony wszelkiej nadziei, gdzie pałętają się hordy gnijących ludzi, którzy nie są w stanie umrzeć, też nie wydaje się szczególnie urokliwym i spokojnym miejscem… Czy kolejny przystanek to otchłań rozpaczy czy może przysłowiowe piekło na Ziemi? Cóż, trudno powiedzieć. Ale jedno jest pewne: ktoś wpadł na pomysł, żeby taką wizję przenieść na papier i już pierwszy tomik zapewnił autorowi nagrodę przyznawaną przez wydawnictwo Fujimi Shobo. Od 2010 roku wyszło osiem tomów, a ciąg dalszy wciąż powstaje. W skrócie? Kolejna niezakończona opowieść, której postanowiono zrobić animowaną reklamę – tym razem nie manga, a light novel, chociaż efekt w sumie taki sam.

Jednym z głównych problemów ekranizacji nadal wychodzących książek/komiksów jest brak możliwości udzielenia odpowiedzi na wszystkie/jakiekolwiek pytania zadane na początku scenariusza. Jest to kłopotliwe, tym bardziej w przypadku, gdy mechanika świata przedstawionego nie ma nic wspólnego z naszym lub kanonem fantastycznym, a zagadki piętrzą się pod sam sufit. Tak jest również w tym przypadku i choć dostajemy ciekawe i całkiem oryginalne założenia fabularne, w ostateczności z seansu anime dowiadujemy się bardzo niewiele. Nawet rzucane co jakiś czas podpowiedzi i drobne wyjaśnienia nijak nie budują spójnej wizji, a co gorsza, niektóre pomysły twórców bardzo wyraźnie nie trzymają się kupy. Pytanie brzmi: ile w tym winy autora pierwowzoru, a ile inwencji własnej ekipy anime? Dla widza, który ma do czynienia tylko z serialem, to mało istotne, a niestety ta ekranizacja jako twór samodzielny raczej się nie wybroni.

Niewątpliwą zaletą w tym przypadku jest epizodyczność, gdyż to pozwala na mniej lub bardziej, ale chociaż częściowe zakończenie serii, nawet bez doprowadzania do końca wszystkich wątków. Poszczególne historyjki muszą być jednak wystarczająco wciągające, aby utrzymać uwagę widza. Fakt, że wysłanie bohaterki w podróż po świecie jest wygodne i umożliwia taką konstrukcję, wcale nie znaczy, że każdemu uda się coś takiego dobrze opowiedzieć. Tym bardziej że w tym przypadku tempo wydarzeń i brak jakichkolwiek, nawet drobnych sugestii, sprawiają, iż ma się wrażenie, że bohaterowie to przerzucane z miejsca na miejsce pionki. Jak potrzeba, można dostawić kolejne, życiem rządzi przypadek i ogólnie panuje wolna amerykanka bez chociażby naszkicowanych ogólnych zasad gry. Całość może nawet przywodzić na myśl Kino no Tabi, w którym młodziutka bohaterka również podróżuje po świecie, ale tam wszystko jest jasno ustalone, a poszczególne epizody trzymają dość wysoki poziom. Tutaj nie bardzo wiadomo, czego się chwycić, a dwie z czterech części są po prostu słabe. Całość można porównać do jazdy kolejką górską we mgle, bo raz mamy do czynienia z ciekawszą historią, a raz z gorszą, ale ponieważ niewiele widać, nie bardzo wiadomo, czego spodziewać się dalej.

Kami­‑sama no Inai Nichiyoubi jest również kolejną serią, która padła ofiarą sinusoidy atmosferycznej. Przypadłość ta cechuje się nagłymi i gwałtownymi przeskokami między dramatem a komedią. Wstęp i ogólne założenia sugerują raczej historię w poważniejszych tonach i choć nic nie stoi na przeszkodzie, by momentami delikatnie rozjaśnić ponurą wizję, tutaj jaskrawe plamy humoru psują całą kompozycję i wciskane są wyjątkowo na siłę. Nie, nie chciałam, żeby seria ta skończyła jako łzawy dramat, ale wzięte dosłownie z Księżyca wstawki komediowe rujnują klimat, który dość nieśmiało, ale jednak wygląda zza kurtyny.

Miłym zaskoczeniem było natomiast to, że anime udało się uniknąć bardzo denerwującego schematu z potwornie naiwnym dobrem wcielonym, które wyrusza z wielką misją zmiany świata. Oczywiście Ai już na samym początku podróży deklaruje, że pragnie ocalić świat, ale biorąc pod uwagę, że ma tylko dwanaście lat, całe życie spędziła w małej wiosce i nie ma o większości rzeczy bladego pojęcia, można przymknąć na to oko. Tym bardziej że wraz z kolejnymi przygodami podejście bohaterki ulega subtelnej zmianie i dziewczynka dochodzi do wniosku, że najpierw musi dobrze świat poznać, zanim zacznie myśleć, jak zmienić go na lepsze. Rzeczywistość nieraz weryfikuje jej poglądy i nie wszystko daje się zmienić, bo inni też mogą mieć rację – zwłaszcza w sprawach, gdzie obie strony medalu podobnie błyszczą i wyglądają w cieniu. Szkoda tylko, że ciekawe i mogące dawać do myślenia problemy rozwiązywane są jak za dotknięciem magicznej różdżki, zaś samej Ai wszystko przychodzi bardzo łatwo, podobnie jak zupełnie przypadkowo spotyka zawsze właściwych ludzi.

Przyznam szczerze, że z początku na sam widok głównej bohaterki dostawałam drgawek, gdyż zdawała się uosabiać wszystko to, czego w anime nie lubię. Naiwna i głupiutka chodząca słodycz, która potyka się o własne nogi, zdecydowanie nie należy do akceptowanego przeze mnie typu postaci. Na szczęście nie taka Ai straszna, jak ją malują i, jak napisałam w akapicie powyżej, z czasem wyrabia się i można powiedzieć, że staje się sympatyczna. Nadal pozostaje młodziutką i kompletnie niedoświadczoną życiowo panienką, ale przynajmniej nie widzi świata w czarno­‑białym kontraście i zauważa odcienie szarości. Niestety, nawet jeżeli sama Ai jest postacią względnie spójną i dającą się lubić, tak już reszta obsady okazuje się zdecydowanie mniej udana.

Wspomniany we wstępie Hampnie może i ma potencjał, ale jego historia, przedstawiona w telegraficzny sposób, nie porusza szczególnie, zaś ekspresowe odstawienie na dalszy plan było tyleż niespodziewane, co bezsensowne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, kogo ostatecznie wybrano na kompanów Ai w podróży po świecie. Poznajemy bowiem Juliego, który powodowany zemstą, ściga Hampniego, i w jednej chwili gotowy jest go zabić, a już w następnej zachowuje się jak gdyby nic się nie stało. Scenarzyści pomiatają nim, aż się kurzy, gdyż raz jest odpowiedzialny, a już zaraz zupełnie nie myśli, by bohaterka mogła wpakować się w tarapaty, które popchną fabułę do przodu. Pojawia się również najprawdziwsza Grabarka, zwana Scar, o której przeszłości nie dowiadujemy się kompletnie nic. Ot, jest i tyle. Choć w jej psychice zachodzą pewne zmiany, to właściwie nie zostaje nawet powiedziane, dlaczego tak się dzieje, skoro niosące wieczne ukojenie boskie twory teoretycznie nie powinny posiadać emocji. Wprowadzenie jej do fabuły dawało też nadzieje na jakiekolwiek, chociaż najbardziej subtelne wskazówki co do istoty Grabarzy, jednakże nic takiego nie uświadczymy. Z jednoodcinkowej wycieczki do ich rzekomego miejsca pochodzenia można wysnuć jedynie oczywisty wniosek, że Grabarze istnieją, bo tak. Jeśli zaś chodzi o postaci epizodyczne, to w większości mamy do czynienia z mniej lub bardziej denerwującymi statystami bądź chodzącymi schematami. Wprawdzie w drugiej połowie pojawia się wyjątek w postaci chłopaka imieniem Alice, ale jego rozwój zostaje z kolei zrujnowany przez kompletnie nieprzemyślaną końcówkę, która notabene odkrywa dziury w wątku pretendującym w moim rankingu do miana najciekawszego. Ale cóż, ot kolejna wpadka twórców…

Oprawa graficzna prezentuje się przeciętnie i choć nie są to najniższe stany średnie, zdecydowanie nie ma się czym zachwycać. Projekty postaci, z Ai na czele, to animowany standard nieco kanciastych, ale w gruncie rzeczy poprawnych anatomicznie „człowieków”. Co też z tego, że zaserwowano nam bardzo ładne i różnorodne krajobrazy, jeśli na ich tle przemyka koszmarnie animowany trójwymiarowy samochód? Sama animacja jest poprawna, ale jej jakość również nie rzuca na kolana. Z kolei skomponowana przez Hiromi Mizutani ścieżka dźwiękowa, choć nieszczególnie zapada w pamięć i jako całość prezentuje się średnio, jest jednak wystarczająco zróżnicowana (m.in. fortepian, skrzypce, gitara, flet i jak zwykle trochę elektroniki, a wszystko to w okazjonalnym towarzystwie chórków) i zawiera kilka częściej pojawiających się melodii, które mogą wpaść w ucho na dłużej. Bez wątpienia należą do nich Blessing, Ortus czy Impatience. Pojawia się również piosenka w wykonaniu Ayi Toyosaki, podkładającej głos pod Ai, ale powiedzmy, że Hohoemi no Ame nie należy do utworów wartych uwagi, bo nawet jeśli linia melodyczna jest ładna, to głos tej młodej aktorki nie do końca nadaje się do śpiewania. Miło słucha się natomiast piosenek z czołówki i endingu, z których w szczególności ta druga – Owaranai Melody o Utaidashimashita z wokalem Mikako Komatsu – jest bardzo przyjemna. Do samej gry seiyuu trudno się przyczepić, choć tu także obeszło się bez szczególnych rewelacji. Oprócz wspomnianej wcześniej młodej aktorki pojawiają się również Daisuke Namikawa czy Kouki Uchiyama oraz kilka innych znanych nazwisk.

Niestety nie mogę ocenić całokształtu pozytywnie, gdyż mimo interesujących zapowiedzi, kilku faktycznie dobrych pomysłów i nielicznych zalet, o których pisałam, seria prezentuje się bardzo nierówno i wyraźnie widać, że scenariusz nie został należycie przemyślany. Dobra ekranizacja nieukończonego materiału należy niestety do rzadkości, bo nie jest łatwo wybrać właściwy moment do urwania historii, a w przypadku bardziej ambitnych twórców anime, wymyślić oryginalne zakończenie, za które ewentualni fani pierwowzoru ich nie zlinczują.

Enevi, 31 października 2013

Twórcy

RodzajNazwiska
Studio: Madhouse Studios
Autor: Kimihito Irie
Projekt: Shin'ichi Miyamae, Shino
Reżyser: Yuuji Kumazawa
Scenariusz: Tomoko Konparu
Muzyka: Hiromi Mizutani