x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Re: Smiech na sali
Użytkownik tanuki obdarzony przeciętną inteligencją, po przeczytaniu ze zrozumieniem mojego wcześniejszego komentarza zorientowałby się kogo dotyczy ta aluzja. A nie dotyczy ona Ciebie.
„Weteran anime” który zaczynał przygodę z japońską animacją kilkanaście lat temu nieszczególnie ma teraz czas na naukę japońskiego. Nie jest to lenistwo, zwyczajny brak czasu, czasami możliwości. Dodam też że kiedyś możliwości nauki były bardziej ograniczone, a na pewno było to mniej popularne (chodzi mi o wszelkie kursy, szkółki zajmujące się nauczaniem japońskiego). Czujesz jakąś wyższość bo umiesz się posługiwać językiem japońskim? Na przyszłość więcej pokory życzę.
Mimo wszystko pozdrawiam i życzę miłego wieczoru.
Re: Smiech na sali
Widzę że nadal unikasz odpowiedzi wprost, jak uważasz, nie będę dalej drążył tematu.
Małe sprostowanie co do tego nieszczęsnego Szopena/Chopina (kolejność dowolna). To był tylko żart (skąd się wziął? wystarczy zaglądnąć do archiwum moich wypowiedzi). Jak dla mnie mogłeś napisać nawet „Szopin” (chociaż pewnie mało kto popełniłby tak komiczny błąd), ważniejsze żebym z kontekstu zrozumiał o kogo/o co chodzi. Nie, nie zapraszałbym tutaj naukowców od Chopina, Usunięto wycieczkę osobistą.
Re: Smiech na sali
W końcu konieczne czy nie? Nie lubię gdy ktoś próbuje obejść moje pytanie bokiem, za pomocą tak absurdalnych przykładów. Twórczość Szopena (nie, nie Chopin, prawidłowa jedynaprawdziwapolska transkrypcja to Szopen!!!111oneone ;)) jest wręcz przykładem… groteskowym(?) na tle Clannadu. Zupełnie nie ten poziom.
Podsumowując – zupełnie się nie zgadzam. Do zrozumienia tak prostego dzieła jakim jest Clannad wystarczą mi napisy „fansuberskiej gimbazy”. Zresztą co to za obraźliwe określenie? Właśnie napisy do mojego ulubionego anime stworzone przez fanów są lepsze od „oficjalnych” (czyli stworzonych do wydania DVD, ktoś je opracował, dostał na to zgodę/licencję japońskiej strony). Po prostu pozwalają mi je lepiej zrozumieć, także uważam się za mniej więcej „weterana anime”, języka japońskiego nie znam.
Argument z Szopenem uważam za kompletnie nietrafiony, trochę nie na miejscu. Bardzo ładnie podkreśliłeś jak można odkryć drugie dno w jego twórczości, tę głębię zawartych w muzyce uczuć. Szukając czegoś takiego w Clannadzie, w kontekście kultury i obyczajowości Japonii natrafisz prawdopodobnie na pustkę. Bo w porównaniu do twórczości Fryderyka Szopena nazwanie Clannadu pustą wydmuszką jest komplementem.
Re: Smiech na sali
Tym twierdzeniem chyba posunąłeś się za daleko. Uważasz że aby ocenić lub zrecenzować anime typu Clannad trzeba koniecznie znać język japoński? Ja uważam że nie. Ale może się się mylę? W takim razie czekam na wytłumaczenie, jakie treści tak głęboko zakorzenione w kulturze Japonii niesie ze sobą to anime, że trzeba uważnie śledzić co mówią bohaterowie, aby wychwycić ewentualne dwuznaczności, ukryty przekaz, coś charakterystycznego dla myśli/filozofii japońskiej co umknie tłumaczowi. To podobno tylko szkolna haremówka (podobno też dobra w swojej klasie) ale szufladkowanie produkcji ze względu na gatunek bywa zwodnicze. Zaskocz mnie mile. Jakieś cytaty? Jakieś dokładniejsze uzasadnienie dlaczego akurat tutaj „fansuberska gimbaza” czy angielskie napisy do zagranicznego wydania nie wystarczą, potrzebna jest już znajomość japońskiego.
Re: hype over 9000
Zawsze sie zastanawiam czy jest sens odpowiadać na posty „kolegi Kamiyana3991” skoro jest ciach który zatracił umiejętność komunikowania się w języku polskim (jak ładnie sam się podsumował w komentarzu powyżej – brawa za samokrytykę!), ale patrząc na historę wypowiedzi stwierdzam, że chyba jednak nie warto…
Moderacja ciachnęła. U obu panów. Aczkolwiek rozumie doskonale, jednakże musi zastosować obrzydliwą cenzurę ubijającą sarkazm i/lub ironię.
hype over 9000
Oto słów kilka, na początek mały cytat z Twojego komentarza poniżej:
W jakim języku jest to napisane? Po polsku? Ręce opadają… człowiek który czepia się innych, jest wyrocznią jedynej poprawnej polszczyzny w tłumaczeniach i napisach, sam popełnia takie komentarze?
Zanim zaczniesz poprawiać innych, sam powinieneś stać się w kwestiach językowych czysty jako ta lelija biała. Błyszczeć przykładem w zalewie bełkotliwej nowomowy, odziany w lśniący pancerz nieskazitelnej polszczyzny. Tymczasem Twoje komentarze są przykładem bełkotliwej nowomowy właśnie, zamilcz więc w kwestiach poprawnego wysławiania się.
Moderację z góry przepraszam za niepotrzebny offtopic.
Poirytowany użytkownik serwisu Tanuki.pl
Re: Takiego *** dawno nie męczyłem
Zaraz pewnie napiszesz że zazwyczaj się nie udaje. Zazwyczaj można to stwierdzić po 2‑3 odcinkach? Dla mnie takie „zazwyczaj” to żaden argument. Widziały gały co brały. Ergo Proxy to nie jest krótka i treściwa drama, tylko długa i skomplikowana historia. Z własnego doświadczenia oraz od kogoś w kim pokładasz pewne zaufanie wiesz że raczej się nie spodoba jednak zaczynasz oglądać. Chcesz cokolwiek wywnioskować po 2‑3 odcinkach? W tym przypadku to żadne pole do dyskusji, tak samo mogę stwierdzić po przeczytaniu trzech twoich postów że zazwyczaj to bełt o wątpliwej wartości merytorycznej.
Naprawdę nie chcę mi się ciągnąć tematu, bo Tobie nie chciało się oglądać więcej niż 2‑3 odcinki, więc właściwie nie ma o czym dyskutować. Zresztą to bezsensowny offtopic.
Re: Takiego *** dawno nie męczyłem
Nie wypowiadałbym się tak lekceważąco o Ergo Proxy tylko dlatego że nie rozumiem, wręcz nie chce mi się zrozumieć przesłania tego anime. Pseudointelektualne i pseudofilozoficzne wyda się tylko ignorantowi, lub po obejrzeniu dwóch, trzech odcinków. Bezkrytyczne bazowanie na cudzej opinii też jest niezbyt rozsądne. Ja wiem że niektórym nie chce się wysilać szarych komórek podczas seansu i wolą serie rozrywkowe, nie ma w tym nic złego, tylko Ergo Proxy nie zostało stworzone dla grona odbiorców tego typu nic więc dziwnego że Tobie nie przypadło do gustu.
Aż się ciśnie na usta „A Słowacki to wielkim poetą nie był?”
Przygody JoJo są tak przesadzone, przerysowane, podobnie jak dialogi na poziomie wycieraczki przed drzwiami wejściowymi, że ciężko brać je na poważnie, co najciekawsze po dłuższym czasie staje się to… zaletą a nie wadą. Taka konwencja na dłuższą metę powinna nudzić (przyznam że ugrzęzłem pośrodku Vento Aureo, ale żadna z ekranizacji nie sięga tak daleko) tymczasem autor nadrabia pomysłowością, im dalej tym lepiej, Phantom Blood wypada blado na tle kolejnych części choć samo w sobie nie jest aż tak złe.
Podyskutujcie sobie lepiej czy kreska w obu seriach jest w porządku, albo czy muzyka pasuje do klimatu, bo nie widzę możliwości znalezienia porozumienia na jakiejkolwiek płaszczyźnie (i pewnie nie o to w przypadku takiej dyskusji chodzi…).
Czy tylko ja jestem taki dziwny że zarówno Ergo Proxy, jak i JoJo uważam nie tyle za dobre produkcje, co zwyczajnie obie serie mi się podobają?
anmael chyba powinieneś troszkę wyluzować bo „dostąpiłem zaszczytu Ergo Proxy” (nawet jako przenośnia) brzmi co najmniej komicznie :P Dostąpić zaszczytu to można nie wiem, podziwiając freski w Kaplicy Sykstyńskiej? Czy oglądając jakieś wiekopomne dzieło w Luwrze?
Re: Statek
Re: Kontrowersje, kontrowersje...
Nie wiem czy to lepsze rozwiązanie. W każdym razie w przypadku fabuły Terra e ciężko znaleźć jakieś poważne luki, to czy efekt końcowy się spodoba jest osobną kwestią. Ale niespójności/nielogiczności bez względu na ocenę końcową to krzywdzący zarzut.
Re: Kontrowersje, kontrowersje...
Chcę Ci powiedzieć że najwyraźniej nie śledziłeś uważnie fabuły Terra e…, więc właściwie szkoda dyskutować. kliknij: ukryte Co system (właściwie główny komputer systemu) wyjawia pod koniec Keithowi Anyanowi? W ogóle przeczytałeś uważnie mój wcześniejszy post? Mianowicie wyjawia że ludzie (twórcy systemu) są w pełni świadomi istnienia genu Mu. Owszem, system z łatwością mógłby eliminować jednostki z tym genem, lecz nie o to chodzi – to eksperyment mający na celu sprawdzić która rasa jest silniejsza. Ludzie z ich zaawansowaną technologią i pomocą sieci superkomputerów czy Mu z psionicznymi zdolnościami. Utopijne społeczeństwo ludzkie z jednostką doskonałą na czele (Keith Ayan) kontra Mu. Czy muszę komuś tłumaczyć całą oś fabuły? Co tutaj się niby kupy nie trzyma? Może prościej – to symulacja ludzie vs Mu nad którą po części czuwa właśnie system.
Sam pytałeś wcześniej czemu nie próbowali kolonizować, dostałeś odpowiedź – próbowali. Położenia Ziemi nie znał nikt prócz superkomputera systemu, sam widzisz że „planeta leżąca po drodze do Ziemi” troszkę dziwnie brzmi ;) kliknij: ukryte Wybrali losową planetę, mieli system ostrzegania, próbowali także zmylić ludzi. Przegrali, „wyprawa zwiadowcza” w postaci Keitha Anyana dopiero wezwała Megido po upewnieniu się że to Mu. (Znowu mam pół fabuły streszczać?) Nie, nie mogli w żaden sposób zastraszyć ludzi, zostaliby zmiażdżeni, zresztą jest wyraźnie podkreślone – terror i przemoc raczej nie leżą w naturze Mu jako rasy. Mimo to konfrontacja jest nieunikniona, system od początku do końca ma wytyczne – wygrywa jedna rasa, ludzie lub Mu.
Po kiego grzyba kolonizować? Nie wiem, być może aby „rozmnożyć się i rozbudować”. ;) (Odpowiedź na Twoje własne pytanie, z Twojego pierwszego postu). To źle że różne jednostki w społeczeństwie Mu miały różne wizje rozwoju, czy w końcu dobrze? Widać postanowili pójść za Twoją radą i „rozmnożyć się i rozbudować” oraz nie „stawiać istnienia CAŁEJ SWOJEJ RASY na jedną i to wątpliwą kartę”. Dwie karty to już coś.
Powrót na Ataraxie to była już otwarta deklaracja wojny. Fabuła po epizodzie z kolonizacją w do bólu logiczny sposób dąży do konfrontacji obu ras. kliknij: ukryte Dlaczego system zezwala na istnienie Mu, oś fabuły, wszystko wyjaśniłem powyżej. Ma wygrać silniejszy, lepiej dostosowany, takie są przecież proste założenia.
Nie będę dyskutował, sam ładnie opisałeś jeden z aspektów ewolucji charakteru Keitha Anyana (czyli jak u de facto robota, człowieka stworzonego przez maszynę na jej wzór i podobieństwo budzą się ludzkie uczucia) – dla kogoś może to być płytkie i zwyczajnie się nie podobać, kwestia gustu.
Re: Kontrowersje, kontrowersje...
Zarzuty co do oprawy audiowizualnej, w porządku, to bardzo subiektywna sprawa, nie każdemu spodoba się muzyka, projekty postaci, projekty statków kosmicznych. Moce psioniczne faktycznie w przypadku przedstawicieli Mu z genem blue mogą wydawać się przepakowane, ale jako że chodzi o moc ludzkiego umysłu (ciało może i nie wygeneruje megawatów, za to o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu nadal wiemy bardzo niewiele) można przymknąć na to oko.
Ale dziury w fabule, w dodatku wielkości Drogi Mlecznej?
kliknij: ukryte Nie mamy kandydata z genem blue. Przynajmniej ani system, ani ludzkość nie wie o prawdziwych mocach Jomy'ego, w końcu tak został zaprojektowany, co zostaje wyjaśnione dopiero pod koniec anime. Wyeliminowanie ludzi z genem odpowiedzialnym za psioniczne moce na etapie zarodka byłoby najefektywniejsze i najprostsze, dlatego ludzie nie dostają takiej możliwości, bo zwyczajnie nie o to chodzi. System nie jest doskonały, nie został też zaprojektowany do natychmiastowej likwidacji Mu, prowadzi swoisty „eksperyment” – która rasa jest silniejsza – dlatego narzędzia do wykrywania Mu są bardzo ograniczone, zresztą właśnie w trakcie badania jakie moce posiada Jomy dochodzi do ich przebudzenia. Dlatego jego wymknięcie się systemowi nie nazwałbym dziurą fabularną.
Mu nie miotają się cały czas po kosmosie. Przecież część z młodzieży chciała osiedlić się na planecie Nasca, jednak zostali w miarę szybko wyśledzeni przez ludzi, a sama planeta została zniszczona. Osiedlanie się gdzieś na stałe to średnio rozsądny pomysł gdy przeciwnik posiada broń potrafiącą niszczyć całe planety, w mgnieniu oka niwecząc ogromny wysiłek jakim jest „rozmnożyć się, rozbudować”, przecież garstka Mu nie posiada aż tak ogromnego zaplecza żeby kolonizować planety, musieli coś wybrać.
Motyw wędrówki też jest uzasadniony. Każdy człowiek (nawet Mu) ma dążenie do Ziemi zwyczajnie zaszczepione w wyniku warunkowania, ludzkość pod kontrolą systemu zaspokaja tę potrzebę pracując ze świadomością że kiedyś tam wrócą, system podtrzymuje w ludziach przekonanie że pracują dla dobra Planety‑Matki. Tymczasem Mu odrzuceni przez resztę ludzkości robią to na własną rękę, właśnie szukając rodzimej planety. Mają też nadzieję że tam w końcu będą bezpieczni – przecież ludzie nie użyją Megido na swojej ukochanej planecie tylko po to aby ich wybić.
Doprawdy nie rozumiem zarzutów względem postaci. Pozbawieni własnego zdania? To skąd konflikt pomiędzy starszymi i młodszymi przedstawicielami Mu właśnie co do kolonizacji planety? Bezwolni? Szczególnie Keith Anyan, trzymający przedstawiciela Mu jako własnego przybocznego, czy zafascynowany wyglądem innej Mu, co sprawia że zaczyna poszukiwać prawdy dotyczącej własnego pochodzenia. Uwagi dotyczącej inteligencji nie będę komentował, o tym czy kolonizacja innej planety (prócz Ziemi) to naprawdę rozsądny pomysł pisałem powyżej.
Re: a jednak doczekałem...
Nie spodziewałem się kontynuacji i mam nadzieję że nie wyjdzie z tego jakaś twórcza wariacja na temat mangi, patrząc po tym co robią jak dotąd z fabułą może być różnie. Rzadko kiedy wynika coś dobrego z przekształcania materiału źródłowego, szczególnie że manga nadal nie została ukończona więc twórcy anime mogą pokusić się o jakieś autorskie zakończenie.
Po co fabuła adaptacji ma odbiegać od fabuły pierwowzoru, przecież manga Sidonia no Kishi ma dobrą fabułę. O jakie dłużyzny konkretnie chodzi? Niektóre ważne wydarzenia pominięto, zmieniono przebieg bitew, po co? Moim zdaniem 24 odcinki wiernej ekranizacji, tak jak to zrobili w przypadku Shingeki no Kyojin, byłyby lepszym rozwiązaniem.
Re: a jednak doczekałem...
Z jednej strony to bardzo dobre anime, z drugiej szkoda że nie doczekałem się „pełnokrwistej” adaptacji mangi Niheia. Czegoś musiało zabraknąć (funduszy? popularności?) skoro nie pociągnęli projektu dalej, materiału spokojnie wystarczyłoby na 24 odcinkowe anime. Tak powstała jedynie 12 odcinkowa reklamówka mangi.
Myślę że sama włosiennica wystarczy, odpuść sobie to biczowanie.
Re: a jednak doczekałem...
Czekoladowy smalec wędzony w śmietanie
Ale kochani Japończycy zawsze potrafią zaskoczyć, zwłaszcza jak próbują stworzyć coś oryginalnego. Mianowicie zaskoczyli mnie osiągając takie dno. Pomysł wydawał się intrygujący, mimo że wariacja na temat Ody Nobunagi to nic nowego, w końcu miały tu występować także liczne postacie historyczne z kręgu kultury zachodniej. Tylko dlaczego zasiadały one przy okrągłym stole (brakowało mi tam tylko Kiszczaka i Wałęsy ;), zaraz to nie ten okrągły stół) pod wodzą mitycznego Króla Artura? To był pierwszy zgrzyt wywołujący pewien niesmak, po raz pierwszy pojawiło się wrażenie że ten miszmasz poszedł trochę za daleko. Ale jak to brzmi – Generał Gajusz Juliusz Cezar, rycerz okrągłego stołu, brat Króla Artura! Brzmi podobnie jak plastikowy kocyk na korbkę, czyli potwornie kiczowato, czyli mniemam że Japończycy byli zachwyceni. Jeżeli chodzi o postacie – kompletna klapa. Jedynie Da'Vinci daje się polubić, pozostali albo zachowują się zbyt przewidywalnie, albo zaczynają się miotać chaotycznie co doskonale widać w dziwacznej końcówce anime. Nie wiadomo do końca co kierowało głównym antagonistą czyli Królem Arturem, protagonista, czyli Nobunaga, zachowuje się na końcu… co najmniej dziwnie. Fabuła jest momentami równie niezrozumiała co zakończenie, ciężko nadążyć za dziwnymi pomysłami którymi twórcy sypią jak z rękawa (magiczne portale, Słupy Heraklesa, Cezar władający Excaliburem O_o), zupełnie jakby nie zdołali dokładnie zapoznać widza ze światem fantasy który stworzyli. Sporo efektownych walk mechów, ładna animacja, znośna muzyka. Górę nad pozytywnymi aspektami biorą niestety negatywne, czyli chaos, bezsensowne szafowanie nazwiskami słynnych historycznych postaci, równie bezsensowne nawiązania do legend które tylko potęgują wrażenie bezładu.
Osobna sprawa to ostatnie odcinki wobec których ciężko być obojętnym. Co? Jak? Dlaczego? Gorzej niż w End of Evangelion, tutaj żaden pseudofilozoficzny bełkot nie pomoże. Chyba brakowało pomysłu na sensowne zakończenie tego bezsensu, tak skopanego finału dawno nie widziałem. Nobunaga the Fool to takie egzotyczne danie które z wierzchu ładnie wygląda, ma swojskie europejskie składniki zmiksowane w podejrzany sposób – pewnie stąd ten paskudny (nie)smak. 2/10
Re: >tanuki
O jeden punkcik w dziesięciostopniowej skali. To nawet nie hardkor, toż to zbrodnia iest!
Re: Fail
Dlaczego 1/10
Nareszcie to skończyłem. Seans wymęczył mnie niemiłosiernie, ciągnąc się w nieskończoność. To anime jest po prostu nudne. Denne. Nie sprawdza się jako seria obyczajowa. Rozwój postaci z pierwszej części zastąpił jakiś niedorozwój. Oni mają amnezję? Wydarzenia przedstawione w pierwszej serii, nawet „dramatyczna” końcówka widać niezbyt zbliżyły parkę głównych bohaterów do siebie. Są „razem a jednak osobno”. Ich związek denerwująco drepcze w miejscu. W ogóle cała fabuła jest pretekstowa, okraszona idiotycznymi dialogami. Właśnie te dialogi pomiędzy osobami tkwiącymi w swoim chuunibyou irytowały mnie najbardziej, ja rozumiem że można mieć bujną wyobraźnie, ale żeby aż tak pogrążyć się we własnym wyimaginowanym świecie? W dodatku z całych sił bronić się przed powrotem do rzeczywistości? Tak jakby twórcy anime kreowali chuunibyou na pozytywne zjawisko, pytanie tylko czy takie zachowanie bohaterów w wieku licealnym jest normalne? Uciekanie przed rzeczywistością, obowiązkami, problemami, nawet przed własnym związkiem z drugą osobą w wykreowany we własnej głowie świat jest zjawiskiem pozytywnym? Nie. W dodatku w takim wieku kompletnie n i r e a l i s t y c z n y m, chyba że ktoś jest obarczony chorobą umysłową. Tyle na temat niedorozwoju postaci.
Nie sprawdza się jako komedia. Głównie przez powtarzalność gagów która z czasem niemiłosiernie męczy, zamiast bawić. Wykorzystano ku temu wszelkie oklepane motywy typu pojawienie się dawnej koleżanki głównego bohatera, jakaś wycieczka szkolna, jakiś festiwal na który należy wybrać się w yukatach, nie brak oczywiście wisienki na torcie upieczonym z moeblobów – odcinka plażowego. Normalnie Cukier! Słodkości! I różne śliczności! tylko że ja nie jestem miłośnikiem KyoMoeBlobów więc przesłodzenie całej serii to dla mnie też minus. Zabrakło widocznie jakiegoś związku X do całej mieszanki, którego w całkiem podobnej części pierwszej najwyraźniej nie brakowało.
Muzyka jest dobra, nie zaprzeczam, tylko plumkający w tle fortepian, rzępolące skrzypce (zwłaszcza w końcowych odcinkach) bardziej pasują do zalewania się w trupa na smutno niż szkolnej komedii. Lub powiedzmy komedii obyczajowej z dużym przymrużeniem oka, bohaterki wykrzykujące jakieś absurdy, w deszczu, na tle takiej muzyki… najpierw to bawi (prawdopodobnie niezamierzenie), potem męczy. Znowu mnie coś w tym anime męczy. Pewni dlatego napisałem że dla mnie jest denne. Umęczonym po tym seansie pierońsko, jak po harówce w polu, w upalne letnie żniwa. Zaraz napiszę że dopracowana, często dynamiczna animacja męczy oko… grafika to jedyny plus tej produkcji, raczej cieszy a nie męczy oko. Jednak ani ze względu na dobrą część pierwszą, ani ze względu na grafikę, ani ze względu na piszczące moebloby (jeden rżący, tak ihhhahaha, nowy gatunek – moekobyła) nie dam więcej niż 1/10.
Po co więc to oglądałem, męcząc się niemiłosiernie? Zacząłem od pierwszej serii z przychylną recenzją, żeby zobaczyć co aż tak jest nie w porządku z serią drugą, że ma recenzję diametralnie różną i skąd takie oburzenie na bardzo niską ocenę sequela. Czyli z ciekawości. I z tej ciekawości obejrzałem serię pierwszą z przyjemnością w jakieś trzy dni, a w drugiej serii ugrzęzłbym na długie tygodnie gdyby nie upór i odwracanie uwagi innym animowanym tworem (Tonari no Seki‑un). Sprawdziło się – od głupoty gorszy jest tylko upór (mogłem rzucić to w diabły) a ciekawość to pierwsze stopień do piekła (po cóż w ogóle zaczynałem).
Coś musiało ów stan wywołać. Najprawdopodobniej „sytuacja bezpośredniego zagrożenia życia” :) Też uważam postawę głównego bohatera za mało wiarygodną, trudno, taki urok tego anime.
Re: O fali krytyki słów kilka
Bez przesady. NGE widziałem około roku 2002‑2003. Większość moich rówieśników od bardzo dawna miała już wtedy własne PC, co bogatsi w miarę szybkie łącze internetowe. Właśnie od znajomego z szybkim internetem dostałem parę płytek z Anime (NGE, GiTS, GiTS SAC, Hoshi no Koe, Perfect Blue…) – jednym słowem „jakieś dwanaście lat temu” było już w czym wybierać.
To jest bełkot. Festiwal latających krzyży w End, to zdecydowanie nie dla mnie. Zamiast „dojść do zrozumienia co ostatecznie autor zamierzał nam przedstawić” na różnych EvaGeeks forach snute są teorie o jakich autorowi anime prawdopodobnie się nie śniło. Setki tych teorii na temat o co w tym wszystkim chodzi, to jak interpretacja sztuki nowoczesnej, lub taki animowany Sokal Hoax.
Podsumowując Sam serial był naprawdę dobry, wyłączając pseudoreligijny bełkot. End to już przegięcie, „kultyści” Evy tylko pogarszają sytuację, aż tak zagłębiając się w symbolikę, „na każdą tajemnicę i niedopowiedzenie pisząc długie referaty”. Kultowy – owszem, tylko nie popadajmy w przesadę. Trochę rozsądku, bo te dyskusje, kilkanaście lat po emisji anime nie tylko wydają się śmieszne, to niemal szaleństwo.