x
Tanuki.pl korzysta z plików cookie w celach prowadzenia
reklamy, statystyk i dla dostosowania wortalu do
indywidualnych potrzeb użytkowników, mogą też z nich korzystać współpracujący z nami reklamodawcy.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szczegóły dotyczące stosowania przez wortal Tanuki.pl
plików cookie znajdziesz w
polityce prywatności.
Aż trudno nadać temu tytuł.
This is the choice of Steins Gate.
Początek serii jest „ciężki” w zrozumieniu. Zostajemy wprowadzeni w życie szalonego naukowca, zwanego Okarin, Okabe bądź też Kyouma Hououin, który najwyraźniej jest niezrównoważony psychicznie. Obraca się w AŻ dwuosobowym gronie swojego laboratoryjnego zespołu, który „dla czystej zabawy” próbuje osiągnąć naukowy sukces przy użyciu zwykłej mikrofalówki. Co dziwniejsze, pierwszy odcinek to pierwszy krok, który jest kluczem do serii zdarzeń z okolic 10 odcinka. Przyznam szczerze, że wydawało mi się to co najmniej dziwne. Byłam dość zdezorientowana, zwłaszcza, że kliknij: ukryte śmierć Kurisu z początku zdawała się mieć niewiele wspólnego z następującymi zdarzeniami. A skoro już przy tym jesteśmy to zastanawiałam się czy fakt, że wehikuł czasu nie zdewastował wówczas budynku stacji radiowej (o ile dobrze pamiętam), to znaczy, że Suzuha miała zamiar Makise wówczas uratować, ale Okabe przesunął granice do świata alfa, w którym wehikuł wylądował nieodpowiednio, a Kurisu żyła, prawda?
Szczerze się przyznam, że porzuciłam na jakiś czas oglądanie po 5 odcinku. Było to o tyle ciężkie, że więcej gadali aniżeli robili, a ich życie było całkowicie normalne i całkiem „wesoło‑niepodobne” jak na „thriller”. Ale wczoraj coś mnie tchnęło, aby obejrzeć dalej – no i dopiero „ten dzień”, kliknij: ukryte do którego Okabe wraca przez długi czas w znany nam sposób, rozwinął u mnie gamę różnych emocji, przez co seria stała się naprawdę ciekawa. Sposób w jaki to rozegrali był dobry i w miarę zaskakujący, bo widz zdawał się sądzić, że z tej sytuacji ciężko będzie wyjść. Ale twórcy jak to twórcy, wymyślili coś konstruktywnego. Sama fabuła była zrozumiała i pewnie na siłę mogłabym się doszukiwać wielu niedociągnięć, które widzę nawet teraz, ale wolę nie psuć sobie opinii i nacieszyć się, że w końcu trafiłam na godne uwagi anime.
Jeśli chodzi o bohaterów, zostali naprawdę dobrze wykreowani. NAPRAWDĘ. Każdego charakteryzowała jakaś szczególna cecha. W szczególności podobał mi się właśnie główny bohater – jego działania były nie do przewidzenia. Nawiązane więzi były na tyle mocne, że potrafił dla nich zrobić dosłownie wszystko. A ta determinacja – tak, to najbardziej mi się podobało. Nawet jeśli sytuacja była beznadziejna, on się nie poddawał.
Tak poza tym to chyba jedno z nielicznych anime, gdzie podobają mi się żeńskie postacie. Mayuri skradła moje serce, choć teoretycznie powinna mnie irytować – ale była tak urocza, bezinteresowna i „głupiutka”, że aż trudno było jej nie pokochać. Co do Moeki – ta postać od początku nie budziła mojego zaufania. Nie, nie jestem jasnowidzem kliknij: ukryte i nie przewidziałam tego, co zrobiła, ale miałam dziwne wrażenie, iż coś jest nie w porządku. I znowu ludzka reakcja Okabe w stosunku do niej była realistyczna i uzasadniona – dzięki Bogu nie zrobili z niego wszystkowybaczającegozbawcyświata. A Makise Kurisu? Równie dobrze ukształtowany charakter, adekwatnie do zdarzeń jej postępowanie się zmieniało. I to mi się podobało. W dodatku wątek miłosny w tak „poważnym” klimacie został przeprowadzony po mistrzowsku.
Seria naprawdę godna polecenia. Nie tylko pokazuje jak ważne są więzi ludzkie i ile jesteśmy w stanie poświeci dla bliskich nam osób, ale także jak trudno jest manipulować czasem oraz wbrew wszystkiemu lepiej pozostawić wybór „Bramie Stein'a”, tak, abyśmy nie mieli możliwości naprawiania swoich błędów.
Hm.
The Sacred Star of Milos, czyli jak zrobić z czegoś - NIC.
Po pierwsze – klimat. Tak przez wszystkich uwielbiany „alchemicki” klimat, pełen humoru, dramatyzmu i przede wszystkim wiarygodności. Tutaj brakowało dosłownie wszystkich elementów, z kolei hektolitry krwi przelewały się przez ekran od jednego brzegu do drugiego. Wydaje mi się, że studio BONES nie do końca wyżyło się w kwestii ludzkich rzezi, jeśli chodzi o serię TV, albo po prostu na tym polegała fabuła.
No właśnie – a co z fabułą? Piękny przykład tego, jak wykorzystać popularność serii i udać, że jeśli da się zdeterminowaną bohaterkę budzącą współczucie swoją beznadziejnością i mroczną przeszłością oraz owinie się w to historię uciśnionego narodu – to na pewno wystarczy. A to był jedynie gwóźdź do trumny. Nie dość, że fabuła przewidywalna bardziej już być nie może, a większość faktów pojawia się znikąd, to jeszcze w dodatku znaczenie naszych ukochanych bohaterów – Eda i Ala – zostało ewidentnie olane. Wiem, że ten film był zrobiony głównie z myślą o pokazaniu kolejnych życiowych wartości, którymi rządziła się cała seria, ale zostało to zobrazowane w patetyczny, wręcz desperacki sposób, tym bardziej, że Julia do ostatnich chwil nie wydawała się ani odrobinę bardziej kumata.
Grafika – błagam, powiedzcie mi, że to się nie stało. Że grafika jest wciąż taka sama, jak w Brotherhoodzie. Niestety, modlitwa modlitwą, a ich włosy wciąż do złudzenia przypominają macki kreskówkowej meduzy. Wielka szkoda, że woleli skupić się na płynności ruchów aniżeli szczegółach. Przez tą grafikę, Ed wyglądał jakby miał 10 lat, choć wierzę, że cały ten proces miał za zadanie poprawić jakość scen walki.
Ano właśnie, sceny walki to akurat duży plus całego filmu. Dużo, dużo, DUŻO akcji, a to lubimy najbardziej. Chyba na łamach całej serii telewizyjnej nie było aż tyle akcji, jak tutaj. Z tej części jestem wyjątkowo zadowolona i to chyba jedyny element, jaki ratuje ocenę.
A postacie zostawiłam sobie na deser. Cóż, nie mogę narzekać, bo powtarza się sytuacja z pierwszego filmu Alchemika – Roy w chwili kryzysu, oczywiście, na nic się nie przydaje, Riza robi za tło, a Winry zostaje potraktowana jak szmatka. Scena, w której Ed kliknij: ukryte przebiega koło niej, uganiając się za Julią, jest dla mnie nad wyraz chamska. Po prostu chamska. To tak, jakby wykorzystywał ją tylko do tego, aby naprawiała jego automaila. Czyżby studio wyjątkowo brzydziło się tej postaci? Co do głównych charakterów, tj. Julii i Ashley'a – ... To może ja już tutaj zakończę swoją wypowiedź.
Nawet zawiodły mnie kreacje postaci Edwarda i Alphonse'a. Zawsze pojawiali się tam, gdzie musieli. To przykre, bo było to niesamowicie oczywiste i przewidywalne. Większej roli nie odegrali. Byli tam tylko po to, aby można dać tytuł Fullmetal Alchemist.
Ocena? 5/10.
Komu polecam? Szkoda psuć sobie opinię, jeśliś fan Alchemika. Jednak w sumie powinien do tego przystąpić, chociażby po to, aby docenić twórczość oryginalnej historii.
Tryb Podbijającego Boga.
Na porządną 7 zasługuje. A jak!
Komizm czy przerysowana rzeczywistość?
Szczególnie polubiłam Hidenori'ego. Pewnie dlatego, że był najczęściej pokazywany; albo też dlatego, że z powodu jego rozkmin można się płaszczyć ze śmiechu; a może też dlatego, że sytuacja z Literacką Dziewczyną powalała na kolana. Trudno powiedzieć. Po prostu ujął mnie swoim sposobem bycia.
Z kolei każda dziewczyna pojawiająca się w anime to istna katorga. Żeńskie postacie zostały pokazane w bardzo karykaturalny sposób. Ale wcale mnie to nie uraziło – wręcz przeciwnie, bardzo rozbawiło.
Niektóre żarty są niskich lotów – niestety, zwykle te w kategorii dziewcząt. Ale tak poza tym humor trzyma naprawdę dobry poziom.
A miało być tak pięknie...
Niestety – z każdym odcinkiem było coraz gorzej. Tak jak do wątku „tyrana” akcja trzymała się logiki, tak potem całkowity jej rozwój jedynie namącił i został pozbawiony należytego sensu. Ostatni odcinek kumulował zbyt wiele emocji, w czym cała akcja rozwijała się stanowczo za szybko, a poszczególne sceny wzbudziły patetyczne wzruszenie – tak jak dla przykładu kliknij: ukryte „ratowanie” Inori, co zakończyło się fiaskiem. Jednak muszę przyznać, że chociaż nie jestem zadowolona z efektu końcowego, to jednak sposób, w jaki cała sprawa ucichła był dobrze rozegrany. Względnie dobrze. Hepi ęd, i te sprawy.
Cóż – herosi herosami, ale co z „drugoplanowcami”? No właśnie. Leżą i kwiczą. Każda postać z „tła” była tak wyprana z emocji, bezbarwna i wykorzystywana jedynie na potrzebę chwili, że aż się żal robiło jej istnienia. Zupełnie nie mogłam pojąć roli tego całego Daath'a, który właściwie w żaden sposób nie wpłynął na serię – bez niego również można byłoby to rozegrać, prawdopodobnie w równie beznadziejny sposób.
Były przełomowe momenty. Takie jak ostatnie chwile z kliknij: ukryte Hare albo też wspomnienia Many z Lost Christmas. Reszta była przeciętna – w sumie wszystko opierało się na utartym schemacie.
Anime zyskało bardzo dużo na nieziemskiej grafice oraz poruszającej muzyce, szczególnie jeśli można mówić tutaj o charakterystycznej piosence Inori. Niestety, to przeważa na mojej ocenie. Nie wiem czemu, ale czuję, że na chwilę obecną – póki emocje nie opadły – seria zasługuje na słabą 7, ale z drugiej też nie zasługuje na 6. Za powyżej wymienione elementy oraz Gai'a, który, niestety, w ostatnich odcinkach został całkowicie wyskubany z elementów zwanych SENS i DOBRA KREACJA POSTACI.
DATTEBAYO po raz drugi.
Wydaje mi się, że Shippuuden jest swego rodzaju powiewem świeżości. Dopóki klimat w serii pierwszej nastawiony był na nutę komediową, tak seria druga może się pochwalić całkiem niezłym asortymentem dramatyzmu. W ogóle początkowo skupiano się na postaci Naruto – jego obecność miała znaczący wpływ na otaczających go bohaterów, z czego każdy z nich miał swoje za uszami. W dużej mierze nasz „lisek” nieświadomie bądź też z premedytacją przekonał ich do duchowej przemiany w magiczny sposób znany tylko naznaczonemu i uciśnionemu dzieciakowi. Seria druga zaś stara się wziąć pod uwagę każdą odrębną postać, a wychodzi to całkiem nieźle i sensownie. Shippuuden zaczyna się jednak w momencie, kiedy Naruto pojawia się w wiosce w dresie, w którym dominują kolory pamiętnej pomarańczy oraz czerni, a od samego właściciela emanuje dziwna (?) aura dorosłości – choć jego cele i sposób bycia pozostają niezmienne, o czym przekonujemy się już w pierwszych minutach. W czasie trwania całej tej serii doszukujemy się poważnej przemiany w osobowości Uzumaki'ego. Jego osobliwe „JA” z głową pełną figli musi odejść w zapomnienie w obliczu szokujących wydarzeń, jakie mają miejsce w zaskakująco krótkim czasie. Po pierwsze – w końcu dociera do niego, że Sasuke nie stoi w miejscu jak lojalny pies wyczekujący pieszczotliwego nawoływania właściciela. kliknij: ukryte Pierwsze ich spotkanie po trzech latach boleśnie uświadamia go, że jest daleko za murzynami w kwestii umiejętności i nijak może chociażby dotknąć swojego przyjaciela. Nie pierwszy raz Sasuke okazuje się być w czymś lepszy, ale nie zapominajmy, że była chwila słabości – w pierwszej serii – gdy to Naruto wzbudził niepokój w młodym Uchiha. Po drugie – stopniowo traci ludzi, na których szczególnie mu zależy, a my tracimy wspaniałe postacie, w szczególności te, do których żywimy sympatię bądź nabieramy ją na chwilę przed ostatecznym zgonem. Bolesne przeżycia związane ze śmiercią bliskich powodują zwolnienie blokady w mózgu (?!) Naruto, któremu dotychczas wydawało się, że całkowicie rozumie uczucia Sasuke. Od tego momentu nasz bohater jest całkowicie odmieniony – i to dosłownie. Ta odsłona Naruciaka jest momentami wręcz porażająca i, o dziwo, całkiem realistyczna. Po trzecie – postać Naruto nie tylko zmienia się w oczach widzów, ale także fikcyjnych postaci, wegetujących wokół niego. Jego czyny i dokonania zaczynają być dostrzegane przez mieszkańców wioski, jednak nie reaguje on w tak dziecinny sposób na pochwały jak w serii pierwszej.
Doszłam do wniosku, że Shippuuden skupia się przeważnie na relacji Naruto z Sasuke. Ten drugi budzi wielkie kontrowersje – z protagonisty z rzeszą napalonych niewiast przeistoczył się antagonistę z bagażem fangirlingu na plecach, bo to przecież „czarny charakter”. Nie mogę pojąć ludzi, którzy besztają tą postać na każdym kroku i bluzgają na jego chore ambicje oraz mordercze intencje. Osobiście uważam, że ten nowy „wygląd” Sasuke – zarówno w kwestii ubioru, jak i osobowości – jest o niebo, a nawet dwa lepszy od Pana PerfekcyjnieIdealnieNapuszonego. Nie twierdzę, że jego postępowanie jest dobre, ale jako realistyczna postać musi wykonywać zaplanowane dla niego przez samego (wyobraźcie sobie!) autora idee, bo byłoby mało wiarygodne widzieć go w odsłonie litościwego chłopaczka z prowincji, który morduje brata z czystą przyjemnością, a następnie nonszalancko wraca do Konohy, by serdecznie wyściskać rzekomych przyjaciół. Mówcie co chcecie, ale jak dla mnie Naruto straciłby sens wraz z powrotem Sasuke. W dodatku naprawdę współczuję tej postaci – przepełniona tragizmem do granic możliwości, wykreowana w stylu rasowego emo, a nieustannie manipulowana i oszukiwana przez środowisko. Gdzie macie rozum, ludzie?! To oczywiste, że wówczas uaktywnia się mechanizm obronny przed światem, a serce zostaje zagłuszone przez przytłaczającą falę nienawiści. Sasuke jako postać, która straciła dosłownie wszystko w zaledwie jedną noc, w dodatku pasożytowała na nienawiści przez niemal całe życie – jeszcze nawet z czasów beztroskich dziecinnych lat, gdzie próby dogonienia brata wydawały się abstrakcją – nie może po prostu chwycić za rękę Naruto, uśmiechnąć się i wrócić do domu, gdzie, notabene, czeka na niego cała wioska gotowych, by go zatłuc pod byle pretekstem shinobi.
W Shippuudenie doczekaliśmy się długo wyczekiwanej walki pomiędzy braćmi Uchiha, ponadto starcia z Pain'em i przelania hektolitrów krwi oraz rzewnych łez nad wartościowymi postaciami. Dodatkowym plusem serii jest także możliwość poznania historii, które nas w szczególności interesują – Kakashi'ego, Jiraiyi, Paina, Sasori'ego, etc., a co jest bardzo zaskakujące – kliknij: ukryte prawdziwą historię klanu Uchiha z perspektywy Itachi'ego. Niezliczona ilość niespodzianek, które chowano przed nami prze 220 odcinków serii pierwszej. Na różnice w klimatach obydwóch serii wpływa także zmiana podkładu muzycznego – od nuty lekkie, niemal żartobliwej do ciężkich, przygnębiających brzdąknięć. Rzeka nowych postaci, które nie zostały wcale przerysowane bądź rzucone na bruk – każda z nich ma swój udział z silnie zarysowanymi wadami oraz zaletami. Oklaski dla Kishimoto za tak fenomenalne „ogarnięcie” tego wszystkiego.
Myślę, że ta seria zasługuje na nieco wyższą notę niż poprzednia – oczywiście, jeśli pominiemy fillery niskich lotów. W mandze ostatnimi czasy zrobiło się gorąco, dlatego możemy spodziewać się całkiem niezłej akcji, zwłaszcza, jeśli chodzi o tajemniczego Madarę, mrocznego Sasuke i odważnego Naruto.
To tyle. Na razie nie wystawię oceny, bo czekam na dalszy rozwój zdarzeń.
Ludzie, którzy nie troszczą się o przyjaciół, są gorsi od śmieci.
Początek filmu nie wyglądał zbyt obiecująco, aczkolwiek ciekawie – na pierwszy plan zostaje wysunięty Sai, co dotychczas było rzadkie. Oczywiście, ma też miejsce akcja, której przesłanie ma swoje odbicie na skalę całego filmu. W dodatku Kakashi proponuje rzecz całkowicie absurdalną, szczególnie w jego wypadku!
To samo tyczy się późniejszych działań. Jaką wartość ma lekcja nauczyciela, który nawet jej nie przestrzega? Wiem, że tutaj chodziło o kwestię honoru i wyznawanych własnych wartości, ale to wcale nie znaczy, żeby od razu nie wiadomo jakie cyrki odstawiać. Choć fakt faktem, Kakashi nie należał nigdy do osób, które pielęgnowały swoje życie w nadzwyczaj samolubny sposób.
Co do pozostałych postaci – Shikamaru. Jego reakcja została tutaj mocno przekoloryzowana, a przecież należy do najinteligentniejszych shinobi, więc trochę dziwni mnie fakt, iż tak łatwo i bezmyślnie poddał się rozkazom Hokage.
Równie mocno przekoloryzowane okazały się zdolności Naruto. Ten Rasen Shuriken, w dodatku tak potężny, jakoś zbytnio mu energii nie odebrał, co obalało wszystkie dotychczasowe teorie i to w niejasny sposób. W dodatku efekt działania tej techniki dziwnym trafem nie odbił się na jego zdrowiu chociażby w jednej setnej. Ba! Chłopak miał jeszcze siły na skakanie i śmianie się.
A co z czarnym charakterem? Bez komentarza. To chyba była najgorsza strona. Choć wiadome jest, że chodziło im o skupienie się na więzi pomiędzy bohaterami, w tym wypadku Kakashim a Drużyną 7.
Od najlepszej strony pokazuje się tutaj kreska, grafika. Za to mogę bez większego zagłębiania się w temat postawić 10! Szkoda, że tylko ta kategoria prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Sama fabuła też nie była najgorsza – bardzo podobało mi się, że twórcy skupili uwagę na tak ważnym cytacie, a w dodatku oblekli w to historię Kakashi'ego. Nie podobało mi się jednak, że ów cytat był powtarzany nagminnie, a jego treść chyba już na zawsze wyryje się w moim mózgu, niekoniecznie z pozytywnymi wspomnieniami.
Mimo to, daję 7/10. Polecam każdemu, kto jest obeznany w serii Naruto i najzwyczajniej w świecie chce zapoznać się z przygodami „dresa spod sklepu”. Ciekawie, ciekawie, ale do dobrego dzieła jeszcze trochę.
Głupie jak cały przemysł obuwniczy, ale nie zaszkodzi obejrzeć.
Czas nie stracony, bo w istocie śmiechu trochę było – ale osobiście spodziewałam się humoru na poziomie. Oczywiście, nie chce urazić nikogo, kto gustuje w tego typu produkcjach – do mnie to po prostu nie przemawia.
Ciekawy element? „Wepchnięcie” wszystkich możliwych postaci z serii pierwszej, w tym nawet samego Yondaime Hokage oraz Itachi'ego z Kisame. A także mina Sasuke podczas biegu sztafetowego – bezcenna.
Szkoda, że nie skupili się bardziej na tych zawodach sportowych – byłaby to idealna możliwość do wzmocnienia więzi między bohaterami. Ale stało się i się nie odstanie.
Zakończenie – głupie.
Tyle ode mnie.
Re: co z tymi oczami?
Re: Lelouch's Rampage Kai
Re: Winny Korony.
Co do głównego bohatera – może masz rację. Zapewne nie jestem zapoznana z wystarczającą ilością serii, aby stwierdzić czy bohater jest stereotypowy. Dlatego wywnioskowałam to na podstawie własnych, dotychczasowych doświadczeń.
I w moim mniemaniu – Inori wciąż jest podobna. Choć faktem jest, że C.C. była bardziej zaskakującą postacią. Jednak jej nastawienie i zachowania naprawdę przypominają mi C.C. Ale nikt nie twierdzi, że musisz się z tym zgodzić.
Winny Korony.
Ale, dzięki Bogu, są też znaczące różnice. Główny bohater jest interesujący, choć irytujący – zwróćcie uwagę, że zazwyczaj w tego typu produkcjach pojawiają się przeciętni nastolatkowie, przypadkiem wplątani w fabułę, a jednak zachowujący zimną krew, kiedy sytuacja tego wymaga; zupełnie jakby nagle wiedzieli doskonale co zrobić. Tutaj, nieśmiałość i tchórzostwo głównego bohatera, który do złudzenia zachowaniem przypomina maminsynka, działa na korzyść akcji, bo nie wiemy jak zachowa się bohater. Jego wahanie jest uzasadnione – jak przystało na normalnego, przyziemnego osobnika, który nie może uwierzyć, że jego spokojne życie zmieniło się tak diametralnie. W ten sposób seria zachowuje realistyczne odczucia, a zarazem stanowi serię dla fanatyków science‑fiction. Choć mam szczerą nadzieję, że Shu z biegiem czasu nabierze tego męskiego syndromu.
Akcja nie trzyma w napięciu, ale stawia wiele niewiadomych. Jeśli kogoś niemiłosiernie irytuje główny bohater, to przysłaniają to elementy świata przedstawionego oraz wątki wplecione w fabułę. Sama Inori, nawet jeśli jest niesamowicie podobna zachowaniem do C.C, to jednak stanowi ciekawą zagadkę – i mam nadzieję, że wraz z rozwojem akcji, więcej dowiemy się na jej temat.
Co do oprawy graficznej i muzyki – obłędna. Szczerze powiedziawszy, jest to jeden z głównych elementów, dla którego poświęcam swój czas, oglądając tą produkcję.
A jeśli chodzi o fabułę? Proszę, nie zawiedź mnie!
DATTEBAYO!
Historią długą jak stąd do Nibylandii oraz fillerami, z których spokojnie można byłoby ulepić odrębną historię albo chociażby odgrzewać kotlety schabowe. Nie mniej jednak seria emanuje humorem, odmiennością oraz morałami prawionymi nie tylko dzieciom, ale i ludziom, którym najzwyczajniej w świecie brak motywacji do życia (oraz ruszenia czterech liter z fotela i zrobienia czegoś konstruktywnego zamiast oglądania około 200 odcinków tego samego).
Zaczynając od głównego bohatera – Naruto Uzumaki. Dziecko zdrowo kopnięte, ale za to jakie złote! Nie tylko z powodu włosów, ale także swojej nadzwyczajnej zdolności do kruszenia lodowatych serc nawet największych twardzieli. To dziwne, bo zwykle przygłupie jednostki denerwowały mnie niemiłosiernie. Ale aura Naruto ogarnęła również moje serce i w ten oto sposób kochany nikczemnik pociągnął mnie w dalszy rejs po niekończącej się ilości odcinków. Teraz całym ciałem i duszą dopinguję go w spełnieniu największego, albo raczej jednego z największych, marzenia – oczywiście, nie chodzi o zostanie Hokage. Ale to też.
Idąc dalej, czyli w dokładnie odwrotnym kierunku, trzeba wspomnieć o Sasuke – chłopcu w stylu emo, który przyciąga do siebie od groma napalonych dziewic, zupełnie jak słodki szczeniaczek, choć jego osobowość wskazywałaby na alfę watahy wilków. Szczerze? Chętnie zatłukłabym gada. Ale jego historia i więź z Naruto są wystarczająco interesujące, aby jako tako akceptować jego obecność. Choć zgodzę się co do jego nastawienia względem Sakury – uważam, a przynajmniej uważałam tak na początku, dokładnie to samo, co on.
No i Sakura – dziecię, które splamiło dobre kobiece imię. Aż brak mi słów. Przynajmniej do momentu, w którym podejmuje NARESZCIE dobrą decyzję. Choć, nie powiem, że może i lepiej nawet prezentowała się jako element wystroju wnętrz.
W ogóle wydaje mi się, że minusem tej serii jest płeć żeńska. Ich osobowości nie są tak złożone jak mężczyzn – może to kwestia mentalności autora albo celowy zabieg. W gruncie rzeczy albo mamy przestraszone niewiasty albo wiecznie nabuzowane babsztyle. Postacie damskie – które według mnie trzymają poziom – to Tsunade oraz Temari. O Tenten niewiele wiem, więc trudno mi określić. Ale Ino oraz Sakura nawet nie wkupują się chociaż w jednej milionowej w moje łaski – choć w sumie Sakura jest trochę do przodu ostatnio.
I jeszcze jeden tyci minus – fillery. Może i śmieszne, ale dołuje ich ilość. I kategorycznie odechciewa się żyć.
Plusem z kolei jest muzyka oraz sceny walki. Szczególnie walka Naruto z Sasuke w Dolinie Końca. To była jedyna potyczka, gdzie animacja stanęła na wyższym poziomie, a postacie nabrały niezwykle płynnych ruchów, nawet jak na ten rok produkcji.
Seria mi się podobała. Buduje w wielu kwestia, zachęca do działania oraz umila czas – nawet jeśli sceny walki trwają średnio 10 odcinków. Eh, pamiętne eliminacje na drugim etapie egzaminu na Chuunina ...
Ano chyba tyle. Moja ostateczna ocena to 8/10. Bo budziło emocje, zarówno negatywne, jak i pozytywne. Wzruszało kiedy trzeba, ale nie miało przesadnego dramatyzmu. A bohatera, mimo powtarzanego w kółko schematu, wciąż imponował. No i drugoplanowe postacie chyba głównie uratowały sens całej historii.
Radzę oglądać, ale nie przesadzać.
"Menma, we found you!"
Historia jest sama w sobie perłą, jeśli doszukujesz się wartości przyjaźni i momentami przesadnego dramatyzmu. Sama koncepcja stworzenia uciążliwego problemu z wyzbyciem się poczucia winy związanej z przeszłością jest niezwykle ciekawa i trafna. Podobało mi się, że sprawa kliknij: ukryte śmierci Menmy tyczyła się każdej odrębnej postaci oraz wiązała się z nią emocjonalnie, tak, że nawet element fantastyczny nadaje tej wykreowane rzeczywistości realizmu – a przynajmniej ja tak to odczułam.
Co jeszcze działa na plus serii? Postacie. Nieważne kto i nieważne jak bardzo działał mi na nerwach albo wręcz odwrotnie – każdy był inny i budził różne emocje. Szczerze, to nie lubię jednolitych bohaterów, którzy oscylują w granicach absurdalnego ideału. A tutaj mamy po prostu nastolatków, którzy próbują uporać się z tym ciężarem w samotności – niestety, bez skutku. Bez skutku, dopóki nie zaczynają współpracować.
Kolejny plusik – grafika. Wszystko płynnie i na swoim miejscu, choć z początku irytowało mnie to niesamowite podobieństwo do HOTD. Nawet, jeśli łzy zalewały mi obraz nie tyle co na ekranie komputera, ale i w moich oczach, to jednak było w tym coś wiarygodnego. Jednakże trzeba przyznać, że „scena wyznaniowa”, jeszcze bez Meiko, była trochę patetyczna. Przy końcówce to już się nawet nie myślało – tylko wodospad.
W sumie fabuła wcale nie wygląda najgorzej, choć to oczywiste, że brakuje pewnych elementów, które mogłyby jeszcze ją ubarwić. kliknij: ukryte W gruncie rzeczy spełnianie życzeń Menmy na początku wydawało się zabawne i niedorzeczne, ale miłym zaskoczeniem okazało się jej prawdziwe pragnienie. Gdyby odstawić na bok wszelkie emocje, to – niestety – wyłączylibyśmy serię po jednym, co najwyżej dwóch odcinkach. To przykre, co cała historia, bądź co bądź, mogła zachować się w niesamowitych ryzach, gdyby dodać coś porywającego i nie przekoloryzowanego. Choć akurat tej serii bez Menmy sobie nie wyobrażam – była urocza, sympatyczna i przede wszystkim taka, jaką ją zapamiętali.
Cena ostateczna? 7/10. Bo wypłakałam cały stres z tego tygodnia i utożsamiałam się z bohaterami, a także w jakiś sposób wzruszyła mnie historia szóstki przyjaciół. Dopóki nie doszłam do końca, czułam się przygnębiona przez oglądanie tej serii. Ale ostatnie minuty sprawiły, że zmieniłam zdanie na bardziej pozytywne. To chyba dobrze, prawda?
"I love you, Shorty!"
"Żyliśmy najlepiej, jak tylko mogliśmy."
Akcja wręcz dosłownie rozwija skrzydła od momentu kliknij: ukryte usunięcia Kanade ze stanowiska Przewodniczącej. Dlaczego? Bo wówczas pojawia się intrygująca postać, która w końcu pokazuje to, co chciałam zobaczyć – ludzkie okrucieństwo, prawdziwą rzeź – niekoniecznie fizyczną, ale mentalną, a nie walkę z Aniołem na „patyki”. Także wtedy pojawiają się pierwsze słowa, skrywające w sobie to głębokie dno, na której tak żmudnie czekałam. To było to!
Kolejne odcinki chłonęłam jeden po drugim. Z racji, że obrazowano to jako grę, z czasem przywykłam do tej niedorzeczności i uznałam to za element świata przedstawionego, ale wciąż uważam, że równie realistycznie mogli pokazać ten świat, tak jak uczucia bohaterów. Zaczęła się seria odcinków, które prowadziły do oczywistego końca, ale mimo to – nie przestawało się oglądać.
Każdy bohater reprezentował odmienny, niewątpliwie oryginalny charakter. Wśród nich znajdywało się swoich ulubieńców, ale muszę przyznać, że protagonista historii został wykreowany w najbardziej „ludzki” sposób. Przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Tak, do moich faworytów wliczali się Hinata i Otonashi, ale do wszystkich postaci czułam jako tako sympatię.
Bardzo pochwalam pomysł „życia po życiu”. Oryginalne, nietuzinkowe i duże pole do manewru, które zostało wykorzystane w granicach przyzwoitości. Ach, tam! Prawie sto procent.
Muzyka – niewątpliwie jeden z największych plusów tej serii. Gdyby nie ścieżka dźwiękowa, zapewne emocje nie byłyby tak silne, choć już każda odrębna historia budziła współczucie u potencjalnego widza. Ale to nawet dobrze.
Co to zakończenia – nawet nie mam pojęcia ile niedorzecznych myśli napłynęło wówczas do mojej głowy. kliknij: ukryte W pierwszej kolejności zastanawiałam się jak Kanade mogła być tak bezlitosna i egoistyczna w stosunku do Otonashi'ego. Czy naprawdę go kochała? W sumie w tamtej chwili wydała mi się bardziej ludzka niż kiedykolwiek wcześniej. Cóż, alternatywne zakończenie jest równie dobre, co pierwowzór, ale znacznie bardziej przemawia do mnie ta pierwsza wersja – bo po prostu lubię optymistyczne wizje otwartego zakończenia.
OGLĄDAĆ – z paczką chusteczek i popcornem z lodami!
Alternatywne wyjście.
Re: Light & L
Co do Twojego opisu Raito – chore ambicje wcale nie tłumaczą chęci zmiany świata. Ta metoda wcale a wcale nie tłumaczy niczego, co zrobił, a już tym bardziej stawia go w świetle mordercy. Niestety, taka prawda. Niezależnie jak na to spojrzeć, to jednak mordował ludzi. Winnych czy nie – to wciąż ludzie. I ta wizja zmiany świata nie przemówiła do mnie, choć sama postać głównego bohatera była intrygująca. I chociaż każdy z nich miał w sobie odrobinę prawdy – bo dla każdego z nas sprawiedliwość wygląda inaczej – to jednak żaden z nich nie wydawał mi się obiecujący. Perspektywa wygranej L'a mnie nie satysfakcjonowała, podobnie w przypadku Raito. Więc może i lepiej, że tak się skończyło? W gruncie rzeczy nikt nie wygrał. Tylko Ryuuk miał zabawę.
"I'm a dragon, you're a tiger."
Ano właśnie – co do postaci. Nasz Takasu był chłopcem‑aniołem o twarzy potencjalnego mordercy. To zestawienie było wyjątkowo dobre, bo budowało pozory. Jednak w porównaniu do uroczej Taigi, tygrysa‑mściciela, był wyjątkowo potulnym barankiem. Wydaje mi się, że dwójka głównych bohaterów została dobrze dobrana, choć Takasu nie był zbyt intrygującą postacią. Był po prostu miły. Z kolei Minorin wydawała mi się naprawdę dobrze wykreowanym charakterem, choć zaczęłam to doceniać dopiero w ostatnich odcinkach. I wydawało mi się, że sama przeczyła swoim słowom - kliknij: ukryte bo w końcu poświęciła swoje szczęście na rzecz kogoś innego, a sama instruowała kogoś innego, by tego nie robić. Kitamura był dla mnie „w porządku”, choć, mimo ważnej roli, nie był zbyt zachwycającą postacią. No i Ami – prawda w prawdzie, czyli za kurtyną oschłej lalusi kryła się inna postać, odkryta dopiero przez prawdziwych przyjaciół.
Jeśli chodzi o zakończenie – nie do końca satysfakcjonujące, ale przynajmniej niespodziewane. W dodatku scena pocałunku jest definitywnie najlepszą, jaką kiedykolwiek widziałam. To także działa na plus całej serii.
Co jeszcze? Niesamowite metafory. Taaaak. Za to należy się naprawdę pochwała. Niektóre przyrównania były trafne, a jeśli się ich nie rozumiało – wówczas cała seria dla potencjalnego widza stawała się tylko komedią romantyczną.
Jestem zadowolona, że obejrzałam tą serię. Nie wiem czy zapadnie w mojej pamięci, ale uważam ją za po prostu dobrą. Z tego co pamiętam manga bardzo mi się podobała, ale widzę jednak jakąś chociażby niewielką przepaść pomiędzy dziełem pisanym a animowanym. Nie zaboli jak nie obejrzysz, ale jeśli jesteś zwolennikiem gatunku – pora zasiąść i uruchomić pierwszy odcinek!
Re: Nie polecam.
Wydaje mi się, że moi przedmówcy mają całkowicie szczere i dobre intencje, które mają za zadanie uświadomić ci, iż pierwsze wrażenie jest wyjątkowo mylne, a co za tym idzie – wystawianie opinii o pierwszej „stronie” tej historii nie zasługuje na tak bezpodstawną ocenę. Co innego, jakbyś przetrwała parę odcinków, bo wtedy wyrażenie swojego zdania w tak krytyczny sposób jest jak najbardziej uzasadnione. Ale, oczywiście, nikt nie zmusza cię do oglądania serii, która razi perfidnie w twoje oczy pewnymi elementami „nie do strawienia” – jak to sama trafnie ujęłaś. Nawet nie wiesz jak ja przejechałam się na podobnej, wystawionej sobie samej opinii! Kiedy zaczęłam oglądać Bokura Ga Ita z dobry rok temu, byłam wręcz zniesmaczona niedorobioną kreską i zachowaniem głównej bohaterki. Odstawiłam to anime po 3 odcinku, a kiedy wróciłam do niego trzy miesiące temu – zakochałam się. Wystarczyło odszukać w sobie trochę empatii i otwartości na całkiem nowe rzeczy. Poza tym nie mam sensu, abyś brała się za CG, jeśli potępiasz gatunek shounen – w co wątpię, bo inaczej w ogóle byś się za to nie zabrała, prawda?
Pewnie zastanawiasz się co wzbudza taką kontrowersję. Mnie osobiście odrobinę wzburzyło określenie Code Geass „absurdalnym i kiczowatym”. Ujęłaś to w taki sposób, jakbyś doskonale była zaznajomiona z całą fabułą.
Co do porównań do DN – są one we większości błędne, bo jedynym podobieństwem są główni bohaterowie, których włączy tylko i wyłącznie własne, chore ambicje oraz trzeźwe myślenie. Dlatego nie próbuj przerzucać klimatu z tamtej serii na CG. Jeśli tego się pozbędziesz, to już inaczej spojrzysz na serię – uwierz mi! (;
Ale – w gruncie rzeczy – jest to seria, która budzi wyjątkowo skrajne emocje; albo się podoba, albo nie.
Przepraszam, jeśli poczułaś się urażona z powodu jakiegoś wyodrębnionego elementu mojej wypowiedzi.
Cierpliwość - kluczem do sukcesu.
Niemniej jednak, jak na tak krótką serię, postacie były dobrze rozbudowane, choć wiele wątków zostało zachowanym w tajemnicy – i to stanowi perwersję do wyczekiwania na ciąg dalszy, o ile to będzie w ogóle możliwe. Nezumi i Sion stanowili skrajnie sprzeczne charaktery, w tym każdy miał w sobie coś, co wzbudzało irytację. Jednak ze względu na to, rozwój ich relacji obserwowało się z niecierpliwością – w dobrym tego słowa znaczeniu. Psiara także była ciekawą postacią i w sumie jestem trochę zawiedziona, że tak mało udało nam się o niej dowiedzieć. Stwierdzam, że stanowiła ciekawy element fabuły, zwłaszcza ze swoim swoistym, całkowicie ludzkim lękiem, który wpasował się w mroczną aurę śmierci, która wisiała nad No.6 od pierwszej chwili.
Co do kreski? Bardzo mi się podoba. Wykorzystali to w należyty sposób i dlatego właśnie jestem rada, że nie odpuściłam sobie tego anime. Przyjemne dla oka.
Co do fabuły – żałuję, że tak skąpo i flegmatycznie ją przedstawili. Gdyby skupili się przeważnie na relacji głównych bohaterów bądź też zagładzie No.6, wszystko potoczyłoby się inaczej. Może byłoby lepiej?
A ostatni odcinek – podobał mi się. Wiem, był trochę patetyczny, ale przynajmniej nieprzewidywalny. Choć postać Safu to akurat bohaterka drugoplanowa (?), której istnienia nie mogę pojąć nawet po zakończeniu serii.
To byłoby na tyle. Oglądajcie. Warto – chociażby ze względu na to, żeby przekonać się o wartościach jakie dzierżą władzę w akcie desperacji. Warto – chociażby dla tych ostatnich odcinków. A jeśli szukacie porywającej za serce historii bądź solidnej „napierdzielanki”, to, niestety, musicie szukać gdzieś indziej.
Miasto przyszłości.